Dziś w Pałacu Prezydenckim ma się odbyć uroczystość powołania nowej I prezes SN. Jak poinformował prezydencki rzecznik Błażej Spychalski, funkcję tę z woli Andrzeja Dudy ma pełnić Małgorzata Manowska, która spośród pięciu sędziów wybranych w sobotę przez Zgromadzenie Ogólne (ZO) uzyskała drugi wynik. Zebrała 25 głosów poparcia, a rekordzista Włodzimierz Wróbel – dokładnie dwa razy więcej.

Prezydent tłumaczył na antenie TVP, że sytuacja, kiedy I prezesem SN zostaje osoba, która nie uzyskała największej liczby głosów w ZO, miała już w przeszłości miejsce. Jak mówił, tak było w 1998 r., kiedy Aleksander Kwaśniewski uczynił I prezesem Lecha Gardockiego zamiast ubiegającego się o reelekcję Adama Strzembosza. – Pan profesor Strzembosz był wtedy I prezesem SN, który chciał przedłużyć swój mandat i został rzeczywiście wybrany przez sędziów większością głosów – przekonywał Duda.

Sprawdziliśmy. To nieprawda. Z treści wszystkich protokołów komisji skrutacyjnych z poprzednich wyborów I prezesa SN, począwszy od 1997 r., wynika, że ani razu nie zdarzyło się, aby prezydent powołał innego kandydata niż ten z największą liczbą głosów. Przykład, na który powołał się Duda, również jest chybiony. W 1998 r. Gardocki otrzymał 29 głosów, a Strzembosz – o dwa głosy mniej. Konstytucja nie wymaga, aby prezydent jedynie zatwierdzał wolę zgromadzenia i czynił I prezesem tego sędziego, który uzyskał największe poparcie. Jednak poprzednicy Dudy tak właśnie postępowali.

Manowska jest zaliczana do „nowych” sędziów, którzy znaleźli się w SN dzięki poparciu obecnej, kontestowanej Krajowej Rady Sądownictwa. Oponenci zarzucają tym, którzy wzięli udział w tej procedurze, że de facto wzięli udział w wyborach politycznych. To niejedyny zarzut, jaki kierują wobec Manowskiej zwłaszcza sędziowie skupieni w Stowarzyszeniu Sędziów Polskich „Iustitia”. O upolitycznieniu nowej I prezes miałoby świadczyć także to, że stoi ona obecnie na czele Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, nad którą nadzór sprawuje minister sprawiedliwości. Sama zainteresowana odpierała te zarzuty podczas Zgromadzenia Ogólnego podkreślając, że dyrektor szkoły jest organem niezależnym od ministra. Przekonywała, że będzie stać na straży niezależności SN.

Nowa I prezes SN w 2007 r. była podsekretarzem stanu w MS

W oczach części środowiska na niekorzyść Manowskiej świadczyć ma też jej przeszłość. W 2007 r., za czasów pierwszych rządów Zbigniewa Ziobry w resorcie sprawiedliwości, nowa I prezes SN przez siedem miesięcy pełniła funkcję podsekretarza stanu. W tym samym czasie sekretarzem stanu był zaś obecny prezydent. Manowską miałyby łączyć z politykami partii rządzącej nie tylko stosunki służbowe, ale też towarzyskie. Jej przeciwnicy twierdzą, że gościła na nieoficjalnym przyjęciu zorganizowanym tuż po wyborze Dudy na prezydenta. Tym doniesieniom zaprzecza osoba blisko związana z Pałacem Prezydenckim, która również uczestniczyła w tym spotkaniu.

