- Żeby portal miał pewność, że zawiera umowę z osobą uprawnioną, musi zebrać o niej pewne dane. Żeby przesłać jej wynagrodzenie, potrzebny jest numer rachunku. To może być ciekawa baza dla komorników - mówi w rozmowie z DGP Ewa Gryc-Zerych, radca prawny i rzecznik patentowy z kancelarii VenaGroup.
ikona lupy />
DGP
W debacie publicznej o dyrektywie prawnoautorskiej wspominano głównie o art. 13 (w ostatecznym tekście jest to art. 17), który budzi wiele kontrowersji. Zobowiązuje on platformy internetowe do przyjęcia odpowiednich środków w celu zapobiegania naruszeniom praw autorskich. Zastanawiam się, jak to może działać w praktyce?
Mam wrażenie, że cały ciężar gatunkowy dyskusji w mediach skupił się na „cenzurze”, którą miałby wprowadzać ten artykuł, oraz wynikających z niego ograniczeniach wolności i praw. Jednak nie o to chodzi, przekaz podawany przeciętnemu odbiorcy jest błędny. Celem tej dyrektywy jest zapewnienie, aby twórcy oraz inne podmioty posiadające prawa do poszczególnych utworów (bo niekoniecznie muszą to być twórcy) otrzymywali wynagrodzenie za udostępnianie tych utworów na portalach, które zajmują się dostarczaniem treści online. Dyrektywa idzie więc w tym kierunku, by wszystkie treści, które noszą znamiona utworu, a do tej pory były udostępniane na takich platformach zupełnie bezpłatnie, przynosiły posiadaczom praw odpowiednie wynagrodzenie za to, że utwór będzie dostępny dla użytkowników danego portalu. Ma to zapewnić lepszą ochronę twórców, ale nie kreuje nowych praw, co też wielokrotnie w dyrektywie potwierdzono, ani nie wprowadza żadnej cenzury. To słowo przyjęto na potrzeby walki politycznej, bo jest ono bardzo chwytliwe, zwłaszcza w Polsce. Nie oznacza to, że nie będzie problemów, ale będą zupełnie innej natury.
Jakiej? Z czym w praktyce będą największe problemy?
Myślę, że najlepiej to omówić na przykładzie Facebooka. Wszyscy wiemy, jak funkcjonuje ten portal – ma miliony użytkowników, każdy może zamieszczać tam proste utwory, choćby zdjęcia. Musimy pamiętać, że od przyjęcia dyrektywy będą 24 miesiące na jej implementację przez ustawodawcę polskiego. W tym czasie będzie zapewne wiele konsultacji. Komisja Europejska też zobowiązuje się, że będzie omawiać wszystkie bieżące problemy z dostawcami usług. Ale jaki będzie ostateczny kształt, tego nikt z nas nie wie. Obecna władza zapowiada, że dyrektywa będzie mocno zliberalizowana w procesie wdrażania.
Wracając do sedna – zostanie ona implementowana do prawa autorskiego. Nie zmienia jednak ani regulacji dotyczących twórcy, ani definicji utworu. Musimy więc sięgnąć do tej, którą mamy w ustawie. Utworem jest więc każdy przejaw działalności twórczej, który ma jakiś indywidualny charakter i jest utrwalony w dowolnej postaci. Nie chodzi więc o idee, treści czy pomysły, lecz o sposób wyrażenia lub przedstawienia. Pierwsze pytanie, na jakie należy uzyskać odpowiedź, jest ściśle związane z tą definicją, mianowicie – jak Facebook będzie weryfikować, czy treść, którą zamieszcza użytkownik, jest utworem. Osobiście nie mam pomysłu, jakby to można technicznie zrobić. Już teraz w praktyce ten problem pojawia się podczas sporów z zakresu prawa autorskiego. Jeśli prześledzi się orzecznictwo co do naruszania tych praw, to widać, że np. pomiędzy fotografami są spory, czy zdjęcie jest pewnego rodzaju kompozycją, do której przysługują autorskie prawa majątkowe, bo mają pewien indywidualny sposób wyrażenia – np. ustawienie ludzi, przedmiotów. Ale można też wskazać zdjęcia, których sąd nie uznał za utwór, mimo że są pewną kompozycją. To jest sztuka, każdy może mieć subiektywne opinie i nie da się do tego przyłożyć szablonu. Zastanawiam się więc, jak to zrobi Facebook. Przecież nie każda treść będzie utworem. Jeśli tylko referuję stan faktyczny, np. że byłam na wakacjach, to nie jest to utwór, a jedynie dzielenie się informacją. Ale jeśli napiszę wiersz czy tekst piosenki, to już będzie to utwór. Tylko pytanie, kto – już na etapie zamieszczania – będzie to analizował pod kątem, czy autorowi należy się wynagrodzenie.
A nie mogą zajmować się tym odpowiednie algorytmy?
