To terroryści – przekonuje Chen, przegryzając szaszłyk i popijając go piwem. Jest po północy, siedzimy w przydrożnej knajpie nadmorskiego Qingdao (Chiny) – na zewnątrz, bo w sierpniu noce są tu bardzo ciepłe. Atmosfera sprzyja rozmowom, których Chińczycy na trzeźwo unikają. Rozmowom o polityce.
Magazyn 3 stycznia 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Chen, wykształcony i sympatyczny 30-latek, terrorystami nazywa mieszkańców Hongkongu protestujących przeciw zakusom Pekinu na względną autonomię ich miasta. – Te protesty podsycane są przez wrogie mocarstwa. Ale nasi przywódcy się tym zajmą – uzupełnia. A gdyby przywódcy, a właściwie przywódca, Xi Jinping, postanowił zająć się hongkończykami tak, jak Deng Xiaoping w 1989 r. studentami na placu Tiananmen? Cóż, to terroryści…
Reklama
Chen wierzy w to, co mówi. Narracja o młodocianych terrorystach z Hongkongu i obcych podżegaczach sączona jest do głów Chińczyków od początku protestów, a więc od marca 2019 r. Telewizja, gazety, strony internetowe, radio – wszędzie ten sam komunikat. A Chińczycy go kupują, bo to jedyna dostępna „prawda”: media kontrolowane są przez rząd, do innych nie ma dostępu. System cenzury internetu blokuje zachodnie portale społecznościowe, a serwisy informacyjne odsącza z niepożądanych treści. Wolność słowa jest w Państwie Środka mniejsza nawet niż w Polsce za czasów PRL, gdy przy ul. Mysiej 5 w Warszawie funkcjonował Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.

Reklama
Biedni Chińczycy. Nie to co my. Jako dumni z demokracji i doświadczeni totalitaryzmami mieszkańcy Zachodu nigdy nie zrzeklibyśmy się prawa do swobody poglądów i dostępu do informacji. Mamy je zagwarantowane konstytucyjnie, prawda? Jaka to wspaniała… iluzja.
Tak, iluzja. Bo chociaż chętnie deklarujemy, że wolność słowa „kochamy i rozumiemy”, to pozwalamy na jej coraz dalej idące ograniczenia.

