Ministerstwo Sprawiedliwości to urząd doprawdy dziwaczny. Jego szef bowiem właśnie przekonuje wszystkich, że jeśli nie wypowiemy jednej z konwencji Rady Europy, to homopropaganda rozleje się po ulicach (które to dezynfekować niedawno po homoseksualistach chciał bliski współpracownik ministra sprawiedliwości). A jednocześnie w głowach i rękach ludzi podległych Zbigniewowi Ziobrze zrodził się świetny pomysł, który realnie odmieni życie tysiącom ludzi. Tyle że o tym Ziobro nie wspomina ani słowem.
Reklama
Otóż w kodeksie cywilnym mamy art. 388. Dotyczy on tzw. wyzysku. I przepis to potrzebny, lecz przez swoją niefortunną konstrukcję w praktyce się nie przyjął. Walka z wyzyskiwaczami jest prowadzona na drodze administracyjnej i karnej; ścieżka cywilna zasypana jest gruzami nieudolności ustawodawcy. I doskonale to urzędnicy z Ministerstwa Sprawiedliwości zdiagnozowali.
Po pierwsze, dziś powoływać się na ten przepis nie mogą osoby, którym brakowało wiedzy co do faktycznych skutków zawarcia umowy. A przecież umiejętne postawienie przez stronę wyzyskującą kontrahenta np. pod presją czasu, ograniczając możliwość zawarcia umowy do chwili przedstawienia oferty, powoduje, że osoba wyzyskana nie ma możliwości uzyskania odpowiedniej wiedzy poprzez porównanie innych ofert. To ‒ wypisz, wymaluj ‒ model sprzedawania garnków, pościeli itd. Ludzie coś podpisują, bo słyszą „szybko, szybko”, „świetna oferta”, „sąsiedzi już skorzystali”.
Po drugie, obecnie wyzyskany może żądać w praktyce jedynie zmiany wysokości wzajemnych świadczeń (np. oddania części pieniędzy albo dołożenia mu więcej garnków), co często jest niewystarczające. Bywają bowiem takie umowy, które poprawić co prawda można, ale najsensowniej ‒ biorąc pod uwagę, że jedna strona oszukała drugą ‒ byłoby je unieważnić. Dzisiejsze brzmienie art. 388 k.c. dopuszcza unieważnienie umowy jedynie w skrajnych przypadkach. W zasadzie się to nie zdarza.

Reklama
I po trzecie wreszcie, obecnie wyzyskany na kwestionowanie umowy ma jedynie dwa lata od jej zawarcia. Praktyka pokazuje, że to bardzo mało, bo wielokrotnie ludzie zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo niekorzystny jest zawarty przez nich kontrakt, po latach ‒ np. gdy kolejny już rok spłacają pożyczkę, a kwota do spłaty rośnie, zamiast maleć.
O dziwo, resort sprawiedliwości doskonale zdiagnozował wszystkie te ułomności obecnie obowiązującego art. 388 k.c. I obiecuje, że w najbliższych tygodniach będzie projekt przebudowujący ten przepis ‒ tak aby wreszcie wyzyskiwani mieli realne narzędzie walki z wyzyskującymi. Ot, chociażby dostaną oni sześć lat na zakwestionowanie niekorzystnej dla siebie umowy i od razu będą mogli żądać jej unieważnienia.
O tym, na jakie przypadki proponowana zmiana się przełoży, pisałem kilka dni temu na łamach DGP.
Przykładowo skorzysta na niej 70-letnia kobieta zawierająca umowę przeniesienia własności mieszkania na rzecz tzw. funduszu hipotecznego w zamian za comiesięczne świadczenia finansowe (rentę) w maksymalnej łącznej wysokości 20 proc. wartości nieruchomości (po wypłaceniu tych 20 proc. wygasa obowiązek wypłacania renty). Albo mężczyzna, który stracił pracę i pożyczył od znajomego 5 tys. zł, zobowiązując się do oddania po krótkim czasie aż 15 tys. zł. Ewentualnie niezorientowana, niedołężna para staruszków, którzy kupują komplet niewiele wartych garnków za kilka tysięcy złotych.
Innymi słowy, zyskają tysiące Polaków. I bardzo się z tego cieszę, gdyż równie istotne jak to, że obywatele dostaną ochronę, jest to, że krętacze wreszcie nie będą mogli w majestacie prawa naciągać ludzi.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że zaraz ktoś zakrzyknie: „A co ze swobodą umów?”. Tak, to prawda, przepis o wyzysku ze swej natury stanowi ograniczenie tejże swobody. Szkopuł w tym, że trudno mówić o swobodzie, gdy ktoś albo ma przystawiony nóż do gardła (brak pieniędzy), albo nie rozumie, na co się zgadza. Chęć zarabiania pieniędzy ‒ jakkolwiek godna pochwały, bo zaradność należy chwalić‒ nie może być bezwzględna.
Urzędnicy Zbigniewa Ziobry dobrze to rozumieją i kończą pracę nad doskonałym rozwiązaniem. Tymczasem sam Ziobro woli dalej przestrzegać przed „tęczową zarazą”.