Od razu przyznaję się bez bicia – tutułowe określenie bezczelnie podkradłam prof. Andrzejowi Kidybie (jego comiesięczny felieton tym razem na str. 8; szczerze polecam!). Tymi dwoma słowami pan profesor idealnie wręcz opisał rosnące grono prawników, którzy aż przebierają nogami, by coś publicznie wyjaśnić, skomentować czy ocenić, choć na dany temat nie mają kompletnie nic ciekawego do powiedzenia. „Wypowiadając się bez sensu, reklamuje się przy okazji kancelarię, którą się reprezentuje” – pisze prof. Kidyba.
I tu jest pies pogrzebany. Prawnicy, zwłaszcza adwokaci, mają małe pole manewru w kwestii promocji. A większość ich PR-owców ma tylko jeden pomysł na budowanie ich marki – publikowanie artykułów. Koniecznie z szyldem kancelarii przy nazwisku. Mniejsza, jak się okazuje, o treść.
Zazwyczaj zaczyna się od telefonu lub e-maila do redakcji. W tym pierwszym przypadku pada mniej formalne „Chcielibyśmy coś u was puścić”, w drugim bardziej zniuansowane „Proponujemy nawiązanie współpracy”. W jakiej dziedzinie kancelaria/ekspert się specjalizuje? Tu w odpowiedzi pełna lista wszelkich istniejących dziedzin prawa z pytaniem, o czym warto napisać, by „jak najszybciej poszło”.