Nie obrażaj prezydenta

Czy naprawdę myślicie, że możecie powiedzieć wszystko, co chcecie powiedzieć, i usłyszeć wszystko, co inni chcą powiedzieć wam? Pomyślcie. Owszem, art. 54 Konstytucji RP stanowi, że „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów i rozpowszechniania informacji”, ale istnieją takie poglądy i informacje, których głoszenia prawo zakazuje. Jeśli przyjdzie nam do głowy minąć się z prawdą w zeznaniach składanych przed sądem, możemy trafić za kratki na osiem lat. Nawet dwa lata spędzimy w więzieniu, jeśli nie zgadzamy się z Churchillem w ocenie demokracji i uważamy, że lepszym ustrojem dla Polski byłby np. włoski faszyzm. Podobnego wyroku możemy się spodziewać, jeśli nie podobają się nam Ukraińcy albo Azjaci i swoim resentymentem zarażamy innych współobywateli. Dwa lata odsiadki również grożą nam, jeśli obrazimy czyjeś uczucia religijne, a rok, jeśli zniesławimy kogoś, pomawiając go bezpodstawnie, np. o oszustwo. No, chyba że to będzie prezydent kraju – wówczas kara wzrasta do lat trzech. Nie karę więzienia, a grzywny możemy otrzymać, publikując reklamy apteki (do 50 tys. zł), alkoholu (do 500 tys. zł, chyba że robimy to w hurtowni lub punkcie sprzedaży) albo swojego ulubionego polityka w trakcie ciszy wyborczej (do 5 tys. zł). Znacznie niższe kary, bo od 100 zł do 500 zł, przewidziane są za używanie wulgaryzmów w zasięgu słuchu policyjnego patrolu. Gorzej, jeśli jesteś nadawcą telewizyjnym albo radiowym i gorszy innych na skalę ogólnokrajową. Za emisję wulgarnych i nieobyczajnych treści przed godz. 23 można dostać grzywnę w wysokości nawet kilkuset tysięcy złotych. Swoją drogą, za nadawanie na falach radiowych bez koncesji grozi kara do trzech lat więzienia.
Jak widać, wolność wypowiedzi w demokracji nie tylko nie jest absolutna, ale ma wręcz charakter dobra reglamentowanego. Nie stosuje się co prawda cenzury prewencyjnej, ale ogranicza się ją arbitralnie ze względu na lokalizację i czas wygłaszania danych twierdzeń, ich wartość logiczną i ładunek emocjonalny, intencję, potencjalne, realne i domniemane skutki społeczne, w imię ochrony konkretnych grup interesu czy mniejszości, z dbałości o czystość języka itp. Powodów – często dobrych – jest bez liku.
Samo to, że wolności słowa nie można realizować w sposób absolutny i bez ponoszenia konsekwencji, jest naturalne i zrozumiałe. Byłoby tak nawet, gdyby nie istniało państwo. Anarchiści mogą to sprawdzić, wybierając się w szaliku Wisły Kraków w okolice stadionu Cracovii. Problemem jest jednak arbitralność jako metoda wytyczania granic wolności.
Skutkuje ona tym, że jak w każdej dziedzinie zależnej od polityków, regulacji przybywa, a nie ubywa. Stąd w przypadku wolności słowa niektóre ograniczenia (zakazy, ale i nakazy) to wymysły świeże. Zakaz reklamy aptek wprowadzono ustawą refundacyjną w 2012 r., a nakaz raportowania schematów podatkowych w 2019 r. Niektóre obostrzenia czekają jeszcze na wprowadzenie, jak nowe przepisy ograniczające dostęp do pornografii (mają być procedowane w pierwszej połowie 2020 r.), a niektóre w porywie rozsądku odrzucono w ostatniej chwili, jak choćby w 2018 r. centralny rejestr domen zakazanych – choć i tak zapewne powrócą za jakiś czas przepchnięte bokiem w jakiejś ustawie.

