Tych spośród państwa, których wzburzył już sam tytuł tekstu, proszę o cierpliwość. Przede wszystkim proszę, byście doczytali go do końca. Nie ja jestem autorem tego kategorycznego w wymowie postulatu. Tylko francuski dyplomata, znakomitość XIX w., Alexis de Tocqueville.
Piotr Mgłosiek, sędzia Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Krzyków we Wrocławiu / Dziennik Gazeta Prawna
Brak perspektywy zawodowego rozwoju, w tym właśnie awansu, negatywie wpływa na zaangażowanie w pracę oraz efektywność zadań. Dlatego w firmach czy urzędach siatka awansowa jest ustalona, zaś przechodzenie kolejnych etapów kariery zależy w znacznym stopniu od decyzji przełożonych. Tak to mniej więcej działa i nie budzi, co do zasady, kontrowersji. Ale to, co w ramach szeroko pojętej kultury korporacyjnej jest przyjęte i sprawdza się z mniejszym lub większym powodzeniem, na obszarze sądowego wymiaru sprawiedliwości budzi ogromne kontrowersje.
Reklama
Proszę zauważyć, że „reformowanie” sądów powszechnych, o którym tak głośno w ostatnich tygodniach, rozpoczęto od wprowadzenia propozycji nowych rozwiązań dotyczących szeroko pojętej sędziowskiej drogi zawodowego rozwoju. Natomiast od miesięcy nie słychać o jakichkolwiek pomysłach dotyczących realnego usprawnienia przebiegu toczących się procesów, których według najnowszych wyliczeń w skali kraju jest już 16 mln. Mam tutaj na myśli jakiekolwiek postulaty korekt w zakresie procedury cywilnej bądź karnej. Owe milczenie nie jest przypadkowe.

Reklama
Gdyby okroić ze wszystkich emocjonalnych dodatków propozycje zmian w strukturze i sposobie działania Krajowej Rady Sądownictwa oraz w ustawie o ustroju sądów powszechnych, okazałoby się, że języczkiem u wagi jest sposób powoływania i odwoływania prezesów sądów wszystkich szczebli sądownictwa powszechnego oraz moderowanie kariery sędziów. Zarówno DGP, jak i inne media poddały już analizie zawartość proponowanych zmian i nie będę z tego powodu przytaczał szczegółów. Dość powiedzieć, że proponuje się centralizację decyzji, które podejmować ma minister sprawiedliwości odnośnie powoływania na funkcje prezesów sądów bądź skolonizowana politycznie KRS, gdy chodzi o awanse sędziowskie.
Rzecz jednak w tym, że to, co zdaje egzamin w innych strukturach o charakterze wielopodmiotowym, nijak się ma do obszaru sądowego wymiaru sprawiedliwości. Chyba nikt nie chciałby, aby zawodowa satysfakcja sędziego rozpoznającego jego sprawę zależała od czynnika politycznego, w swojej istocie zmiennego. Podobnie złym pomysłem byłoby oddanie pola w tym zakresie bezpośredniemu przełożonemu sędziego, a więc prezesowi. Niechybnie pojawiłyby się zasadne przypuszczenia, że sędzia orzekający cyzelowałby rozstrzygnięcia pod kątem ich wpływu na dalszy rozwój swojej kariery.
Można podnosić kontrfaktyczne postulaty, że zawód sędziego jest profesją dla ludzi z silnym charakterem, niepoddającym się wpływom zewnętrznym. Toga nie jest peleryną superbohatera, a jej założenie nie powoduje automatycznego przeniesienia w inny wymiar, w którym nie występują problemy życia codziennego związane z zapewnieniem bytu sobie i rodzinie. Możemy udawać dla polepszenia własnego samopoczucia, że sędziowie to nadludzie i że sam fakt bycia sędzią czyni odpornym na wpływy zewnętrzne. Ale tylko ktoś, kto uczciwie podejdzie do zagadnienia, wie, że pozbawienie orzeczników gwarancji ich niezawisłości, w tym również w zakresie kolejnych etapów ścieżki zawodowej, musi się odbić na jakości orzecznictwa. Będzie więcej oportunizmu.
