statystyki

Niewolnicy tekstu czy tłumacze prawa? Kim powinien być współczesny sędzia

autor: Artur Kotowski02.01.2018, 09:53; Aktualizacja: 02.01.2018, 10:56
Rodzima judykatura nie podejmowała żadnych spójnych działań wzmacniających własny aktywizm i poszerzanie uprawnień względem władzy politycznej, chociaż niektóre orzeczenia mogły doprowadzić obecną większość parlamentarną do wniosku o istnieniu hipotetycznego zagrożenia z jej strony

Rodzima judykatura nie podejmowała żadnych spójnych działań wzmacniających własny aktywizm i poszerzanie uprawnień względem władzy politycznej, chociaż niektóre orzeczenia mogły doprowadzić obecną większość parlamentarną do wniosku o istnieniu hipotetycznego zagrożenia z jej stronyźródło: ShutterStock

Potrzeba nam elastycznego wymiaru sprawiedliwości, który dopasowuje strategie interpretacyjne do potrzeb sprawy. Sędzia nie powinien być ani tylko urzędnikiem, ani tylko kreatorem prawa.

W czasie niedawnej dyskusji nad projektami ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym ponownie pojawiły się wypowiedzi o zamarkowanym celu reformy, jakim ma być występowanie przeciw tzw. sędziokracji. To wyjątkowo pejoratywna i dezawuująca społeczną pozycję organów państwowych nazwa. Używanie takiej retoryki na potrzeby dyskusji publicystycznej można jeszcze zrozumieć – wynika to z konwencji debaty. Gorzej, gdy hasło takie rzuca się, nie rozumiejąc precyzyjnie jego sensu, przynajmniej w świetle ustaleń nauk ogólnych prawoznawstwa. Mówiąc najbardziej ogólnie, sprowadza się ono do występowania przeciw tzw. kreacyjnej roli wykładni dokonywanej przez sędziów w ramach ich działalności orzeczniczej (tzw. sądowa wykładnia operatywna), o czym wielokrotnie pisałem już na łamach „Prawnika” (por. m.in. „Za kulisami decyzji SN stała niechęć do wykładni kreacyjnej”, DGP z 8 sierpnia 2017 r.). Również ta definicja jest jednak bardzo szeroka. Można wskazać, że chodzi o – mówiąc potocznie – nietrzymanie się litery tekstu aktu normatywnego, wykorzystywanie prawniczego wnioskowania i wyprowadzanie znaczeń, które nie mieszczą się w ramach językowego znaczenia interpretowanego fragmentu tekstu prawnego. „Sędziokracja” jest zatem popularnym odpowiednikiem zjawiska określanego w literaturze fachowej jako wykładnia konstrukcyjna, w której przyjmuje się, że sędzia jest uprawniony nie tylko do tłumaczenia prawa, lecz również do konstrukcji znaczeń – na równi z organem stanowiącym prawo. Według tej koncepcji sędzia jest równy innym władzom w sferze podziału imperium władztwa publicznego, a także w swojej roli quasi-politycznej (choć realizowanej w formule rozproszonej), nawet jeśli wydaje jedynie indywidualne akty stosowania prawa.

Czas przesilenia

Można więc wskazać, że sytuacja w Polsce od dwóch lat jest elementem procesu przesilenia między władzą polityczną a judykaturą. Jest to zjawisko znane i opisywane w literaturze jako samoistna – choć uwarunkowana tradycją i kulturą polityczną – skłonność władzy politycznej do poszerzania swojego imperium. Jak się jednak wydaje, rodzima judykatura nie podejmowała żadnych spójnych działań wybitnie wzmacniających własny aktywizm i poszerzanie uprawnień względem władzy politycznej, chociaż niektóre orzeczenia (np. tzw. sprawa posłanki Sawickiej, sprawa min. Kamińskiego z wydobyciem z zasady rzetelnego procesu karnego zasady owoców z zatrutego drzewa bez jej istnienia w k.p.k. jako tzw. zasady konkretnej) mogły kilka lat temu doprowadzić obecną większość parlamentarną do wniosku o istnieniu hipotetycznego zagrożenia ze strony judykatury. Jest to więc szerszy problem z dziedziny polityczności wykładni i struktur tzw. głębokiego państwa, szkoda, że analizowany w Polsce w zasadzie jedynie w dziedzinie prawnej, a niemal wcale na płaszczyźnie politologii albo psychologii politycznej.

Należy jednak zaznaczyć, że w dyskursie publicznym, szczególnie od momentu przesilenia konstytucyjnego dwa lata temu i propagowania przez część środowiska konieczności rozproszonej kontroli konstytucyjności prawa (por. „Burza w szklance wody”, DGP z 3 stycznia 2017 r.) pojawił się pogląd przeciwny, ale równie skrajny w swej wymowie. Doktryna prawa dawała więc jakiś asumpt do podejmowania przez władzę polityczną działań wyprzedzających, gdyby taką wojenną terminologią określać poszczególne działania „dwóch stron konfliktu”. Nawet jeśli zagrożenie było w istocie urojone, mogło prowokować obawę o przenikanie idei między teorią a praktyką sądową, co w kraju takim jak Polska, o relatywnie nielicznych i hermetycznych elitach prawniczych, mogło wydawać się rzeczywiście realne.


Pozostało 76% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
7,90 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie

Polecane