W Polsce nigdy nie było poważnej debaty o wyzwaniach cyfrowych, zarówno na temat szans, jak i zagrożeń. Dziś również nie ma widoków na zmianę tej sytuacji w przewidywalnej przyszłości. Widoczny jest brak otwartości na merytoryczny wkład ekspertów, a w zamian wysuwane są chwytliwe hasła bez jakiejkolwiek refleksji opartej na faktach. Tak dzieje się choćby z co jakiś czas proponowanymi pomysłami na głosowanie elektroniczne lub internetowe.
Ta forma głosowania może wydawać się wygodna i nowoczesna. Zazwyczaj zwolennicy tych koncepcji nie wdają się jednak w szczegóły, sądząc, że kilka ogólników wystarczy. Ostatecznie takie pomysły szczęśliwie i tak umierają śmiercią naturalną. Wystarczy przypomnieć historię z 2008 r., gdy ówczesny szef MSWiA wysunął taki pomysł, mówiąc, że „głosowanie elektroniczne nie stwarza żadnych zagrożeń”.
Pomysł wrócił w 2011 r. z terminem realizacji 2014 r., a ostatnio propozycje te wysunięto ponownie, gdy ta sama partia wyeksponowała go w ramach programu wyborczego. Tymczasem w ciągu ostatnich 10 lat odbiór społeczny głosowania elektronicznego uległ znacznym zmianom, kojarząc się jednoznacznie z zagrożeniami, a nawet bezpośrednim ryzykiem ingerencji z zewnątrz. Dlaczego sceptycyzm wobec tej formy głosowania wszędzie rośnie?