W lipcu zapadnie wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie Celmer. Możliwości są dwie: albo orzeczenie będzie po prostu „jedynie” istotne, albo rozsadzi Unię Europejską, jaką znamy. I to nie jest przesada
Czym jest Unia Europejska? I co w ramach wspólnoty jest najważniejsze? Fundusze unijne? Współpraca międzynarodowa? A może wzajemne zaufanie i uznawanie, że skoro państwo członkowskie A coś powiedziało, to państwo członkowskie B nie będzie przekonywało, że jest inaczej? Wszystkie te aspekty są istotne, ale o tym, jak ważny jest ten ostatni, sporo osób zapomina.

Zasada praworządności…

Reklama
Pokrótce przypomnijmy, w czym rzecz. Artur Celmer to Polak oskarżony o handel narkotykami. Polska wystawiła europejski nakaz aresztowania (ENA), czyli skorzystała z unijnego dobrodziejstwa w postaci możliwości przeprowadzenia ekstradycji w uproszczonej formie. Mężczyzna został zatrzymany w Irlandii w 2017 roku. W marcu 2018 r. Aileen Donnelly, sędzia irlandzkiego High Court – sądu o niekwestionowanej reputacji w europejskim sądownictwie – stwierdziła, że w Polsce w ostatnich latach zaszło wiele zmian, które podważają praworządność nad Wisłą. Donnelly odniosła się do reformy sądownictwa, rozróżnienia wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn oraz połączenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Sędzia postanowiła w związku z tym zadać Trybunałowi Sprawiedliwości UE pytanie, które sprowadza się do tego: czy w ramach procedury ENA należy wydać obywatela do państwa członkowskiego, w którym ograniczona została praworządność?
Zasada praworządności jest jedną z podstawowych wartości w UE. Unijni decydenci chętnie porównują wspólnotę do klubu dżentelmenów, w którym przebywać mogą jedynie ci, którzy potrafią się zachować.

Reklama

…vs zasada wzajemnego zaufania

Z drugiej strony mamy zasadę wzajemnego zaufania (niektórzy mówią o zasadzie lojalności). Procedura ENA to jeden z mechanizmów, które się na niej opierają. Bez tego zaufania nie może być mowy o istnieniu Wspólnoty.
Gdy dowiedzieliśmy się o decyzji podjętej przez irlandzką sędzię, w Polsce rozgorzała dyskusja. Liczni eksperci zaczęli przekonywać, że pytanie prejudycjalne świadczy o tym, że wewnętrzne głosy o łamaniu konstytucji i naruszeniu zasady praworządności nie są przesadzone. Od jednego z doskonałych prawników usłyszałem nawet, że „przydałoby się, aby Trybunał Sprawiedliwości UE utarł Polsce nosa”. Wyłączenie Polski z procedury ENA byłoby bowiem realnym problemem dla naszych władz. O wiele poważniejszym niż ostre słowa, do których rządzący już się przyzwyczaili.
Rzecz w tym, że w Europie chyba nikt nie trzyma kciuków za to, byśmy zostali przed trybunałem wskazani jako czarna owca. Bynajmniej nie dlatego, że tak Polskę w Unii kochają. Po prostu orzeczenie wykluczające nas z uproszczonej procedury ekstradycyjnej byłoby faktycznym wyrzuceniem ENA do kosza. Gdyby luksemburscy sędziowie stwierdzili, że w razie uznania, że w państwie wnioskującym o wydanie swojego obywatela łamana jest praworządność, sąd krajowy odmawia, wszyscy weszlibyśmy na karuzelę, z której bardzo łatwo spaść. Skoro bowiem Irlandia odmawiałaby wydawania aresztowanych Polsce, to zapewne Polska odmawiałaby Irlandii. A skoro działania polskiego rządu przypominają to, co dzieje się na Węgrzech, także ten kraj powinien zostać wykluczony z możliwości korzystania z procedury ENA. A co np. z Włochami? Sytuacja polityczna na Półwyspie Apenińskim jest niepokojąca – może więc wyrzucić z procedury ENA także Włochów? I dlaczego przejść obojętnie obok w Hiszpanii, która niedawno brutalnie rozprawiała się z Katalończykami?
Wyświechtane porównanie z puszką Pandory wydaje się tym razem na miejscu. Trybunał Sprawiedliwości UE, wydając wyrok niekorzystny dla Polski, wznieciłby płomień, który mógłby doprowadzić do spalenia całego lasu. Orzeczenie mogłoby zabić zasadę wzajemnego zaufania, jaką znamy od lat.
Musimy pamiętać, że jakkolwiek instytucje unijne zarzucają naszemu państwu naruszenie zasady praworządności, to Polska nadal nie została za to formalnie ukarana. Skoro zaś trwa dialog między Warszawą a Brukselą, niekorzystne dla Polski orzeczenie TSUE byłoby niejako wskazaniem, że rozmowy nie mają większego sensu, bo konsekwencje i tak są już wyciągane.