Rosnący strach

Chociaż Polacy czują, że wolność słowa jest dla demokracji bardzo ważna (według badań ośrodka Pew Research jest dla nas niemal tak ważna jak dla Amerykanów, a dla tych jest najważniejsza na świecie), to w praktyce antywolnościowy trend w prawie akceptują. Tylko raz zaprotestowali masowo, gdy w 2012 r. wyszli na ulice przeciw porozumieniu ACTA, któremu zarzucano, że pod pozorem walki o poszanowanie własności intelektualnej stłamsi wolny przepływ idei. Czy zarzuty były słuszne? Tego empirycznie nie sprawdzono, gdyż ostatecznie porozumienie nie weszło w życie. Od połowy 2019 r. obowiązuje natomiast dyrektywa w sprawie praw autorskich rodząca u niektórych podobne obawy co poprzedni projekt. Najbliższe dwa lata (czas na jej implementację w krajowych prawodawstwach) pokażą, czy obawy są słuszne.
Kłopotliwe w ACTA i innych współczesnych ustawach ingerujących w wolność słowa jest nie tylko to, że bywają zwyczajnie zbędne, lecz także to, że są skrajnie niejasne. Ich treść można odczytywać na różne sposoby, skutkiem czego to, na czyją korzyść się ją zinterpretuje, staje się rzeczą – znowu! – arbitralną. W takich okolicznościach obywatel nigdy nie wie, gdzie przebiegają granice wolności słowa oraz kiedy i jak zostanie za ich przekroczenie ukarany.
Dobrze widać to w przypadku prób – częstszych na Zachodzie, ale zdarzających się też i u nas – karania za mowę nienawiści. Interesującym przykładem jest przypadek Amerykanina Adolfo Martineza ze stanu Iowa, który w grudniu 2019 r. spalił w miejscu publicznym tęczową flagę symbolizującą ruch LGBT. Otrzymał za ten wątpliwy wyczyn łączny wyrok 16 lat więzienia. Gdyby spalił coś ideowo neutralnego, dostałby maksymalnie trzy lata, ale spalenie flagi LGBT zaowocowało przekwalifikowaniem czynu z występku na zbrodnię nienawiści, zwiększając maksymalny wymiar kary do pięciu lat. Jako że Martinez miał już na koncie dwa wyroki skazujące, został uznany za notorycznego przestępcę – maksymalny wymiar kary wzrósł automatycznie do 15 lat. Sędzia postanowił z tej możliwości skorzystać, a uwzględniając brak wyrzutów sumienia po stronie oskarżonego, dorzucił jeszcze rok – za samo nieostrożne obchodzenie się z ogniem.
Tyle że to nie Martinez jest problemem. Im bowiem bardziej niejasne i pojęciowo pojemne prawo ograniczające wolność, tym większe ryzyko, że obok tak klarownych przypadków zbrodni nienawiści, jak ta Martineza, pojawią się też przypadki znacznie mniej jednoznaczne. Już dzisiaj niektórzy postulują, by uznawać za nie np. głoszenie poglądu, że płciowość determinowana jest przez biologię albo zwracanie się do osób inaczej niż sobie tego życzą. Czy posadzenie za kratkami Jordana Petersona – popularnego kanadyjskiego psychologa, który takich „zbrodni” jest winien – byłoby dobrym pomysłem? Albo sąsiada, który opowie znajomym żart o blondynkach? Są tacy, którzy tak uważają. Nie mają jeszcze na tyle dużej siły przebicia, by przekonać do swoich racji prokuratorów, ale są już na tyle silni, by gnębić za niepoprawne poglądy akademików na ich własnym boisku – na uniwersytetach. Medialna kariera Petersona rozpoczęła się, gdy zwrócił uwagę, że w środowiskach akademickich prowadzi się dzisiaj dyskusje ideologiczne, a nie naukowe. Dlaczego? Ze strachu, by nie stracić grantów albo by nie oberwać od agresywnych aktywistów przerywających wykłady nieprawomyślnych badaczy, a w końcu by nie paść ofiarą zideologizowanego prokuratora.
Tak. Martinez nie jest problemem. Problemem jest przedkładanie innych wartości – np. psychicznego dobrostanu niektórych mniejszości – nad wolność wypowiedzi. Takie półgłówki jak Martinez służą tu jako przekonujący pretekst, ale w efekcie gęstnieje atmosfera życia publicznego i wolne myśli i idee przestają być wypowiadane na głos. Ze strachu.

