Coraz większy odsetek kierowców stanowią osoby wychowane już nie na „Panu samochodziku”, ale na „Szybkich i wściekłych”. A skutki ulicznych wyścigów bywają tragiczne. Tak jak w Jeleniej Górze, gdzie pędzący z prędkością 135 km/h 25-latek przejechał na pasach kobietę i mężczyznę.

Prokuratora uznała, że uczestnicząc w nielegalnym wyścigu, sprawca działał „w zamiarze ewentualnym, przewidując możliwość pozbawienia życia pokrzywdzonych i godząc się na to”. Tym samym nie powinien odpowiadać za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym (art. 177 par. 2 kodeksu karnego), lecz za zabójstwo (art. 148 par. 1 k.k.). W efekcie zamiast maksymalnej kary w wysokości 8 lat więzienia piratowi drogowemu grozi nawet dożywocie. Sąd, wydając zgodę na tymczasowe aresztowanie 25-latka, nie zakwestionował przyjętej kwalifikacji.

Gaz do dechy

Po zarzuty najcięższego kalibru, i to w sytuacji gdy nie było nawet rannych, sięgnęła też Prokuratura Rejonowa w Gdańsku-Wrzeszczu. Pijanemu kierowcy, który wjechał do przejścia podziemnego, śledczy zarzucili usiłowanie, w zamiarze ewentualnym, zabójstwa osób, które znajdowały się na torze jego jazdy (art. 13 par. 1 k.k. w zw. z art. 148 par. 3 k.k.). Auto zatrzymało się tuż przed trzylatkiem, a mimo że pojazd zawisł na schodach i nie mógł ruszyć, kierowca dodawał gazu. W tym przypadku minimalna kara do 12 lat więzienia (maksymalnie dożywocie).

Nie wiadomo, czy te zarzuty ostaną się w sądzie, bo w żadnym z tych przypadków nie skierowano jeszcze aktu oskarżenia. Jednak w bardzo podobnej sprawie prowadzonej przez jeleniogórską prokuraturę sąd przychylił się do wniosku śledczych i skazał za zabójstwo kierowcę, który uciekając przed policją, przejechał przechodnia na pasach. Wrocławski sąd apelacyjny zmniejszył co prawda karę z 20 do 15 lat więzienia, ale nie przekwalifikował czynu na wypadek ze skutkiem śmiertelnym. Co ciekawe, kasację od tego orzeczenia (oprócz obrony) właśnie wywiódł minister sprawiedliwości prokurator generalny, który uznał, że kara 15 lat jest rażąco łagodna w stosunku do stopnia społecznej szkodliwości czynów.

– Moim zdaniem przyjęcie takiej kwalifikacji jest trochę naciągane. Przecież sprawca nawet jak się ściga, to mu przez myśl nie przejdzie, że może kogoś zabić. A tutaj przyjmujemy, że nie tylko brał to pod uwagę, ale i się na to godził – mówi prof. Ryszard Stefański z Uczelni Łazarskiego. – Zrozumiałbym to, gdyby nie było przepisów pozwalających wymierzyć odpowiednio surową karę. Tak jak np. pod rządami kodeksu karnego z 1932 r., kiedy Sąd Najwyższy, rozszerzając wykładnię, przyjmował, że pijany sprawca wypadku działał z zamiarem ewentualnym spowodowania katastrofy, by mu przypisać surowszą odpowiedzialność. Dziś taka argumentacja wywołuje śmiech, ale zobaczymy, co zrobi Sąd Najwyższy – stwierdza Stefański.

Zdaniem Lecha Paprzyckiego, sędziego Sądu Najwyższego w stanie spoczynku, przyjęcie wobec sprawcy śmiertelnego wypadku kwalifikacji w postaci zabójstwa w zamiarze ewentualnym nie jest wykluczone. – Tak można by potraktować np. próbę przejechania pomiędzy przechodzącymi przez jezdnię osobami – zauważa Paprzycki.

