Pewnym krokiem wchodzi do pokoju niski mężczyzna. Beżowa kurtka, beżowe spodnie, sweter. Ubrania raczej tanie, słabej jakości. Od progu wita się ze wszystkimi i dowcipkuje. To pierwszy człowiek, którego poznałam, który zabił. Wiem o tym, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mogłabym polubić człowieka, który wszedł do pokoju .

Właśnie wydał książkę „Byłem gangsterem. Prawdziwa historia”. Pewne wydarzenia, o których mówi tylko przy wyłączonym dyktafonie, sprawiły, że postanowił zacząć wszystko od nowa, choć cały czas ktoś namawia go do powrotu.

Twierdzi, że napisał tę książkę ku przestrodze.

Początek tej historii jest typowy: młody chłopak, biedna rodzina, ojciec alkoholik. Pieniądze w domu bywały, ale dzieci często chodziły głodne – ale nigdy brudne, choć ubrania raczej w spadku po starszym bracie – podkreśla. Potem pojawia się propozycja pracy na bramce w jednym nocnych klubów. Mężczyzna propozycję przyjmuje i jego życie zmienia się jak w bajce. – Lata 90. to był raj. Za jedną noc na bramce dostawałem średnią krajową, a bywało, że i dwa-trzy razy więcej – opowiada. – Czy to zawsze musi tak wyglądać? – pytam. Wie pani, uczciwa praca jest po prostu niemodna – odpowiada. Można więc przyjąć, że musi.

Reklama

Kim był mój rozmówca? Tego powiedzieć nie mogę. Mówi mi: wie pani, mi się ludzie na ulicy kłaniali, o autografy mnie prosili. Byłem bardzo złym człowiekiem, potwornie złym człowiekiem. Na dźwięk mojej ksywki ludzie w portki robili.

Reklama

Jak doszedł do wysokiego miejsca w hierarchii? Opowiada to tak, jakby był managerem w korpo: Miałem szczęście, wie pani, mi się udało. Stanąłem na tej bramce i szybko okazało się, że bardzo dobrze się biję. Trenowałem sztuki walki, byłem dobrze zbudowany. Przypadkiem zbiłem na mieście kilku chłopców, którzy uchodzili za nietykalnych. Coraz więcej osób chciało mi rękę podawać. Bramkarzy w mieście było 200-300, ale takich naprawdę dobrych – garstka. Bo nie każdy nadaje się do tego zawodu. Przychodzili do nas tacy różni: mistrz Polski w tym, mistrz Polski w tamtym. Ale bójka na ulicy czy w klubie to nie ring: to nie ma sędziego, gwizdka i zasad. Wychodzi się i czasem, kiedy wyciąg się noże i kastety, trzeba się bić na śmierć i życie.

Z jego powieści wyłania się obraz całkowicie zdeprawowanych służb i przedstawicieli prawa. Mówi: Każdego psa mogłem mieć. Nie powiem pani nazwisk, ale na pewno by pani ich rozpoznała. Do dzisiaj pracują w policji, „torbę za mną nosili”. Kolegów i koleżanki z dawnych czasów często spotyka w urzędach, także prawniczych. Jedna osoba zasiada w parlamentarnych ławach. Zresztą, jak mówi, to jest i przyczyna i skutek przestępczości lat 90. Przyczyna? „Proszę pani, ja trenowałem w policyjnym klubie. Szef antyterrorki – mój kolega partner, szef kryminalnych – mój kolega z klubu, połowa komendy to moi koledzy z podwórka i ze szkoły. Na każdej sali sportowej spotka pani i policjantów i przestępców”. I tak awansowali razem. Oni od zwykłego dzielnicowego, po najwyższe funkcje, a on od bramkarza do szefa grupy. – I zawsze była sympatia – mówi. Po pierwszej odsiadce za zabójstwo dostał dane świadka, który zeznawał na jego niekorzyść. Dostał wezwanie na komendę, poszedł. – Ja wiem, że pan chce zrobić mu krzywdę, ale proszę – niech pan to zrobi na innej dzielnicy – mówi. „Od policji się broń dostawało. Akta? Żaden problem” – mówi. Jak twierdzi przyjmował także zlecenia od policjantów. Jeden z nich zlecił mu m.in. pobicie męża córki, drugi – kradzież samochodu (miał jeździć na nieprzebitych numerach, twierdząc, że nikt go i tak nie zatrzyma). – W latach 90. nie mieli nic do powiedzenia. Każdy miał swojego psa – podsumował.

Mafia dzisiaj? Jak mówi to nie to samo. – Dziś każdy vatem kręci – mówi. „Koledzy wychodzą z więzienia i jeżdżą Ferrari. Nikt się nimi nie zajmuje”. Drugie źródło utrzymania to dopalacze. – Młodzi ludzie, którzy nigdy nigdzie legalnie nie pracowali, jeżdżą samochodami po bańce. Nimi też się nikt nie zajmuje. A przecież wszyscy wszystko wiedzą. To nie jest tak, że policja nie wie kto tym handluje. Wie, ale nikt z tym nic nie robi – opowiada. Podobnie, choć nie na taką skalę było w latach 90. – Ja miałem po kilka mieszkań, domów, drogie samochody. Czy kiedykolwiek karbówka się mną zainteresowała? A skąd. Raz dostałem wezwanie, bo pół roku spóźniłem się z deklaracją po sprzedaży mieszkania. Ale nikt nigdy nie spytał mnie skąd ja mam te pieniądze – opowiada. Wielokrotnie otrzymywał propozycje od tych grup, by się do nich przyłączyć. Za każdym razem odmawiał. Jak mówi: „Nie łamię prawa i tak zostanie. Wolę żyć biednie, ale być w domu”. Bo za każdym razem powtarza, że w więzieniu mógł mieć wszystko: prywatną celę, dobre jedzenie, panienki, alkohol. Brakowało mu tylko i aż wolności. I dlatego za nic nie chce tam wrócić.