Obecna regulacja zniesławienia wprowadza odpowiedzialność karną zarówno za przypisanie danej osobie konkretnego postępowania („w styczniu dokonał malwersacji miliona złotych”), jak i właściwości („jest złodziejem”). W przypadku dokonania tego za pomocą środków masowego przekazu zagrożenie sięga kary pozbawienia wolności do roku. Jest to przy tym przestępstwo ścigane z oskarżenia prywatnego.

Dwa spostrzeżenia wydają się konieczne: po pierwsze, jest to przestępstwo umyślne, czyli sprawca musi mieć świadomość, że podaje nieprawdę, i co najmniej zgodzić się na wykorzystanie takiej informacji przeciwko drugiej osobie; po drugie, co do zasady może przeprowadzić dowód prawdy i uwolnić się od odpowiedzialności karnej.

Gdy sprawca wykorzystuje media, taki dowód jest dopuszczalny tylko wówczas, gdy dana osoba kieruje zarzut wobec osoby publicznej lub w obronie interesu publicznego. W naszej propozycji znika odpowiedzialność karna za drugą postać zniesławienia (przypisywanie właściwości), a dowód prawdy może być – z pewnym ograniczeniem dotyczącym życia prywatnego i rodzinnego – zawsze przeprowadzony. Rozważamy też możliwość likwidacji zagrożenia karą pozbawienia wolności.

Dlaczego minister sprawiedliwości nie zgadza się z opinią, że wystarczającym instrumentem obrony w wypadku pomówień jest powództwo cywilne o ochronę dóbr osobistych i wypłatę wysokiego odszkodowania?

Pewnie w wielu wypadkach jest to wystarczające. Temu daje wyraz propozycja przecięcia art. 212 k.k. na pół i objęcie kryminalizacją jedynie sytuacji świadomego i zamierzonego przypisania danej osobie konkretnego, a jednocześnie nieprawdziwego postępowania.

W tym wypadku istnieje poważne ryzyko publicznego potępienia danej osoby. Nie tyle chodzi nawet o przeciwdziałanie takim sytuacjom – bo pewnie dotkliwe odszkodowania mogą być wystarczające – ale o utrzymanie oceny takiej sytuacji jako zasługującej na publiczne potępienie, na karę kryminalną.

Media „centralne” potrafią się obronić – problem leży tak naprawdę w mediach lokalnych, dla których art. 212 k.k. jest dodatkowym utrudnieniem w sprawowaniu kontroli poczynań władzy.

Na pewno nie kwestionuję wartości wolności słowa. A także nie lekceważę odwagi niezależnych dziennikarzy oraz ryzyka, jakie podejmują, rzetelnie wykonując swoją pracę. Zawsze jednak jest to kwestia wyboru i ważenia dóbr. Niezależnie od prawidłowości czy wadliwości praktyki sądowej przepisy ukształtowane są tak, że nikt, kto napisze prawdę, nie powinien ponieść odpowiedzialności karnej.

Czy takie same przepisy powinny dotyczyć również platform internetowych? Blogów? Portali społecznościowych?

Już dziś dotyczą. I propozycja również obejmuje te środowiska publicznego funkcjonowania informacji. Odpowiem jednak pytaniem: dlaczego to pomówiony ma udowadniać, że zarzut był nieprawdziwy? Tak rozłoży się ciężar dowodu w postępowaniu cywilnym.

Inaczej jest w art. 213 k.k., tam dowód prawdy spoczywa na pomawiającym...

Tak, i to właśnie spotyka się z zarzutem naruszenia domniemania niewinności. Tymczasem tu chodzi jedynie o wykazanie się rzetelnością dziennikarską. Nawet jeśli dowód prawdy się nie powiedzie, ale widoczna będzie staranność dziennikarza w weryfikowaniu pozyskanej informacji – zniesławienie będzie nieumyślne, a przez to niekaralne.

Tylko że praktyka wygląda inaczej. Dowodem są kolejne przegrane przez Polskę sprawy przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka.

Pewnie jest tak, że pojawiają się nieprawidłowości w działalności sądów. Czy to jest jednak powód do rezygnacji z potępienia najbardziej jaskrawych, potencjalnie niszczących daną osobę pomówień?