Spółkujące idee

Matt Ridley, brytyjski myśliciel, pisarz i przedsiębiorca, powiedziałby, że idee przestają wówczas ze sobą... spółkować. To właśnie swobodna wymiana idei tłumaczy, dlaczego wzrost ludzkiej populacji przełożył się nie na ogólnoświatowy kryzys, a na niezwykły wzrost dobrobytu. Weźmy ostatnie pół wieku – liczba ludzi się podwoiła, a PKB na głowę Ziemianina wzrosło trzykrotnie. Niesamowite, ale łatwe do wyjaśnienia. Więcej ludzi to więcej innowacyjnych idei. Jeśli jednak pomysły te funkcjonują oddzielnie i się nie krzyżują (jak np. w starożytności ze względu na bariery technologiczno-komunikacyjne), proces ich doskonalenia i realizacji jest powolny. Gdy bariery znikają, międzyideowa miłość staje się bardziej ognista i produktywna. Dzisiaj, w dobie powszechnego dostępu do internetu, ograniczenia zniknęły niemal całkowicie. Z technologicznego punktu widzenia panuje wręcz ideowy promiskuityzm – dla innowacyjności to przecież warunki doskonałe.
Jednak na drodze do międzyideowej miłości może stać – i wielokrotnie w dziejach tak było – strach. W świecie jedynie słusznych religii była to obawa przed inkwizycją. Któż chciałby iść w ślady spalonego na stosie za herezję Giordana Bruna? To strach skłonił Galileusza do złagodzenia sposobu, w jaki nauczał teorii heliocentrycznej (nie mógł głosić, że jest prawdziwa, a tylko że jest hipotezą). W świecie świeckich totalitaryzmów słowa krępuje strach przed tajną policją i tym, że mogą nas zadenuncjować najbliżsi. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w Korei Północnej nie powstają innowacje? Właśnie. W świecie monarchii z kolei panuje obawa przed urażeniem władcy. Wie o tym np. Marokańczyk Mohamed Sekkaki, który w grudniu 2018 r. został skazany na cztery lata odsiadki za opublikowanie na Youtubie filmów, w których krytykował przemówienia króla Muhammada VI.
Niestety, strach przed wypowiadaniem na głos myśli pojawia się również w demokracjach – że niechcący, i nawet mówiąc o faktach, obrazi się czyjeś uczucia albo nadużyje praw własności intelektualnej. Ta obawa zmusza do tego, by określonych tematów unikać, pewnych idei ze sobą nie mieszać, z niektórych pomysłów nie korzystać. „Tym, co istotne najbardziej, nie jest to, czy restrykcje wobec mowy nienawiści szkodzą innowacjom bezpośrednio, ale czy istotnie redukują ogólne prawdopodobieństwo zaangażowania się w rozmowę” – pisze w jednym z felietonów Adam Millsap, ekonomista z think-tanku Mercatus Center. To właśnie zagrożenie, które trzeba brać pod uwagę za każdym razem, gdy rozważa się wprowadzenie regulacji dotyczących wolności słowa.
Co ciekawe, o ile badacze z łatwością znajdują empiryczne powiązanie pomiędzy wolnością ekonomiczną a rozwojem gospodarczym, o tyle z wolnością polityczną, a to w jej zakresie mieści się wolność słowa, tak łatwo nie jest. – Relacja pomiędzy wolnością polityczną a wzrostem gospodarczym nie ma jednoznacznego i silnego charakteru – można zrekapitulować pracę Malika Bashira i Cheng Shenga Xu z 2014 r., w której przeanalizowali pod tym kątem 117 państw świata. Dla wielu dowodem na to, że można się rozwijać bez wolności słowa, są Chiny. Brzmi przekonująco? Może, ale to błędne myślenie.
Nie bierze ono pod uwagę, że Chiny korzystają swobodnie z innowacji, które przez ostatnie dwa wieki powstawały na Zachodzie właśnie dzięki wolności słowa. To bez wątpienia najpiękniejsze z jej dzieci. Jak podkreśla prof. Deirdre McCloskey, wybitna badaczka historii gospodarczej – „wolne słowo wspiera wolną gospodarkę i odwrotnie”. Dlatego, by zachować tempo rozwoju, Chiny same muszą słowo uwolnić.
– Trzeba Chińczykom pozwolić na głoszenie herezji. Jeżeli nie pozwala się na herezje, nie ma sensu debatować, bo nie ma o czym, bo przecież już ustaliliśmy, co jest dobre. Rynek wymaga debaty. Dopiero gdy idee mogą się zderzać, można opracować skuteczny sposób pokojowego rozwiązania różnych problemów – tłumaczy Ning Wang, który z nieżyjącym już Ronaldem Coasem napisał książkę „Jak Chiny stały się państwem kapitalistycznym?”.

