Rząd przygotował tarczę, która ma chronić przedsiębiorców przed kryzysem wywołanym pandemią. Co daje ona prawnikom?
Dla kancelarii rozwiązań jest kilka. Tym, po które prawnicy sięgają najczęściej (przynajmniej ci, których znam), są wnioski o umorzenie składek przez ZUS. Na razie za trzy miesiące – od marca do maja. Większość znanych mi przedsiębiorców (dla przejrzystości skupmy się na jednoosobowych podmiotach gospodarczych) na takie koło ratunkowe spogląda ze sceptycyzmem i raczej nie upatruje w nim panaceum na swoje problemy. Dlaczego? Wysokość miesięcznej składki to 1431,48 zł. Za trzy miesiące daje to 4294,44 zł. Jakaś oszczędność to oczywiście jest, chętnych powinno być wielu. Z czego zatem wynika zachowawczość? Otóż od decyzji przysługuje… odwołanie. Wielu wnioskujących konstatuje zatem, że decyzja jest uznaniowa, a skoro tak, to szkoda nerwów i zachodu. Tym bardziej, gdy zwrócimy uwagę na to, jak składki ZUS mają się do podatku dochodowego. Kto nie zapłaci na ubezpieczenie, ten więcej odda fiskusowi. A jeśli ktoś ma w dodatku w perspektywie wzięcie kredytu, to sygnalizowanie bankom problemów z płynnością raczej mu w jego uzyskaniu nie pomoże.

O czym mówi przychód

Inna sprawa, że mimo wielu obietnic jej zniesienia, wciąż obowiązuje granica miesięcznych przychodów, po której przekroczeniu nie można się ubiegać o umorzenie składek. Wynosi 300 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z poprzedniego kwartału ogłaszanego przez GUS, czyli 15 681 zł. Wiem, niemało, wiele osób musi sobie radzić z minimalnym wynagrodzeniem albo średnią krajową. Ale czy dla przedsiębiorcy, nawet jednoosobowego, to naprawdę aż tak zawrotne pieniądze? Śmiem twierdzić, że utrzymywanie biura, gdy ktoś notuje niższe przychody od wspomnianych 15 tys. jest ekonomicznie… mało uzasadnione. Pamiętajmy też, że wysokość przychodów nie odzwierciedla rzeczywistej sytuacji przedsiębiorstwa. Zacznijmy odliczanie. Rzecz jasna z perspektywy jednoosobowej działalności (jeśli ktoś zatrudnia choćby kilku pracowników, to przy przychodach poniżej 15 681 zł miesięcznie najprawdopodobniej albo od dawna im nie płaci, albo sam nie je). Czynsz – „rozsądne” minimum to 2 tys. zł (wielu za lokal płaci o wiele więcej). ZUS 1431,48 zł, koszty biurowe (przyjmijmy minimalnie 500 zł miesięcznie), podatek dochodowy (przy obrotach rzędu 15 tys. zł to 2–3 tys. zł, zakładając liniowe 19 proc.), system informacji prawnej (kilkaset złotych), paliwo do samochodu (również kilkaset złotych), składki korporacyjne i ubezpieczenie OC (kolejne kilkaset). Nie zapominajmy również, że prawnicy rozpoczynający działalność bardzo często na start biorą kredyty na wyposażenie biura. Zatem w grę wchodzą również raty kredytów, a czasem jeszcze leasingu. 15 tys. zł to nadal „horrendalna kwota”? Przypominam, przedsiębiorca też człowiek, miewa rodzinę i nie utrzymuje jej z osobnego budżetu.
Reklama
Nie należy tracić z pola widzenia faktu, że kancelarie teraz w zasadzie nie działają. Spraw w sądach nie ma, zatem i klienci wszystko odkładają na potem. W związku z tym i ewentualne wynagrodzenie… odłożone jest na potem. Utrata płynności finansowej w takich warunkach to żadna sztuka. Nie należy bowiem zapominać o tym, że jednoosobowy przedsiębiorca nie ma zagwarantowanych przez pracodawcę narzędzi pracy. Wszystko musi kupić sobie sam. Musi mieć odłożone środki, żeby np. jeśli zepsuje mu się komputer, biurko czy tablet, natychmiast kupić nowe. Jeśli zepsuje się samochód – natychmiast go naprawić albo kupić czy wyleasingować nowy. Z naszych teoretycznych 15 tys. zł trzeba więc jeszcze „zaoszczędzić” na nieprzewidziane wydatki, bo prowadzić firmy z czystym kontem się nie da.
Obwarowanie umorzenia składek ZUS osiąganymi przychodami nie jest zatem rozwiązaniem dobrym i trudno dziwić się rozgoryczeniu przedsiębiorców, którzy się na nie nie załapali, choć ich sytuacja wcale nie była lepsza od tych, których przychody były poniżej ustawowego pułapu (jeśli np. mieli mniejsze koszty uzyskania przychodu). Zasadne wydaje się postulowanie rychłej, kolejnej nowelizacji tarczy antykryzysowej w tym zakresie.

