Z piątej już edycji opracowania wynika, że nigdy zasada trzech czytań ustawy w Sejmie nie była tak fikcyjna, jak w 2018 r. 63 proc. uchwalonych przez Sejm ustaw nie było merytorycznie opracowywanych przez komisje sejmowe pomiędzy drugim a trzecim czytaniem. Gdy dodamy do tego, że 13 proc. ustaw nie trafiało do komisji po pierwszym czytaniu (lub trafiało, ale już na pierwszym posiedzeniu komisja sporządzała sprawozdanie z prac), okazuje się, że odsetek ustaw, dla których nie prowadzono żadnych prac po drugim czytaniu, wynosi aż 76 proc. ogółu uchwalanych aktów prawnych. W 2017 r. odsetek ten wynosił 70 proc., a np. w 2005 r. – 51 proc. Między innymi dzięki stosowanym praktykom jeszcze bardziej skrócił się czas prac nad ustawą w parlamencie. Średnio wynosi on obecnie – od wpłynięcia projektu do Sejmu do podpisu prezydenta – 99 dni. W 2017 r. było to 106 dni, a w 2005 r. – 198 dni.

Błyskawicznie działa Senat. Podczas gdy jeszcze przed pięcioma laty wnosił poprawki do co drugiej rozpatrywanej przez siebie ustawy, teraz poprawia zaledwie co piątą.

„Brak jakiejkolwiek poprawki w ustawie zwykle nie oznacza, że jest ona tak dobrze skonstruowana i tego nie wymaga. Raczej wynika to z narastającego pośpiechu w stanowieniu prawa” – spostrzegają autorzy opracowania.

Głowie państwa zaś na przeanalizowanie trafiającej na jego biurko ustawy wystarcza średnio 11 dni. To o dzień mniej niż w 2017 r. Prezydent Lech Kaczyński na podjęcie decyzji o podpisie lub jego braku potrzebował dwukrotnie więcej czasu.

Pozytywem jest natomiast to, że maleje liczba przyjmowanych aktów prawnych. Produkcja ustaw i rozporządzeń zmniejszyła się rok do roku aż o 46 proc.

„To pozytywny sygnał pokazujący, że po wielu latach niemal trwałego wzrostu produkcji prawa w Polsce w końcu otoczenie prawne nieco się ustabilizowało” – stwierdzają eksperci Grant Thornton.

Bynajmniej jednak pozytywny sygnał nie jest zasługą ustawodawcy. Ten w 2018 r. znów przyjął więcej prawa niż rok wcześniej. Zmniejszyła się za to radykalnie liczba i objętość rozporządzeń. W 2017 r. liczba stron maszynopisu aktów wykonawczych wynosiła ponad 24,5 tys. W 2018 r. już zaledwie 11 284 kartki.

– Staramy się samoograniczać. Chcemy też, aby obowiązywała zasada „one in – one out”, polegająca na tym, że nowy przepis nie jest dodawany, lecz zastępuje stary przepis – stwierdza Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii. I zauważa, że samo liczenie stron maszynopisu może być mylące, gdyż chodzi o to, by prawo było możliwie najlepsze, niekoniecznie zaś, by go przyjmować mało. Bądź co bądź za czasów PRL przyjmowano średnio niewiele ponad 600 stron maszynopisu nowych aktów prawnych rocznie. Co nie oznacza, że wówczas były dobre przepisy.