Sędzię prof. Małgorzatę Manowską do niedawna wszyscy mieli za doskonałego fachowca. A mimo to nie pozwalano jej awansować do prawniczej ekstraklasy. Dziś, gdy awans jest dla niej szykowany, słychać coraz więcej głosów, że na niego nie zasługuje
21lipca 2018 r. wieczorem napisaliśmy w serwisach internetowych DGP, że Małgorzata Manowska jest faworytką do objęcia fotela I prezesa Sądu Najwyższego. Zawrzało. „Ziobrystka”, „dublerka” – posypały się komentarze. Znacznie mocniejsze niż jeszcze trzy lata wcześniej, gdy rozmawiałem o niej między innymi z politykami Platformy Obywatelskiej (PO). Wówczas doceniano jej atuty, choć kluczowym słowem, padającym w kontekście prof. Manowskiej, było „ale”. „Bardzo dobra sędzia, ale...”, „Uznany wykładowca, ale...”. „Manowska? Ale...”.
Małgorzata Manowska (rocznik 1964) została prawniczką trochę z przypadku. Chciała być lekarzem. Uznała jednak, że nie poradzi sobie czasowo na studiach. Miała już bowiem, gdy się na nie wybierała, małe dziecko. Skończyło się więc na mniej czasochłonnym prawie. Skąd takie spektrum zainteresowań?
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.