Presja społeczna

Jeden z weteranów palestry wspomina, że już w 1975 r. ówczesny Sąd Wojewódzki w Częstochowie skazał na 25 lat pozbawienia wolności sprawcę wypadku, w którym zginęła grupa idących poboczem dzieci, kwalifikując ten czyn jako zabójstwo.  – Wypadek był drastyczny i było duże oczekiwanie władz na surowe ukaranie sprawcy. To, obok afery mięsnej czy skórzanej, była największa hańba polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nawet się wówczas mówiło, że mamy w Polsce trzy rodzaje sądów: powszechne, wojskowe i częstochowskie. Dziś widzę, że mamy powtórkę z rozrywki i wracany do najgorszych wzorców – ostrzega mec. Andrzej Migalski. Ostatecznie rozpatrując rewizję Sąd Najwyższy (który był wówczas II instancją) najpierw wymierzył karę 10 lat pozbawienia wolności, ale za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, a później w ramach rewizji nadzwyczajnej zwiększył karę do 15 lat, kwalifikując czyn jako umyślne spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym.

Jednak Marcin Warchoł, wiceminister sprawiedliwości, chwali prokuratorów, którzy uczestników tragicznie zakończonych rajdów traktują jak zabójców.

– Samochód jest tak jak nóż, można zawieźć dziecko do szkoły, ale i zabić całą rodzinę. Dlatego trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Jeśli ktoś pędzi przez miasto 180 km/h, jest żywą torpedą, która w każdej chwili może zabić. Dlatego należy traktować takie osoby jak zabójców w zamiarze ewentualnym – uważa Marcin Warchoł. I odwołuje się do koncepcji H.-H. Jeschecka, który uważał, że o zamiarze ewentualnym nie można mówić tylko w sytuacji, gdy sprawca wykazał swoim zachowaniem chęć uniknięcia popełnienia czynu. – Jak pisał Władysław Wolter, twórca krakowskiej szkoły prawa karnego, w zamiarze ewentualnym „sprawca ani chce, by skutek nastąpił, ani chce, by skutek nie nastąpił, czyli wyobrażenie możliwego skutku było dla jego aktu determinacji obojętne” – dodaje Marcin Warchoł.

Naganna obojętność

Innego zdania jest mec. Radosław Baszuk. – Ocenianie przez pana ministra ex cathedra, by tego typu sytuacje kwalifikować z art. 148 w zamiarze ewentualnym, a nie z art. 177 albo jako spowodowanie zagrożenia katastrofą, jest absurdem. Co prawda jestem sobie w stanie wyobrazić taki materiał dowodowy i układ faktyczny, w którym można by to rozważać. Ale trzeba pamiętać, że aby mówić o zamiarze ewentualnym, muszą wystąpić dwa elementy: przewidywanie i godzenie się – zauważa adwokat. Jak dodaje, choć pirat drogowy powinien przewidywać możliwe następstwa swojej jazdy, wcale to nie znaczy, że godzi się, iż np. zabije człowieka.

– O ile przy zamiarze bezpośrednim sprawca chce zabić, to przy zamiarze ewentualnym nie ma takiego zamiaru, ale jest zgoda na ten skutek. Mówimy o zabójstwie, które mimo wszystko jest przestępstwem umyślnym. Nawet jeśli kierowca umyślnie nie zachowuje reguł ostrożności, to skutki tego nie są objęte umyślnością, a nawet godzeniem się – pointuje mec. Baszuk.

– Owszem. Taki sprawca nie chce nikogo zabić, ale czy chce nie zabić? Nie – jemu to jest obojętne i już ta jego obojętność jest naganna. Bo jeśli ktoś jedzie 180 km/h przez miasto i nie interesują go przepisy, pasy, światła, przechodnie, szkoła, tę zimną obojętność nazywamy zamiarem ewentualnym. Jest to de facto zgoda, że ktoś inny poniesie śmierć – ripostuje Marcin Warchoł.