Mówiąc potocznie, maszyny tego nie ogarną, choć podejrzewam, że po pewnym czasie powstanie baza utworów, którą będą obsługiwały roboty, bo jednak Facebook to ogromne narzędzie. Gdy czyta się komentarze do dyrektywy pochodzące od organów europejskich, to w zamyśle nowe przepisy dotyczą piosenkarzy, artystów czy dziennikarzy. Ale w tekście dyrektywy nie ma takiego rozróżnienia – jest mowa o utworach. Więc twórcą może też być przeciętny Kowalski, który np. pisze wiersze, choćby o częstochowskich rymach. Więc utwory, które się pojawią, Facebook zeskanuje i potem łatwiej będzie mu wychwycić te podobne. I ustalić, czy ktoś ma do nich prawa, czy nie.
Pojawiają się też wątpliwości dotyczące np.: fanpage’y z memami. Wiadomo, że same memy nie będą zakazane, choć niektórzy tym straszyli, ale pojawia się pytanie, co będzie, jeśli taka strona zacznie zarabiać? Dalej obejmują ją przepisy o dozwolonym użytku osobistym?
Jeśli coś będzie już zamieszczone na Facebooku, to istnieje możliwość dalszego udostępniania tych treści między użytkownikami portalu. Jeśli chodzi o memy, to będą one dalej dozwolone, jak i prawa cytatu. Dyrektywa wprost stanowi, że tego nie można zakazać. A przy robieniu memów trzeba zwykle wykorzystać jakiś utwór pierwotny. Polskie prawo stanowi, że dozwolone jest korzystanie z utworów na potrzeby parodii lub pastiszu. Będzie to po prostu utwór zależny, czyli tworzony na bazie innego. I tego typu twórczość może się według dyrektywy dalej pojawiać. Cytat natomiast musi dotyczyć bardzo krótkich form, on też się rządzi swoimi prawami. Jest też w naszej ustawie artykuł mówiący o włączeniu jednego utworu do innego. Zastanawiam się tylko, jak i kto będzie to analizował przed zamieszczeniem na portalu.
Także w wielu filmikach na YouTubie zamieszcza się fragmenty innych filmów czy seriali.
Utwór to jeden problem, ale jest jeszcze kwestia twórcy. Bo sednem dyrektywy jest to, że za publikowanie utworów trzeba twórcy zapłacić. I np. wyobrażam sobie sytuację, że wrzucam na Facebook 500 zrobionych przeze mnie zdjęć. W świetle dyrektywy trzeba ustalić, czy ja w ogóle mam prawo je rozpowszechniać. Sprawdzać, kto zamieszcza dane treści i z kim zawrzeć umowę licencyjną. Ponadto z preambuły wynika, że utwory można rozpowszechniać za darmo – bez pobierania wynagrodzenia i umowy licencyjnej – jeśli autor tak zdecyduje. Więc zastanówmy się, jak Facebook zrobi to w praktyce. Wyobrażam sobie, że przed publikacją portal powinien zapytać nie o to, czy jestem twórcą tych zdjęć (bo mogłam już dawno przenieść prawa majątkowe do nich), lecz czy mam prawo do ich rozpowszechniania i w związku z tym, czy to ze mną zawiera umowę licencyjną. A jeśli nie mam tych praw (bo np. zamieszczam zdjęcia koleżanki), to powinien zapytać, kto jest ich właścicielem. Bo jeśli nie skontaktuje się z uprawnionym, a zamieści utwór, to w świetle dyrektywy ponosi odpowiedzialność. Pojawiają się jednak kolejne problemy: co, jeśli bardzo utalentowany 13-latek chce opublikować swoje zdjęcia?
Jeśli są jego, to ma do nich przecież prawa autorskie. Może też mieć konto na Facebooku.
Ale nie ma pełnej zdolności do czynności prawnych. A zastanawiam się, czy taką umowę licencyjną można zaliczyć do drobnych, bieżących czynności życia codziennego. I w związku z tym, czy rozporządzanie tymi prawami nie wymaga zatwierdzenia przez opiekuna prawnego. To problem, którego nie można przeoczyć w praktyce. Kolejny dotyczy ilości danych gromadzonych przez Facebook. Bo żeby miał on pewność, że zawiera umowę z osobą uprawnioną, musi zebrać o niej pewne dane. A także przesłać jej wynagrodzenie, do czego potrzebny jest numer rachunku bankowego. To może być ciekawa baza danych dla komorników.
Chyba większym problemem jest kwestia elektronicznego zawierania umowy licencyjnej. Czy nie wymagałoby to podpisu elektronicznego?