Moje usta, moja sprawa

A prawda? Czy mimo wszystko rząd nie powinien dbać, by było jej w przestrzeni publicznej jak najwięcej? Zwłaszcza w demokracjach, których funkcjonowanie zależy od jakości debaty publicznej? Cóż, o tym, jak rząd dba o jakość debaty, przekonać się można, włączając TVP.
McCloskey w eseju „Wolność słowa, retoryka i wolna gospodarka” pisze, że choć produktem wolności słowa faktycznie nie zawsze jest to, „co prawdziwe w oczach Boga” (obiektywna prawda), to i rządowe dekrety nie mają takiej cechy. Rząd jednak jako złożony z ograniczonej liczby ludzi ma z definicji dostęp do mniejszej ilości informacji niż społeczeństwo jako całość. Rynkowi idei daleko więc do doskonałości, ale w oddzielaniu prawdy od kłamstwa jest skuteczniejszy niż rząd. Dlatego zdaniem badaczki granicą wolności słowa może być właściwie wyłącznie oszustwo. Rząd może więc interweniować, np. gdy producent fałszywie reklamuje towar jako ekologiczny, ale już nie, gdy – dajmy na to – ktoś w niewybrednych słowach wyraża swoje niezadowolenie z premiera.
Wciąż pozostaje pytanie, jak uniknąć arbitralności w określaniu granic tego, co wolno powiedzieć? Może w demokracji jest to niemożliwe i wolność słowa zawsze będzie padać ofiarą rządzących? Lewica będzie ustawami nadgorliwie walczyć z mową nienawiści i fake newsami, a prawica ze stronami porno. Może jesteśmy na to skazani? Nie. Istnieje sposób na wyrwanie się z tego błędnego koła. Jest nim powiązanie wolności słowa z prawem własności – jest ona przecież jedną z form jego realizacji. Moje ciało jest moją własnością i jeśli tak, to moje myśli i usta oraz to, co z nimi robię, podlega mojej władzy – o ile nie ingeruję we własność innych. To pogląd, który z prawa naturalnego wywiódł libertarianin Murray Rothbard. – Czy można krzyczeć bez powodu „Pożar!” w zatłoczonym teatrze? Czy to wchodzi w zakres wolności słowa? – pytał myśliciel i odpowiadał: nie. Bo teatr nie jest naszą własnością, nie my ustalamy zasady, godzimy się wręcz na narzucenie ich nam z zewnątrz, kupując bilet. Wszczynanie fałszywego alarmu to złamanie umowy i naruszenie czyjejś własności. Podlega karze. Stosowanie takiego testu prawa własności może pomóc w rozstrzygnięciu większości sporów związanych z wolnością słowa, w tym sporów o to, co można napisać w sieci albo powiedzieć uniwersyteckiej katedrze.
Niestety, walkę o jak największą wolność słowa łatwo zdyskredytować jako walkę o prawo do kłamstwa, rzucania obelg, podżegania do nienawiści i nieobyczajności. Ulubionym – choć opacznie rozumianym – hasłem tych, którzy wolność słowa chcą ograniczać, jest „wolność to nie samowola!”. Sacha Baron Cohen, aktor i aktywista, twierdzi, że „Hitler, gdyby żył dzisiaj, mógłby sobie wykupić reklamę sponsorowaną na Facebooku” i proponuje wprowadzenie odpowiednich regulacji. To byłoby jednak pójście na łatwiznę.
Batalia o wolność słowa to w istocie walka o to, byśmy jako społeczeństwo mogli się bez przeszkód rozwijać. Warto dmuchać na zimne i reagować na każdą próbę jej ograniczania, nawet jeśli będzie to się wiązało z zaakceptowaniem nieprzyjemnych skutków ubocznych (nikt przecież nie lubi być obrażany). Jak mówią Amerykanie – wolność nie jest za darmo. Nie można zapominać także, że mocne gwarancje dla wolności słowa to również bezpiecznik minimalizujący ryzyko, że nadmiernie rozbudowane prawne instrumenty ograniczania tej wolności wykorzysta ktoś ze złymi intencjami, kolejny Hitler czy kolejny Stalin. Albo ktoś taki jak Xi Jinping.