Nowo powołany wiceprezes Sądu Okręgowego w Warszawie pokieruje pracą sędziów, którzy będą oceniać jego orzecznictwo. To budzi wątpliwości.
Nie gaśnie dyskusja na temat zmian kadrowych, jakich w zeszłym tygodniu w Sądzie Okręgowym w Warszawie dokonał minister sprawiedliwości. Polegały one przede wszystkim na powołaniu na wakujące stanowisko prezesowskie sędzi Joanny Bitner.
Reklama
Ale to roszady na stanowiskach wiceprezesów wywołały najwięcej emocji. A to m.in. dlatego, że po raz pierwszy minister sprawiedliwości sięgnął po uprawnienie pozwalające mu usuwać według własnego uznania prezesów i wiceprezesów sądów w trakcie trwania ich kadencji. Taka kompetencja ma przysługiwać szefowi resortu przez pół roku. Okres ten liczony jest od 12 sierpnia br., a więc od momentu wejścia w życie kontrowersyjnej noweli prawa o ustroju sądów powszechnych (Dz.U. z 2016 r. poz. 1452).
W wyniku decyzji Zbigniewa Ziobry z funkcji usunięto trzech wiceprezesów SO w Warszawie. Ich miejsce mają zająć Małgorzata Szymkiewicz-Trelka, która pokierować ma wydziałami cywilnymi, Dariusz Dąbrowski, który został wiceprezesem ds. gospodarczych, oraz Dariusz Drajewicz, który będzie czuwał nad pracą sędziów karnych. Najwięcej kontrowersji wywołuje ta ostatnia nominacja. Po pierwsze, dlatego że Drajewicz jest członkiem Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, które w sierpniu zaapelowało, aby sędziowie nie przyjmowali stanowisk po wyrzucanych prezesach lub wiceprezesach. Sędzia Drajewicz najwyraźniej nie wziął sobie tego wezwania do serca. I dlatego też zarząd stowarzyszenia do końca miesiąca zamierza podjąć decyzję, czy złoży wniosek o usunięcie go ze swoich struktur.
Wątpliwości budzi bowiem również to, że Dariusz Drajewicz nie jest sędzią sądu okręgowego, a sędzią Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. To pierwszy tego typu przypadek. Możliwość postawienia na czele sądu sędziego orzekającego w niższej instancji wprowadziła wspomniana już nowela u.s.p. Od początku przepisy te były krytykowane. Na niebezpieczeństwo, jakie ze sobą niosą, zwracała uwagę m.in. Krajowa Rada Sądownictwa. Wskazywano, że w praktyce taki prezes będzie kierował sądem, który będzie dokonywał kontroli orzeczeń wydanych przez niego w sądzie niższej instancji. A to, biorąc pod uwagę instrumenty, jakimi dysponuje prezes, może zagrażać sędziowskiej niezawisłości. „Sędziowie rozpoznający środek odwoławczy od orzeczenia wydanego przez osobę pełniącą w tym czasie funkcję prezesa mogą obawiać się ewentualnych negatywnych sankcji w przypadku wydania orzeczenia uchylającego lub zmieniającego wyrok wydany przez sąd pierwszej instancji (...)” – ostrzegała rada, opiniując zmiany.
Tymczasem Łukasz Piebiak, wiceminister sprawiedliwości, zauważa, na razie ustawa korzysta z domniemania konstytucyjności, a KRS nie jest od oceny rozwiązań przyjętych przez ustawodawcę. Od tego jest Trybunał Konstytucyjny.
– Rada może skierować stosowny wniosek do TK, ma możliwość zainicjowania kontroli konstytucyjności i jeżeli te zarzuty Rady zostaną potwierdzone przez trybunał, to będzie o czym dyskutować – kwituje wiceminister.