Polska, wstępując do struktur Unii Europejskiej, zobowiązana była do wdrożenia przepisów gwarantujących równe traktowanie bez względu na płeć, wiek, niepełnosprawność, religię lub wyznanie, orientację seksualną oraz rasę i pochodzenie etniczne.

Zakaz dyskryminacji obowiązuje (w zależności od przesłanki) w obszarze pracy, edukacji, dostępu do dóbr i usług powszechnie dostępnych, ochrony zdrowia. Zdecydowana większość przepisów antydyskryminacyjnych zawartych w kilkunastu dyrektywach unijnych została z powodzeniem implementowana do sytemu prawa polskiego (głównie do kodeksu pracy oraz ustawy o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania). Na marginesie należy jedynie zaznaczyć, że zarówno znajomość tych przepisów przez polskie sądy, jak i umiejętność poprawnego ich stosowania dalece odbiegają od standardów wyznaczonych przez unijnego ustawodawcę. Co istotne, niska świadomość społeczna istnienia przepisów zakazujących dyskryminacji jest także jednym z powodów dramatycznie małej liczby postępowań sądowych wszczynanych na podstawie tych regulacji.

Dla pełnego rozumienia sensu oraz celu przepisów antydyskryminacyjnych niezbędna jest nie tylko doskonała znajomość samych regulacji, ale także standardów ich obowiązywania wyznaczonych w orzecznictwie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Co ważne, trybunał, dokonując interpretacji przepisów unijnych (niejednokrotnie powołując się nie tylko na przepisy dyrektyw równościowych, ale także na standardy prawa pierwotnego, głównie Karty Praw Podstawowych UE), konsekwentnie dokonuje dynamicznej wykładni antydyskryminacyjnego unijnego acquis.

Reklama

I takiej właśnie wiedzy i świadomości zabrakło mocno aktywnym ostatnio w sferze publicznej prawnikom z Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. Przedstawiciele instytutu zarzucili rzecznikowi praw obywatelskich, iż w głośnej sprawie łódzkiego drukarza ukaranego w trybie wykroczeniowym za odmowę wykonania usługi dla organizacji reprezentującej środowisko LGBT posłużył się standardem (konstrukcją), której nie zna polski system prawa. Prawnicy konserwatywnego instytutu podnieśli, że RPO „nie tylko nie ma podstaw prawnych (do interwencji), ale opiera się na błędnym i oderwanym od stanowisk doktryny prawa rozumieniu samego zjawiska dyskryminacji (DGP pisał o tym w tekście „RPO wciąż pod ostrzałem prawicowych środowisk” opublikowanym 4 lipca br. – red.). Trzeba bowiem przypomnieć, że – jak się powszechnie przyjmuje – niedozwolona dyskryminacja oznacza nierówne traktowanie podmiotu ze względu na jego cechy osobowe. Tymczasem sprzeciw drukarza, który odmówił zawarcia umowy, był motywowany treścią nadruku na roll-upie, a nie cechami osoby, która wystąpiła z propozycją zawarcia umowy w tej sprawie”. I tu prawnicy Ordo Iuris nie mają racji. Zawężenie ochrony przed dyskryminacją jedynie do sytuacji, w których tylko konkretna osoba fizyczna nosząca bezpośrednio konkretną cechę prawnie chronioną i doznająca w związku z nią dyskryminacji może poszukiwać ochrony prawnej, jest zabiegiem nieuprawnionym, niezgodnym ze standardami wyznaczonymi już dawno przez trybunał luksemburski w odniesieniu do tzw. dyskryminacji przez asocjację (czyli dyskryminacji przez powiązanie/skojarzenie).

Za przykład orzeczenia, w którym wypracowano taki właśnie standard ochrony, służyć może wyrok w sprawie Coleman (C-303/06), w którym sąd unijny uznał dyskryminację przez asocjację za jedną z form zakazanego nierównego traktowania, choć nie jest ona wprost uregulowana przepisami unijnego prawa antydyskryminacyjnego. W omawianej sprawie trybunał dopatrzył się naruszenia unijnego prawa w sytuacji, w której kobieta została zmuszona do odejścia z pracy tylko dlatego, iż jej dziecko było osobą z niepełnosprawnością. Choć sama poszkodowana nie miała cechy objętej ochroną (niepełnosprawności), to TSUE uznał, że wystarczającym powodem do uznania naruszenia prawa był sam motyw gorszego traktowania. Za drugorzędne dla sprawy uznano konieczność identyfikacji podmiotu noszącego tę cechę, a za kluczowe przyjęto uprzedzenie wobec osoby z niepełnosprawnością, czyli motyw działania wobec samego zagadnienia, jakim jest niepełnosprawność.

Reklama

Powyższy wyrok stał się także inspiracją dla sądów krajowych, w tym polskiego.

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia, w wyroku z 2014 r. (sygn. akt VI C 402/13), podtrzymanym następnie w 2015 r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie (sygn. akt V Ca 3611/14), uznał, iż do dyskryminacji przez asocjację doszło w sytuacji, w której z powodem została zerwana umowa cywilnoprawna tylko dlatego, że wziął udział w Marszu Równości organizowanym przez środowiska LGBT. Sąd nie badał orientacji seksualnej powoda, lecz uznał, że powiązanie go (skojarzenie) ze środowiskiem osób LGBT stało się głównym motywem mniej korzystnego potraktowania w obszarze zatrudnienia. Sąd oderwał zatem cechę (w tym przypadku orientację seksualną) uznaną przez polskiego ustawodawcę za chronioną od osoby powoda i rozpoznał zasadność roszczenia, posługując się standardem ochrony przed dyskryminacją przez powiązanie z konkretną cechą.

Na marginesie można jedynie dodać, że wyrok w sprawie Coleman był impulsem dla krajowych ustawodawców, którzy zdecydowali się na wprowadzenie przepisów wprost zakazujących tej formy zakazanego nierównego traktowania (m.in. chorwacka ustawa antydyskryminacyjna).

Podsumowując, należy podnieść, iż rzecznik praw obywatelskich, działający od 2011 r. jako krajowy organ do spraw równego traktowania, wykorzystał swoje uprawnienia zgodnie z prawem, a polskie i unijne standardy ochrony przed dyskryminacją w pełni legitymizowały zaangażowanie tej instytucji w ważną z punktu widzenia standardów praw człowieka sprawę.

Dr Krzysztof Śmiszek, Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego