Doszliśmy do momentu, w którym dialog dotyczy już tylko tego, które z proponowanych przez decydentów rozwiązań mniej łamały konstytucję. W ten dziwny dialog włączyła się I prezes SN.
Piotr Mgłosiek / Media
Pojęcie dysonansu poznawczego przynależy do obszaru psychologii społecznej i oznacza w skrócie uczucie dyskomfortu pojawiające się w sytuacji jednoczesnego istnienia dwóch lub więcej niezgodnych ze sobą wzajemnie elementów poznawczych. Różnica ta dotyczy najczęściej rozdźwięku między deklarowanymi poglądami a postępowaniem tej samem osoby.
Reklama

Reklama
W ciągu ostatnich dwóch lat opisywany wyżej stan z pewnością upowszechnił się wśród obserwatorów stale śledzących rozwój zdarzeń dotyczących sądowego wymiaru sprawiedliwości i nie tylko. By nie być gołosłownym, posłużę się wciąż aktualnym przykładem deklarowanej „naprawy Trybunału Konstytucyjnego”, która przyniosła drastyczny spadek liczby kierowanych do niego spraw oraz upadek autorytetu sądu konstytucyjnego. Najnowszym przykładem nasilenia owego zjawiska jest z pewnością projekt nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, który wraz z pismem przewodnim autorstwa Pani I Prezes SN prof. Małgorzaty Gersdorf oraz obszernym uzasadnieniem pojawił się 14 listopada 2017 r. w przestrzeni publicznej. Nie chcę poddawać szczegółowej analizie merytorycznej poszczególnych rozwiązań wskazanych w treści propozycji Pani I Prezes SN. Byłby to zresztą anachronizm, zważywszy na to, że 8 grudnia Sejm VIII kadencji większością głosów partii rządzącej przyjął ustawowe regulacje dotyczące Sądu Najwyższego oraz Krajowej Rady Sądownictwa, całkowicie ignorując inicjatywę prof. Gersdorf. Ustawy są już w Senacie. Wszelako wydaje się, że ta jedynie już historyczna inicjatywa zasługuje na komentarz. Od rozwiązań szczegółowych dalece bardziej interesujący jest „duch” propozycji I Prezes SN. A on wyrażony został nie tyle w uzasadnieniu do projektu, ile w piśmie przewodnim datowanym na 11 listopada 2017 r. i podpisanym ręką samej prof. Małgorzaty Gersdorf.
Uderzające jest to, jak trwale retoryka i wybiegi PR-owskie polityków, którzy od dwóch lat demontują w sposób jawny niezależność władzy sądowniczej, stały się trwałym elementem dyskusji nad jej rzekomym usprawnieniem. Dzisiaj dialog dotyczy już tylko tego, które z proponowanych przez decydentów rozwiązań „mniej łamią konstytucję”. Tak jakby w tym zakresie istniała jakakolwiek stopniowalność. Co szczególnie bolesne, dialog ten w pewnym momencie właśnie z inicjatywy prof. Małgorzaty Gersdorf podjął sam Sąd Najwyższy.
Gorzko brzmią zdania zawarte w piśmie prezes z 11 listopada 2017 r., gdy stwierdza „chciałabym również podkreślić, że przedłożona propozycja wychodzi naprzeciw nie tylko oczekiwaniom społecznym, ale również programowi wyborczemu partii rządzącej (ogłoszonemu w 2014 r.) oraz postulatom formułowanym publicznie przez Prezydenta RP w projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym. Jednocześnie w wielu miejscach zawiera propozycje legislacyjne o wiele dalej idące i zarazem nowatorskie”.
Zaiste osoby duchowne w składach Izby Dyscyplinarnej SN, bo taka propozycja w projekcie noweli się znalazła, to istotne novum. Tylko jak to pogodzić z uniwersalnym przesłaniem pięknie wyrażonym w preambule do Konstytucji RP, w której zawarto odesłanie do „(...) wszystkich obywateli Rzeczpospolitej, zarówno wierzących w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielających tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł (...)”. Jak rozumiem, spod znaczenia i wagi tych słów mieli być wyjęci wszyscy obwinieni, którym przyszłoby stanąć przed nową Izbą Dyscyplinarną SN. Nietrudno się również domyślić, której religii kapłani stanowiliby większość spośród powołanych na ławników SN.