Reklama
Inna sprawa. Absurdalne wydaje się zastosowanie przepisów o umorzeniu składek ZUS do wspólników spółek cywilnych, tj. bardziej zaawansowanej formy prowadzenia działalności gospodarczej zazwyczaj połączonej z zatrudnieniem kilku osób. Wspólnik spółki cywilnej jest przez ZUS traktowany jak jednoosobowy przedsiębiorca. To oznacza, że będzie mógł wnioskować o umorzenie swoich składek tylko wówczas, gdy jego przychody nie przekroczą 15 681 zł miesięcznie, czyli w praktyce…. nigdy. Jeżeli bowiem przychody wspólnika (przypadające na jego udział w zyskach) są wyższe niż ten próg, wtedy wspólnik nie skorzysta ze zwolnienia ze składek opłacanych we własnym imieniu. Trudno sobie wyobrazić, aby przychody wspólnika w spółce, która pozwala sobie na zatrudnienie pracowników, nie przekroczyły tej granicy (zwolnienia ze składek za pracowników to inna sprawa, bo w ich przypadku płatnikiem jest spółka, a nie wspólnik).
Do 16 kwietnia z umorzenia składek trudno było skorzystać początkującym prawnikom, którzy otrzymali z urzędu pracy dofinansowanie na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Po ostatniej nowelizacji ich sytuacja nieco się poprawiła. Problemem był fakt, iż umorzyć można było jedynie składki niezapłacone, a „dofinansowani” nie płacić składek po prostu nie mogli, bo ryzykowaliby, że przyjdzie im zwrócić dotacje (czasem blisko 30 tys. zł). Nowelizacja ich problem rozwiązała, bo jeśli ktoś ZUS zapłacił, ale spełniał warunki do umorzenia składek, teraz może wnioskować o zwrot. Jak się wydaje, dużo lepszym pomysłem byłoby traktowanie już wpłaconych kwot jako nadpłat i zaliczanie ich na poczet przyszłych składek. Zwracanie przedsiębiorcom pieniędzy, które i tak kiedyś będą musieli znów wpłacić do ZUS, odbieram jako zbędne biurokratyczne obciążenie.

Na postoju

Koło ratunkowe nr 2, czyli postojowe. W tym aspekcie sytuacja również wygląda lepiej aniżeli przed 16 kwietnia. Warunkiem uzyskania świadczenia jest aktualnie spadek powyżej 15 proc. łącznych obrotów w ciągu dowolnie wskazanych dwóch kolejnych miesięcy kalendarzowych, przypadających od 1 stycznia 2020 r. do dnia poprzedzającego dzień złożenia wniosku. Cóż, spadek obrotów notuje większość, jeśli nie wszystkie kancelarie i w wielu przypadkach to zapewne powyżej 15 proc. Do czasu ostatniej nowelizacji w przypadku postojowego również obowiązywał pułap 15 681 zł, co realnie utrudniało skorzystanie z pomocy wielu znajdującym się w trudnej sytuacji przedsiębiorcom. Obecne uregulowania nadal zawierają liczne wady, np. nie uwzględniają faktu, iż przedsiębiorstwa notujące w kwietniu większy zysk w porównaniu do marca w dalszym ciągu mogą być w fatalnej sytuacji, jeśli ich przychody odniesie się do sytuacji np. ze stycznia czy lutego.
Inna sprawa, że wielu firmom w kryzysowej sytuacji, mimo że kryteria przyznania postojowego bardzo złagodzono, nadal trudno będzie je uzyskać. Wyobraźmy sobie sytuację, że firma radzi sobie na tyle źle, że jedynym miesiącem 2020 r., w jakim osiągnęła przychód, był marzec. Załóżmy, że były to 4 tys. zł. Styczeń, luty – na zero. Kwiecień – na zero. Nie ulega wątpliwości, że sytuacja spółki jest fatalna. Przyłóżmy do tego stanu faktycznego obowiązujące obecnie przepisy. Aby firma otrzymała świadczenie „postojowe”, jej obroty muszą spaść o 15 proc. Do marca nie udało się jej zarobić nic. Obroty nie spadły, postojowe się nie należy. W marcu był zarobek. Przychody wzrosły, postojowe się nie należy. Najwcześniej zatem taki przedsiębiorca wniosek o postojowe złoży w maju, gdy pod uwagę brana będzie relacja kwietnia do marca. Pod warunkiem, że do tego czasu nie złoży wniosku o upadłość.

Dobry zwyczaj…

Pracodawcy mogą starać się również o uzyskanie pożyczki z urzędu pracy w wysokości 5 tys. zł na pokrycie bieżących potrzeb związanych z działalnością. Nawet biorąc pod uwagę biuro o skromnych miesięcznych wydatkach, to niewiele. I każdą pożyczkę kiedyś trzeba oddać. Nikt nie wie, ile potrwa pandemia, można zatem założyć, że sytuacja przedsiębiorców z biegiem czasu może być jeszcze trudniejsza niż teraz. Oddać może nie być z czego. Aczkolwiek warto odnotować, że ostatnia nowelizacja złagodziła nieco warunki, po których spełnieniu można się starać o umorzenie takiej pożyczki, co zapewne spowoduje gwałtowny wzrost wniosków o jej udzielenie.
Nie jestem krytykiem rozwiązań oferowanych w ramach tzw. tarczy antykryzysowej, chociaż mogło to tak zabrzmieć. Pomoc jest przedsiębiorcom potrzebna. Niedoskonałości są, ale akurat je zawsze można poprawić. Niestety, trzeba jeszcze stwierdzić, że każde z omówionych rozwiązań jest… czasochłonne. Jeśli ktoś nie zajmuje się sprawami rachunkowymi sam, bo np. na co dzień korzysta z usług księgowych, będzie się długo przebijał przez formalności. Nawet księgowi nie znają odpowiedzi na wszystkie pytania. Najistotniejsze z nich nie brzmi, czy i o co wnioskować, ale czy już. Wszak wciąż słyszymy o pomysłach kolejnych nowelizacji i „coraz szerszym wachlarzu dostępnej pomocy”. A wraz z nimi, jak to w urzędach, o nowych wymogach, nowych regulacjach i o zgrozo, nowych formularzach…
Spraw w sądach nie ma, zatem i klienci wszystko odkładają na potem. Ewentualne wynagrodzenie też jest więc odłożone na później, a rachunki płacić trzeba