Klucz do zmiany polityki wizowej USA nie leży w Waszyngtonie, ale na ulicy Pięknej. Jeśli wciąż mają obowiązywać dotychczasowe zasady, niech regułą stanie się przyzwoite traktowanie petentów
Obowiązek wizowy dla Polaków wybierających się do Stanów Zjednoczonych, zrozumiały sam przez się w czasach PRL, dziś odbierany jest przez nas jako dotkliwe upokorzenie. Kiedyś obywatele polscy formalnie związani byli przynależnością państwową z wrogim Ameryce obozem, ale prywatnie, w zdecydowanej większości, sercem byli po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Dziś duszą i ciałem jesteśmy po tej samej stronie, a jednak w tej materii nic się nie zmieniło.
Wszystkiemu winni podobno jesteśmy sami, ponieważ wizy przestają obowiązywać dopiero wówczas, kiedy liczba odmów nie przekracza 3 proc. składanych wniosków. Zawsze mnie zadziwiała ta logika, bo przecież porównuje się tu coś, co jest z natury nieporównywalne. Wszak odmowa może spotkać tylko kogoś, kto dopiero ubiega się o wizę. A jeśli tak, to jego potencjalna niesubordynacja oceniana jest przez urzędnika imigracyjnego, zanim delikwent znajdzie się za oceanem. Czyli decydująca jest w tym przypadku wyobraźnia tegoż urzędnika, obejmująca potencjalne zachowanie się delikwenta, a nie obiektywne fakty związane z samym petentem. Suma decyzji odmownych jest już oczywiście liczbą obiektywną, która stanowi jakiś procent wniosków – to jasne. Każdy jednak przyzna, że aczkolwiek liczba tych ostatnich zależy wyłącznie od aktywności obywateli polskich, to liczba decyzji kształtowana jest przecież równie wyłącznie przez urzędników imigracyjnych. Ustalenie tej dziwacznej proporcji było kompetencją amerykańskiego Kongresu i tylko Kongres może to zmienić, ale wpływ na praktykę administracji prezydent już ma i dlatego można mu wierzyć, tak jak obiecywał w trakcie swej pierwszej wizyty, że zrobi wszystko, aby obowiązek wizowy w stosunku do nas został jak najszybciej zniesiony.