Podobnie rzecz ma się z awansami. Nieprzypadkowo demontaż niezależności powszechnego wymiaru sprawiedliwości, z którym mamy do czynienia w ostatnich miesiącach, rozpoczął się od przysłowiowej marchewki. W projekcie zmian do ustawy o ustroju sądów powszechnych autorstwa, przynajmniej nominalnie, posłów partii rządzącej znalazł się zapis, zgodnie z którym sędzia sądu rejonowego po 10 latach pracy będzie mógł awansować do sądu apelacyjnego z pominięciem obligatoryjnego dzisiaj orzekania w sądzie okręgowym.
W przypadku „przejmowania” Trybunału Konstytucyjnego o żadnej marchewce mowy być nie mogło, z tej prostej przyczyny, że tytuł sędziego sądu konstytucyjnego to szczyt szczytów, zwieńczenie kariery prawniczej, wyżej nie ma już nic. „Starym” sędziom TK nie można już było nic obiecać, więc należało ich zignorować albo odsunąć od orzekania, przez wysłanie na przymusowy urlop bądź zmiany personalne w wyznaczonych składach.
Dlaczego Tocqueville już w połowie XIX w. dostrzegł zagrożenie w samym pojęciu awansu sędziowskiego? Z prostej przyczyny. Każdy awans bez względu na rodzaj profesji musi od kogoś zależeć. Może to być bezpośredni przełożony bądź ciało kolegialne. Potrzebne są, rzecz jasna, jeszcze jakieś kryteria awansu. Oczywiście najlepiej, by były one na tyle nieostre, aby każdą indywidualną decyzję można było odpowiednio uzasadnić. Siłą rzeczy więc kandydat do awansu będzie starał się zyskać sympatię grona, od którego ów awans zależy, a które to grono decyduje o spełnieniu przedmiotowych kryteriów. Zresztą marchewek we wspomnianym projekcie nowelizacji jest więcej. Ot, choćby większe dodatki funkcyjne dla prezesów, ulubieńców ministra sprawiedliwości. Bo to on, polityk, ma decydować o tym, który z prezesów ile będzie realnie zarabiał. W takich warunkach istotnie sędzia nie powinien awansować.
Nie nadużywałbym cierpliwości czytelników, gdybym nie miał do powiedzenia nic konstruktywnego. Pozwolę sobie na rozwinięcie myśli Tocqueville’a. Istotnie, sędzia nie powinien awansować, przy założeniu, że awans ów nie będzie oparty o kryteria obiektywne. Awans sędziego, uzależniony od decyzji subiektywnych bez względu na rodzaj gremium, które je stosuje, zawsze będzie niósł ze sobą zagrożenie dla sfery bezstronnego i bezwpływowego orzekania.
Czy takie obiektywne kryteria istnieją ? Oczywiście. Nie tak dawno mogliśmy się o tym przekonać w naszych realiach. Jakkolwiek duże to może budzić zdziwienie, tak skonstruowany mechanizm sędziowskich awansów wprowadziła, choć zaledwie na rok, siła polityczna, która dziś chce, by były one całkowicie zsubiektywizowane. I to jest kolejny punkt obnażający prawdziwy cel obecnej reformy „usprawniającej” pracę sądów. W czerwcu 2007 r. rząd Jarosława Kaczyńskiego w trybie noweli do ustawy o ustroju sądów powszechnych wprowadził mechanizm, zgodnie z którym o uzyskaniu przez sędziego sądu rejonowego tytułu sędziego sądu okręgowego, a przez sędziego sądu okręgowego stanowiska sędziego sądu apelacyjnego, a co za tym idzie odpowiedniej stawki awansowej, decydowały dwa kryteria. Pierwsze – odpowiedni staż orzeczniczy, drugie – nienaganny przebieg służby sędziowskiej (brak kar dyscyplinarnych).
Omawiane rozwiązanie miało jeszcze jeden ważki walor. Uzyskanie tytułu sędziego sądu wyższej instancji nie wiązało się z jego automatycznym przejściem do orzekania w tym sądzie. Tytularni sędziowie sądów okręgowych mogli orzekać w sądach rejonowych, a sędziowie apelacyjni w sądach okręgowych. Nietrudno spostrzec, że odbywałoby się to z pożytkiem dla społeczeństwa. W sądach rejonowych rozpatrywanych jest statystycznie ok. 90 proc. spraw. Powyższy mechanizm spowodowałby zatrzymanie doświadczonych sędziów w sądach, które biorą na siebie ciężar rozpoznawania spraw najpilniejszych dla obywatela.
