Podobno Parlament Europejski szykuje nam nowe ACTA i cenzurę internetu?

To albo nieporozumienie, albo też, co bardziej prawdopodobne, celowe wprowadzanie w błąd opinii publicznej. Nowa dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, nad którą w najbliższych dniach głosować będzie Parlament Europejski – poza wprowadzeniem nowych wyjątków i m.in. regulacji dotyczących utworów audiowizualnych znajdujących się w zbiorach telewizji – ma wprowadzić prawa pokrewne dla wydawców prasy. To zrówna ich status z producentami filmów czy muzyki. Dzisiaj ochroną objęte są prawa autorskie do tekstów prasowych, ale wydawcom nie przysługują prawa pokrewne.

Co zatem się zmieni?

Chodzi o to, by wydawcy prasy zostali uznani za producentów treści i chronieni tak samo jak producenci filmów czy muzyki. Jeżeli więc ktoś będzie chciał w swej komercyjnej, powtarzam – komercyjnej działalności, wykorzystać fragment czy też całość artykułu prasowego, to powinien się podzielić swym zyskiem z wydawcą, który go wyprodukował. Chodzi więc o wypełnienie pewnej istniejącej dzisiaj luki, która sprawia, że teksty prasowe są powszechnie, przede wszystkim w internecie, kopiowane, duże serwisy na nich zarabiają, a jednocześnie nie ponoszą żadnych kosztów związanych z powstaniem tych treści ani nie dzielą się zyskami z tym, kto je wytworzył.

Są przecież prawa autorskie, które chronią utwory, w tym także artykuły prasowe. Czy ta ochrona nie wystarcza?

Prawo autorskie chroni sam utwór, czyli wytwór dziennikarza, redaktora, grafika. Prawo pokrewne ma zaś za zadanie ochronić nakłady poniesione przez producenta, czyli w tym przypadku wydawcę. Nakłady, bez których artykuł by nie powstał. Wydawca musi zapłacić dziennikarzowi, pokryć koszty jego wyjazdu w miejsca, w których dzieje się coś ważnego, zainwestować w sprzęt komputerowy, utrzymać budynek, w którym mieści się redakcja. Jeśli więc ktoś później wykorzystuje efekty tych nakładów w swej komercyjnej działalności, to powinien podzielić się zyskami.

Jak rozumieć owo „korzystanie z materiałów prasowych”?

Przede wszystkim jako ich publikację w internecie. Podkreślam jednak, że chodzi o publikowanie w ramach komercyjnej działalności. A więc np. kopiowanie fragmentu artykułu, a nawet jego całości i umieszczanie obok niego reklamy, a czasem nawet wprost pobieranie opłat za jego udostępnienie. Komercyjna działalność to także zbieranie informacji o użytkownikach wchodzących na daną stronę internetową, ich profilowanie, a później odsprzedawanie tych informacji. Bez publikacji artykułu, który przyciąga czytelników, nie byłoby to możliwe.

Pojawia się zarzut, że wprowadzenie praw pokrewnych oznaczać będzie zamknięcie dostępu do informacji.

To oczywista nieprawda. Wydawcom zależy na tym, by publikowane przez nich informacje były jak najszerzej dostępne. I są dostępne. Problem w tym, że coraz częściej zarabiają na nich wszyscy, tylko nie wydawcy. Nikt nie chce jednak zamykać dostępu do informacji. Jeśli dany portal chce je udostępniać, niech to robi, ale niech podzieli się osiąganym w ten sposób zyskiem z tym, kto poniósł nakłady na wyprodukowanie tych informacji. Przy czym nowa dyrektywa nie obejmie prostych, składających się, dajmy na to, z trzech zdań, informacji.

Podobno nowe prawo zabroni publikacji memów czy śmiesznych filmików. Utrudni też korzystanie z prawa cytatu.

Nie wiem, skąd się bierze to przekonanie. Wszystkie wyjątki dozwolone dzisiaj w prawie będą zachowane. Będzie więc można korzystać z prawa cytatu, a w ramach tego także przerabiać utwory w celu parodii. Nikt więc nie zakaże publikowania memów. Co zaś najistotniejsze, nowe przepisy będą dotyczyć wyłącznie komercyjnego wykorzystania utworów. Zwykłego użytkownika, który dzieli się jakąś treścią w internecie, w żaden sposób nie obejmą.

Mówi się, że nowe prawo wprowadzi „podatek od linków”.

Znów jest to albo nieporozumienie, albo celowa dezinformacja. Dyrektywa w żaden sposób nie obejmie linkowania. Czyste linki, tak jak do tej pory, będą mogły być publikowane. Zresztą jest to w interesie samych wydawców, którym przecież zależy na tym, by jak najwięcej osób przeczytało publikowane przez nich treści, a więc kliknęło na prowadzący do nich link.

Google musiałoby jednak coś płacić wydawcom za linki publikowane w ramach Google News?

Tak, ale nie za same linki, tylko za publikowane w ich formie treści. Pod pozorem linków agregowane są bowiem nagłówki informacji, czyli tak naprawdę fragmenty artykułów. A duże serwisy zarabiają na ich publikowaniu. Tym bardziej, że jak pokazują badania, internauci często poprzestają na przeczytaniu właśnie takich krótkich informacji i nie klikają na link prowadzący do źródła. Zarabia więc duży portal internetowy, a nie wydawca, który wydał pieniądze na to, by dana informacja powstała.

A jak ma się w tym kontekście sytuacja dziennikarzy?

Już we wstępnej propozycji Komisji Europejskiej przewidziano ewentualną możliwość wynagradzania także dziennikarzy, gdyby wysokość rekompensat była znacznie większa niż przewidywana w momencie nabywania praw autorskich od twórcy. Uprawnienie to zostało wzmocnione podczas prac zarówno w Radzie, jak i w Parlamencie. Warto przy tym zauważyć, iż już trzy lata temu, gdy polscy wydawcy przedłożyli projekt nowelizacji polskiej ustawy o prawie autorskim, której celem miało być wprowadzenie prawa pokrewnego, wyraźnie zadeklarowali podział uzyskiwanych rekompensat z dziennikarzami w proporcji pół na pół. I to stanowisko jest do dzisiaj podtrzymywane. W tym kontekście dziwią mnie wypowiedzi niektórych dziennikarzy, bo przecież nowe prawo ma działać w ich interesie.