– Nie przypominam sobie, żeby w gronie zaproszonych była prezes Manowska – słyszymy. Sama prawniczka nie wypiera się kontaktów z politykami, ale podkreśla, że nigdy nie miały wpływu na jej orzecznictwo. Zanim dostała się do SN, przez wiele lat była sędzią sądów powszechnych. Przeszła całą ścieżkę kariery od asesora sądowego po sąd apelacyjny. Może się pochwalić kilkudziesięcioletnim stażem orzeczniczym, a jej działalność na tym polu nigdy nie spotykała się z jakimikolwiek zarzutami. Wprost przeciwnie – zawsze uchodziła za świetnego fachowca. W międzyczasie sędzia Manowska zaczęła robić karierę naukową, zdobywając tytuł doktora habilitowanego nauk prawnych.

Z rozmów z sędziami i politykami opozycji wynika jednak, że od początku będzie miała pod górkę. Wśród prawników trwają rozmyślania nad sposobem, w jakim można by podważyć jej wybór. „Starzy” sędziowie, którzy w większości głosowali na Wróbla, od początku twierdzą, że podczas wyborów doszło do nieprawidłowości. Koronnym argumentem ma być brak uchwały podjętej przez zgromadzenie o przedstawieniu prezydentowi kandydatów, której podjęcia, zdaniem starych sędziów, wymaga konstytucja. „Nowi” sędziowie, w tym prowadzący obrady ZO Aleksander Stępkowski, dowodzą, że konstytucja nie mówi o formie, w jakiej kandydaci mają być przedstawieni prezydentowi. Wcześniej też tego typu uchwały nie były podejmowane.

– Jako stowarzyszenie nie będziemy uznawać wyboru dokonanego w wadliwej procedurze – zapowiada szef Iustitii Krystian Markiewicz. Rodzi się jednak pytanie, w jakim trybie można podważyć status nowej I prezes SN. Takiego trybu nie ma ani w konstytucji, ani w ustawie o SN. – Na rozstrzygnięcie nadal oczekuje zagadnienie statusu osób, które zostały wskazane przez obecną KRS. Gdyby okazało się, że takie osoby nie są sędziami SN, to oczywiste jest, że ktoś, kto nie jest sędzią SN, nie może pełnić funkcji I prezesa SN – zauważa Markiewicz. Nie wyklucza, że kiedy nadarzy się ku temu okazja, sędziowie będą składać do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN pozwy o ustalenie nieistnienia stosunku służbowego między Manowską a SN. Tego typu pozew sędzia Markiewicz złożył już wobec prezesa Izby Dyscyplinarnej SN Tomasza Przesławskiego.

Dariusz Zawistowski, prezes Izby Cywilnej SN, zastanawia się z kolei, jak podnoszone wątpliwości co do prawidłowości wyboru będą wpływać na czynności podejmowane przez nową szefową SN. – Powstaje pytanie, czy taka osoba będzie uznawana na arenie międzynarodowej albo czy jej status nie będzie problemem przed Trybunałem Konstytucyjnym, do którego I prezes SN może kierować pytania prawne – zastanawia się sędzia Zawistowski.

Dużym zaskoczeniem była natomiast druga z wczorajszych decyzji prezydenta. Mowa o powierzeniu funkcji prezesa kierującego Izbą Karną Michałowi Laskowskiemu, który nie dość, że należy do „starych” sędziów, to jeszcze w okresie, gdy I prezesem była Małgorzata Gersdorf, był rzecznikiem SN. W tej roli wielokrotnie formułował wypowiedzi, które mogły być chłodno przyjmowane w Pałacu Prezydenckim. – Jeszcze nie wiem, czy przyjmę tę funkcję – mówi DGP sędzia. Nie ukrywa, że decyzja prezydenta jest dla niego zaskoczeniem. Duda nie obsadzał stanowiska prezesa IK od lutego, gdy jej członkowie wyłonili trzech kandydatów: Jarosława Matrasa, który uzyskał 12 głosów, Laskowskiego, którego poparło ośmiu sędziów, oraz Jerzego Grubbę, który dostał dwa głosy. – Może to listek figowy, a może rzeczywista chęć zasypania podziałów między starymi a nowymi – komentuje jeden z sędziów SN.