Mamy poparcie. Opcja nuklearna UE może okazać się niewypałem.
Wczorajsza narada w Brukseli na temat praworządności w Polsce to dopiero początek uruchomionej po raz pierwszy w historii UE procedury w ramach art. 7 unijnego traktatu. – Nie podważamy prawa żadnego państwa do zmian w systemie sądownictwa, ale potrzeba reformy nigdy nie może być wymówką do zwiększenia politycznej nad nim kontroli – uzasadniał wczoraj wniosek Komisji Europejskiej jej wiceprzewodniczący Frans Timmermans.
To Komisja uruchamia procedurę przewidzianą art. 7, ale ciężar decyzji spoczywa na krajach członkowskich. Wiele zależy też od terminarza prac w Radzie UE, który ustala obecnie przewodnicząca jej Bułgaria. Minister spraw zagranicznych tego kraju Ekaterina Zachariewa uzależniła wczoraj dalsze procedowanie od wyników dialogu pomiędzy rządem w Warszawie a Komisją. Ta z kolei – jak mówił Timmermans – czeka na odpowiedź polskich władz na swoje, czwarte z kolei zalecenia. Polska ma czas na odpowiedź do 20 marca.
Reklama
Ewentualne głosowanie nad polską praworządnością w Radzie UE nie nastąpi szybko. Zgodnie z procedurą musi je poprzedzić wysłuchanie stanowiska polskiego rządu, debata i ewentualne zalecenia. Zgodę na głosowanie wyraża Parlament Europejski. Do stwierdzenia naruszenia przez Polskę unijnych wartości potrzeba większości czterech piątych, a więc głosów 22 państw (Polska wyłączona jest z głosowania).
To dopiero otworzyłoby drogę do rozpoczęcia drugiego mechanizmu przewidzianego art. 7, zwanego opcją nuklearną, który mógłby doprowadzić do zawieszenia Polski w prawach państwa członkowskiego. Mógłby, bo już teraz wydaje się to mało prawdopodobne z uwagi na poparcie Polski przez Węgry, które wielokrotnie – ostatnio za sprawą rezolucji parlamentu w Budapeszcie – deklarowały poparcie dla Warszawy.

Reklama
W ocenie prof. UW Roberta Grzeszczaka bardzo prawdopodobne jest, że procedura zakończy się fiaskiem już na wcześniejszym etapie, bo Polskę poprą inne kraje, które obawiają się art. 7. – Skuteczne użycie art. 7 wobec Polski otworzyłoby drogę do sankcjonowania innych państw za naruszenie praworządności. Bardzo możliwy jest więc sojusz krajów, które mają problem z zjawiskiem obsuwania się demokracji. Obok Polski i Węgier niepokój wywołuje sytuacja na Malcie, w Rumunii, Bułgarii i ostatnio w Czechach. Nie bez znaczenia jest sytuacja kryzysowa w Grecji oraz wyjście Wielkiej Brytanii z UE, która zapewne wstrzyma się od głosu. Tym krajom będzie zależało na tym, by sprawa Polski była nierozstrzygnięta – ocenia prof. Grzeszczak.
Ekspert prawa jest zdania, że fiasko procedury w ramach art. 7 nie będzie oznaczać jednak końca problemów Polski w UE. – W wielu państwach członkowskich, takich jak Niemcy, Francja, Szwecja, Holandia czy Dania, silne jest przekonanie, że problemy z praworządnością powinny napotkać reakcję i znaleźć odpowiedź. Tę odpowiedź najłatwiej będzie wyegzekwować przy rozdzielaniu środku z budżetu. Hasło wstrzymania wypłat z unijnej kasy dla krajów, które nie będą respektować zasad i wartości unijnych, padnie na bardzo podatny grunt, bo w wielu państwach społeczeństwa nie chcą ani zwiększenia składek do UE, ani wpłat dla coraz bardziej kłótliwej Polski – uważa Grzeszczak.
Z kolei zdaniem prof. Tomasza G. Grossego z Instytutu Europeistyki UW zastosowanie procedury w ramach art. 7 może mieć silne konsekwencje dla wszystkich państw członkowskich. W rozmowie z DGP Grosse zwrócił uwagę, że cała odpowiedzialność spoczywa na krajach członkowskich – to one, a nie Trybunał Sprawiedliwości UE, będą decydować o tym, czy jedno z nich złamało prawo. – Z tego punktu widzenia to jest naprawdę opcja nuklearna. Jeżeli procedura stwarza szansę, choć niewielką, jak teraz, że jakiemuś państwu inne odbiorą prawo głosu, to jest to opcja o silnych konsekwencjach politycznych dla obu stron. Polska byłaby w przypadku zastosowania takiej procedury w oczywisty sposób poszkodowana. Ale pozostałe państwa członkowskie też zapłacą cenę za taką decyzję. Ostracyzm wobec jednego państwa wprowadzi toksyczny klimat w UE, pogłębi uczucia wrogie wobec integracji europejskiej – mówi Grosse.
Komisja Europejska wydała czwarte, uzupełniające zalecenia dla Polski pod koniec grudnia 2017 r., informując o skierowaniu wniosku do Rady UE w sprawie art 7. Komisja oznajmiła, że jest gotowa rozważyć wycofanie wniosku, jeżeli władze polskie wdrożą rekomendacje. Pomiędzy Brukselą a Warszawą od dwóch miesięcy – od czasu zmiany na stanowisku premiera – trwa intensywny dialog. Kolejne spotkanie Mateusza Morawieckiego z przewodniczącym KE Jeanem-Claude’em Junckerem zaplanowano na 8 marca. Do tego czasu gotowa ma być biała księga zawierająca informacje na temat zmian w sądownictwie.
Reprezentujący nas wczoraj w Brukseli wiceszef MSZ Konrad Szymański zapowiedział, że biała księga trafi do krajów członkowskich. Dokument ma posłużyć im do wyrobienia własnych opinii na temat zmian w naszym wymiarze sprawiedliwości.
Zmianę w podejściu polskiego rządu dostrzegł Timmermans. Jak powiedział wczoraj, sytuacja się zmieniła, a dialog z Warszawą stał się prawdziwy. Podkreślił jednak, że będzie on użyteczny tylko wtedy, jeśli przyniesie efekty. – Nowy rząd uprawia nieco bardziej wyrafinowaną dyplomację, ale nie zmienia swojego stanowiska wobec wprowadzonych zmian w systemie sądownictwa. A tego przecież oczekuje KE – ocenia jednak Grzeszczak. Grosse z kolei uważa, że na białą księgę może być za późno, bo większość państw i unijnych instytucji ma już wyrobione zdanie.