Nad tym też się zastanawiam. Jeśli nie jest to licencja wyłączna, to nie musi ona być sporządzona na piśmie, więc kliknięcie odpowiednich pól na ekranie jest wystarczające. Obawiam się jednak tej ilości pobieranych danych. Nie chcę tu kreować fikcyjnych stanów faktycznych, ale wiadomo, że gdzieś te dane krążą. Facebook miałby więc informacje dotyczące posiadania przez nas pewnych praw majątkowych i rachunków bankowych, z których można potem przeprowadzać egzekucję. A czasem trzeba też podać dane autora czy autorki. I robią się z tego tony danych. Nie wiem, czy nie jest to trochę wylewanie dziecka z kąpielą. Na pewno będzie trzeba rozsądnie podejść do tej kwestii.
A jak określić „odpowiedniość” wynagrodzenia, o której mówi dyrektywa?
Jeśli byłabym rozpoznawalnym autorem, wrzucającym dziennie – powiedzmy – po 100 zdjęć, które potem są udostępniane, to od każdego zdjęcia powinnam otrzymać właśnie odpowiednie wynagrodzenie. Czy 2 grosze to będzie dobra stawka w stosunku do tego utworu? Z drugiej strony Ed Sheeran nie dostanie tyle za swoją piosenkę, bo to cenniejszy utwór. Ale jeśli ktoś amatorsko zagra i zaśpiewa utwór Eda Sheerana, to ile dostanie za to wykonanie? Możliwe więc, że Facebook, żeby zrekompensować sobie te opłaty, wprowadzi płatność za założenie konta. Zapewne, podobnie jak na Spotify, będzie to niewielka opłata, niezauważalna dla użytkownika, ale znacząca dla portalu wobec dużej liczby użytkowników.
Taka opłata też ułatwiałaby zbieranie informacji o rachunkach bankowych.
A przy okazji potwierdzałaby autentyczność użytkownika. Jednak to, jak wysokie i jak często wypłacane będzie wynagrodzenie, pozostaje niewiadome. Możliwe także, że Facebook wprowadzi limity ilościowe materiałów, które można publikować dziennie, tygodniowo czy miesięcznie. Natomiast dyrektywa stanowi, że nie można ograniczać dostępu do utworów, które nie naruszają cudzych praw. Ma to zapobiec sytuacji, w której Facebook powie, że nie będzie pozwalał użytkownikom na zamieszczanie żadnych treści autorskich. Oczywiście to by uderzało w sam cel istnienia tego portalu.
Zastanawiam się też, jak będzie ze skargami na naruszenie praw autorskich. Z jednej strony portal może uznać, że nie zapłaci, póki takiej skargi nie dostanie. Z drugiej istnieje też obawa nadużycia i zarzucania portali pozwami, a one będą płacić dla świętego spokoju.
Jeśli autor jest nieznany, to może nie dojść do konfrontacji między nim a naruszającym prawo autorskie. Jeśli natomiast znalazłby się utwór, który narusza cudze prawo, to Facebook musi wykazać, że czynił starania, by skontaktować się z właścicielem praw, a jeśli mu się nie udało, to że zachował przy tym odpowiednią staranność. Ale przyjmijmy, że doszło do naruszenia i ktoś się podszył pod autora. Wtedy prawdziwy autor może złożyć skargę. Odpowiedzialność leży po stronie dostawcy usług, a nie tego, kto zamieścił treść. Skarga musi jednak być należycie uzasadniona. Trzeba dowieść, że jest się autorem utworu lub ma się do niego prawa. Dyrektywa wymusza, żeby końcowa decyzja w sprawie takiej skargi była podejmowana przez człowieka, a nie maszynę. Zastanawiam się więc, ilu ludzi będzie potrzeba do rozpatrzenia tych milionów skarg, w tym także fałszywych. I każda z tych osób musi się postawić w roli niezależnego sędziego, oceniając, czy rzeczywiście mamy do czynienia z utworem, kto nabył do niego prawo, czy ten ktoś mógł go publikować itp. Dyrektywa stanowi, że w tego rodzaju sporach państwo ma obowiązek zapewniania możliwości polubownego rozstrzygnięcia, czyli pewnego rodzaju mediacji. W naszej ustawie mamy możliwość sądowego dochodzenia roszczeń, w ramach którego można żądać odszkodowania w formie opłaty ryczałtowej w wysokości jedno- lub dwukrotności opłaty licencyjnej (zależnie od tego, czy naruszenie było zawinione, czy nie), tylko że znów wracamy do kwestii wysokości tej opłaty. Czy ktoś będzie się procesował o np. 4 grosze? Bo naruszenia mające miejsce na portalu powinny być ocenianie według przyjętej tam stawki opłaty licencyjnej. Nie wiadomo też, czy byłoby to liczone od wyświetlenia, udostępnienia czy od samej publikacji. Dlatego ważne jest, jakie opłaty naliczy Facebook, bo na tym pewnie będą opierać się sądy. Nie byłoby dobrze, gdyby tłumy użytkowników chodziły z tym sprawami do sądu. Ale też byłoby źle, gdyby te kwoty były tak niskie, że nikt by do sądu nie chodził, bo to by podważało cel dyrektywy.