Komisja wątpliwości nie ma

Z niebezpieczeństw, które czyhają w razie ostrego wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, zdają sobie zresztą poza Polską sprawę niemal wszyscy. Dowód? Podczas rozprawy przed trybunałem zdecydowane stanowisko zajęła nawet Karen Banks, przedstawicielka Komisji Europejskiej.
Wiele wskazuje na to, że wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE będzie korzystny dla Polski. To jednak wcale nie będzie oznaczać – jak zapewne zaczną przekonywać przedstawiciele rządu – że w Polsce z praworządnością jest wszystko w porządku
Stwierdziła, że choć komisja ma wątpliwości co do działań polskiego ustawodawcy, to o faktycznym wykluczeniu Polski z procedury ENA nie powinno być mowy. Banks słusznie zasugerowała, że działanie sędziego musi uwzględniać sytuację konkretnego aresztanta, a nie zapatrywania sądu na reformy przeprowadzane w innym państwie członkowskim. Mówiąc inaczej, podstawą do odmowy stosowania ENA byłoby zagrożenie dla uczciwości procesu pana Celmera i jemu podobnych. Jaki zaś związek ma postępowanie karne w ich sprawach z zasadami przechodzenia sędziów w stan spoczynku lub różnym wiekiem emerytalnym dla kobiet i mężczyzn? A wreszcie: co w praktyce oznaczałaby odmowa wydania polskiego obywatela Polsce? Należy zakładać, że Irlandia – o ile nie uznano by, że mężczyzna prowadził niezgodną z prawem działalność w Irlandii – by go zwolniła. Ograniczenia w stosowaniu procedury ENA przełożyłyby się bez wątpienia na to, że część przestępców uniknęłaby kary.
Polskę przed trybunałem wsparły również rządy węgierski, hiszpański i holenderski. Ich pełnomocnicy podkreślali, że automatyzm stosowania ENA jest zaletą systemu, a nie wadą. Szczególnie ciekawy był głos niderlandzki. Holandia nie musiała wspierać Polski – nikt nie ma zastrzeżeń do panującej tam praworządności, a zatem możliwość korzystania z ENA przez holenderskie władze wydaje się niezagrożona. Mimo to Holendrzy dostrzegli, że niekorzystny dla Polski wyrok byłby orzeczeniem złym dla całej UE. Erozja w stosowaniu ENA mogłaby wręcz stać się początkiem końca Wspólnoty.
Warto pamiętać, o co tak naprawdę chodzi. Wcale nie jest tak, że dziś za każdym razem sąd państwa A musi się zastosować do nakazu wydanego przez państwo B. W szczególnych przypadkach, po analizie przeprowadzonej w konkretnej sprawie, sąd może odmówić wydania aresztanta, na przykład gdyby uznał, że w państwie występującym z nakazem konkretna osoba nie mogłaby liczyć na uczciwy proces. Mogłoby tak być, gdyby chodziło np. o polityka partii opozycyjnej, który zaszedł za skórę ministrowi sprawiedliwości mającemu duży wpływ na obsadę sądów i pełniącemu również funkcję prokuratora generalnego.
Niedopuszczalne jest zaś odmawianie stosowania się do procedury ENA z uwagi na okoliczności abstrakcyjne, niejako hurtem. Do tego zaś właśnie sprowadza się wniosek irlandzkiej sędzi. Chciałaby ona, ażeby już sam fakt, iż z wnioskiem występuje Polska, oznaczał jego odrzucenie.
Ryzyko, że zapadnie ostry, niekorzystny dla Polski wyrok, wydaje się minimalne. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że luksemburscy sędziowie stwierdzą, iż odmowa zastosowania ENA musi zostać poprzedzona indywidualną oceną przypadku. Możliwy jest również wariant, w którym trybunał powie, że w razie zastrzeżeń co do praworządności w państwie członkowskim i tak należy się stosować do zasady zaufania – bo unijna procedura twierdzenia braku praworządności jest zgodnie z Traktatem o UE procedurą polityczną, a nie sądową. Dopiero przesądzenie o braku praworządności, zgodnie z art. 7 traktatu, implikowałoby skutki dla stosowania procedur opartych na wzajemnym zaufaniu.
Mówiąc krótko: wiele wskazuje na to, że wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE będzie korzystny dla Polski. To jednak wcale nie będzie oznaczać – jak zapewne zaczną przekonywać przedstawiciele rządu – że w Polsce z praworządnością jest wszystko w porządku. Nie będzie to w żadnym razie afirmacja przeprowadzanych u nas zmian ze strony luksemburskich sędziów. Wstydliwe jest już to, że zagraniczni sędziowie dyskutują o tym, czy polscy obywatele mogą liczyć w Polsce na uczciwy proces.