A zatem tylko od wyników pracy sędziego zależał jego dalszy rozwój zawodowy. Tym samym subiektywny czynnik decyzyjny został istotnie ograniczony. Choć nie do końca, bo nie należy zapominać, że nominację sędziowską w dalszym ciągu wręczał prezydent. A jak dowodzą przeszłość oraz teraźniejszość, głowa państwa uzurpuje sobie częstokroć prawo do odmowy wręczenia nominacji sędziowskich, nie mając ku temu, w moim przekonaniu, konstytucyjnej podstawy.
Rozwiązanie powyższe śmiało można było nazwać przewrotem kopernikańskim. Niestety politycy oraz sędziowskie gremia decyzyjne skupione głównie w sądach wyższych instancji już po upływie roku doprowadziły do uchylenia stosownych przepisów w drodze odpowiedniej nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych. Pomysłodawca idei awansów poziomych prezydent Lech Kaczyński, w jej obronie, zaskarżył jeszcze nowelę do Trybunału Konstytucyjnego, zaś jego następca Bronisław Komorowski podtrzymał ów wniosek. TK wyrokiem w sprawie K 7/10 uznał nowelę uchylającą przepisy o „awansie poziomym” za zgodną z konstytucją. Furtka do sprawiedliwego, bo opartego o obiektywne kryteria, awansu zamknęła się ze złowrogim skrzypnięciem.
Niestety – tak klasa polityczna, jak i establishment sędziowski skupiony w wyższych instancjach, a także w składzie ówczesnej KRS, który konsekwentnie torpedował omawiane rozwiązanie, nie dorósł do stworzenia wszystkim sędziom warunków, w których orzekanie odbywałoby się w przestrzeni wolnej od pokus związanych z możliwością awansów. Obu wymienionym siłom trudno było się rozstać z prerogatywą subiektywnego decydowania o tym, kto i kiedy powinien wspiąć się o jeden szczebelek służbowej drabiny.
Gdyby mechanizm ów dotrwał do dzisiejszych kryzysowych czasów, nie byłoby żadnych wątpliwości, czy i jak duże może być zjawisko dostosowania się części środowiska sędziowskiego do antagonistycznie nastawionej wobec niego klasy politycznej. Mielibyśmy zatem do czynienia z rzeczywistą niezależnością sędziów w procesie orzekania, rozumianą jako wolność od pokusy czynienia zadość oczekiwaniom gremiów podejmujących decyzje awansowe. Jeśli Ministerstwu Sprawiedliwości istotnie zależy na wytyczeniu nowej ścieżki zawodowego rozwoju sędziego, to proponuję, by wróciło do rozwiązań, które aktualny szef resoru kiedyś wspierał. Mógłby to być swoisty sprawdzian prawdziwych intencji Zbigniewa Ziobry w tym zakresie.
Jednak uczciwa analiza poczynań tak polityków, jak i sędziowskich decydentów prowadzi do gorzkiej konstatacji, iż w istocie obu siłom nie zależy na wykreowaniu obiektywnej ścieżki awansów sędziowskich. Cóż, nikt nie chce dzielić się władzą. Bardzo łatwo jednak w czasach zagrożenia sięga się po argumentację odwołującą się do etosu pracy i odpowiedzialności moralnej sędziów. A przecież wystarczyłoby dopracować rozwiązania z 2007 r., by dzisiaj nikt nie miał wątpliwości, jak zachowają się orzecznicy w czasie próby.
Mój wewnętrzny sokratesowski dajmonion podpowiada mi, że Alexis de Tocqueville przyklasnąłby idei poziomych awansów sędziowskich. Oto bowiem sędzia, którego zawodowy byt nie zależałby od czynników zewnętrznych, a jedynie od wyników jego pracy, byłby prawdziwie niezależny w sferze interpretacji i stosowania prawa w konkretnych sprawach. Stało się jednak inaczej. I gdyby jego ekscelencja wybrał się, tak jak to uczynił w 1831 r., jadąc do Ameryki, w podróż po dzisiejszej Polsce, jedynie utwierdziłby się w przekonaniu, że sędzia nie powinien awansować w warunkach, które chce zorganizować obecna klasa rządząca.