Kolejna perspektywa finansowa w UE będzie powiązana z praworządnością albo nie będzie jej wcale. Tak sugerowała wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katarina Barley, niezbyt fortunnie, czy wręcz protekcjonalnie, mówiąc o strategii „głodzenia” Viktora Orbána. Jej wypowiedzią dla radia Deutschlandfunk poczuli się dotknięci również europosłowie Zjednoczonej Prawicy, którzy zaapelowali do kierownictwa europarlamentu o jej odwołanie.
Być może Barley przeprosi za swoje słowa, a może nawet dojdzie do głosowania nad jej przyszłością. Nie zmieni to jednak stanu rzeczy – zakładnikiem w sporze o praworządność stają się pieniądze, a przegra go ten, kto bardziej będzie potrzebować wsparcia finansowego. Barley wychodzi z założenia, że także Orbán potrzebuje eurofunduszy i „głodząc go”, UE wymusi zgodę na mechanizm praworządnościowy. Najbardziej jednak na wsparcie czekają poszkodowane przez pandemię Hiszpania i Włochy. I choć europejskie Południe pozostaje na marginesie sporu o praworządność, to właśnie ono może najdotkliwiej odczuć jego skutki.
Rozpoczyna się gra na czas, w której każda ze stron sporu może przytrzymać przeciwnika w szachu. Na nowy budżet, który teoretycznie ma ruszyć 1 stycznia, musi się zgodzić PE. A ten uzależnia zgodę od ustanowienia pakietu ratunkowego Next Generation EU, określanego jako fundusz odbudowy, o wartości 750 mld euro. Drugi warunek europarlamentu to powiązanie unijnej kasy z rządami prawa, ale nie w kształcie, jaki proponowały sprawujące prezydencję Niemcy, lecz ostrzejszym, pozwalającym na szybkie i sprawne blokowanie pieniędzy dla niepraworządnej stolicy.
Szachować mogą także kraje członkowskie, przedłużając ratyfikację we własnych parlamentach. Jest ona konieczna, by podnieść pułap dochodów własnych UE, bez czego Next Generation EU nie powstanie. Po jednej stronie są Węgry i Polska, które chcą jeszcze bardziej rozwodnić mechanizm praworządnościowy, po drugiej – grupa krajów oszczędnych, do której należą Austria, Dania, Holandia i Szwecja ze wsparciem Finlandii. Takie szachowanie grozi nie tylko opóźnieniem wsparcia finansowego. Najbardziej nieustępliwemu graczowi przyjdzie zapłacić polityczną i wizerunkową cenę jako temu, który blokuje pomoc dla Europy. Dlatego podejmowane są już próby przerzucenia winy na przeciwnika. Nieoficjalnie mówi się, że Polska dołączyła do Węgier w blokowaniu procesu ratyfikacyjnego, ale pytani o to nasi dyplomaci zaprzeczają, mówiąc, że to Holandia szuka kozła ofiarnego, a sama nie chce dużego budżetu.
Minister Konrad Szymański mówił wczoraj w Sejmie, że nie popiera niemieckiego kompromisu, bo nie realizuje on ustaleń lipcowego szczytu. Jak odnotował, zmiany idą w dobrym kierunku, ale nie są wystarczające. Jego zdaniem reguły „zostały do pewnego stopnia w ostatnich tygodniach uściślone”. – To jest wyraźnie widoczne i nie chodzi tylko o umocnienie pozycji Rady względem Komisji poprzez zniesienie odwróconej większości kwalifikowanej. To jest również kwestia przesłanek działania samego mechanizmu – mówił. Inaczej uważa PE. Węgierska europosłanka z grupy liberałów Katalin Cseh jest zdania, że rozwodnienie mechanizmu przez RFN prowadzi do „politycznego kupczenia” między krajami, wbrew pierwotnym założeniom, które miały pozwolić na działanie w oparciu o jasne kryteria i pozostać w gestii KE jako strażniczki traktatów.
Niemiecki kompromis zakładał rezygnację z szerokiego katalogu wartości, których naruszenie może skutkować zablokowaniem środków. Berlin ograniczył go do ochrony interesów finansowych UE, co może być korzystne dla Polski, która gospodarnie wydaje europejskie fundusze. Z takiego rozwiązania niezadowolone mogą być Węgry, oskarżane o korupcję i poważne nieprawidłowości finansowe. Po drugie, kompromis daje możliwość wydłużenia całego procesu o trzy miesiące, które przywódcy będą mieli na przedyskutowanie wniosku o zablokowanie środków dla jednej ze stolic, jeśli ona sama o to poprosi. Po trzecie, decyzja o zablokowaniu środków będzie podejmowana większością kwalifikowaną w Radzie UE. W przeciwieństwie do poprzedniej tzw. odwróconej większości wniosek o zablokowanie funduszy będzie przyjmowany, a nie odrzucany, głosami 15 stolic. To znacznie mniej niż chcieli zwolennicy warunkowości, ale za dużo dla jej przeciwników. Polska i Węgry, interpretując ustalenia lipcowego szczytu, zakładały, że decyzja będzie podejmowana jednomyślnie przez Radę Europejską, a przywódcy będą mogli jedynie „przedyskutować” rozstrzygnięcie.
W tej skomplikowanej grze brakuje kilku detali. Zablokowanie funduszy najbardziej dotknie nie rządy oskarżane o łamanie praworządności, ale odbiorców końcowych unijnych pieniędzy. Był w PE pomysł, by to rząd wypłacał im pieniądze, które z własnej winy stracił, ale w niemieckim kompromisie go nie ma. Druga kwestia to dotkliwość kary. Zablokowanie funduszy nie będzie specjalnie dyscyplinujące dla płatników netto, tymczasem boleśnie odczują je państwa biedniejsze, odbiorcy netto.