W tym samym akapicie cytowanego już pisma prof. Gersdorf stwierdza, że opisywane rozwiązanie opiera się na propozycjach, które prowadzą do spełnienia oczekiwań społecznych w zakresie udziału czynnika społecznego w sprawowaniu wymiaru sprawiedliwości. Zawsze zastanawiało mnie, na jakiej podstawie lansowana jest od dłuższego czasu teza o oczekiwaniu społecznym co do powrotu ławników do sądów. Szczególnie że mieliby oni orzekać wyłącznie w sprawach dyscyplinarnych. Przede wszystkim jednak ławnicy wybierani przez Sejm bądź Senat bezwzględną większością głosów w moim przekonaniu nie będą czynnikiem społecznym, lecz co najwyżej politycznym. Co ma szczególną wagę, gdy przypomnimy, iż zgodnie z projektem noweli w pierwszej instancji SN będzie orzekał w składzie jednego sędziego zawodowego i dwóch ławników, a zatem z arytmetyczną większością czynnika politycznego. Jeśli już używać pojęcia „czynnik społeczny”, to tylko w kontekście pełnej reprezentacji osób wybranych w bezpośrednich wyborach powszechnych. Wtedy istotnie byłby to element realnego nadzoru społecznego nad sprawowaniem orzecznictwa dyscyplinarnego. Wybór zaledwie 11 ławników do Sądu Najwyższego w wyborach powszechnych na określoną kadencję byłby wolny od jakichkolwiek targów politycznych podczas sejmowych głosowań, jednocześnie stanowiąc test dla wprowadzenia do naszego systemu prawnego tego rodzaju rozwiązań w przyszłości. Coraz częściej, mimo licznych kontrowersji tego rozwiązania, stawiany jest bowiem w debacie publicznej postulat wyborów na stanowiska sędziowskie.
Drugim wychodzącym naprzeciw „programowi partii rządzącej” rozwiązaniem omawianego projektu złożonego przez prof. Małgorzatę Gersdorf była propozycja konstrukcji odpowiedzialności osobistej sędziów za szkody i krzywdy wyrządzone orzeczeniami, w tym – co szczególnie istotne – również nieprawomocnymi. Po prawdzie w rzeczonym koncepcie żadnej nowości nie było. Obowiązujące od lat przepisy art. 417 k.p.c. i następnych pozwalają przecież na pociągnięcie do odpowiedzialności każdego funkcjonariusza publicznego w procesach regresowych za działania niezgodne z prawem. Bynajmniej nie jest z mojej strony złośliwością uwaga, że to właśnie Sąd Najwyższy przez ostatnie kilkanaście lat wieloma orzeczeniami uczynił owe przepisy praktycznie martwymi. Propozycja Pani I Prezes SN miała tę wadę, by nie rzec znamię stronniczości, że dotyczyła wyłącznie sędziów. Ciekawe, czy z symetrycznym postulatem wyszedłby w przyszłości prokurator generalny w stosunku do prokuratorów.
Jeszcze raz powtórzę, iż te uwagi mają już dzisiaj jedynie walor historyczny, jednak w moim przekonaniu ta szczególna inicjatywa osoby uważanej za „twarz walki o niezawisłość sędziowską” w samym środku bitwy o niezależność sądów była znamienna. Trzymając się cytatu z pisma Szanownej Pani I Prezes SN, w którym zawarto precyzyjnie i dobitnie przyczyny, dla których realizowana była ta szczególna inicjatywa, nie sposób pozbyć się przekonania, że propozycje reform szeroko ujętego sądowego wymiaru sprawiedliwości będą od dzisiaj „wychodziły naprzeciw nie tylko oczekiwaniom społecznym, ale również programowi wyborczemu partii rządzącej”, dodam od siebie: która zwycięży w kolejnych wyborach i każdych następnych.
Tak właśnie może wyglądać skolonizowany politycznie sądowy wymiar sprawiedliwości. Pytam – jak mniemam, retorycznie – czy idea trójpodziału władzy nie została w epoce oświecenia sformułowana właśnie po to, by wymiar sprawiedliwości nie czynił zadość oczekiwaniom jakiejkolwiek opcji politycznej, tylko stał na straży wszystkich obywateli bez względu na przekonania polityczne i religijne? Jak rozumieć wcześniejsze słowa i zachowania I Prezes SN obiecującej bronić zasady niezależności sądownictwa, wypowiadane kilka miesięcy temu? Czy najważniejsze wartości niezawisłego sądownictwa miały zostać złożone na ołtarzu porozumienia z władzą polityczną, w nadziei na zachowanie status quo aktualnego składu osobowego Sądu Najwyższego oraz funkcji I Prezes. Sama prof. Małgorzata Gersdorf zadeklarowała kilka dni temu, ale już po zakończeniu najważniej części prac w komisji sprawiedliwości i praw człowieka (które ze względu na sposób prowadzenia obrad przejdą do niechlubnej historii), iż nie zamierza składać wniosku do prezydenta o dalsze pełnienie obowiązków służbowych po wejściu w życie procedowanych w Senacie przepisów. Tym bardziej więc trudno zrozumieć jej inicjatywę, szczególnie że przyniosła ona ze sobą jedynie konsternację po stronie środowisk sędziowskich, które może nigdy wcześniej nie potrzebowały tak jak dzisiaj przykładu bezkompromisowej walki do końca w obronie niezależności sądów i niezawisłości sędziów.