Pokrzywdzony dostał narzędzie, dzięki któremu może doprowadzić do skazania również w sprawach, w których oskarżycielowi publicznemu nie chciało się kiwnąć palcem.Pół biedy, jak taki pieniacz w sądzie sromotnie przegra.

Bieda pełna jest, gdy wygra i doprowadzi sprawcę za kratki. W prokuraturze zapali się czerwone światełko: czyżby obywatel wiedział coś, o czym nie wiedział prokurator?

I zaczyna się korowód: kto nie wniósł aktu oskarżenia w sprawie, w której sprawca był winien, dlaczego tego nie zrobił i co mu za to grozi. Same nieprzyjemności.

Postawieni pod ścianą prokuratorzy nie mogą biernie czekać, aż ktoś im wytknie nieudolność. Potrafią się bronić i zapewne będą to robić. Najprostsza metoda: nie dopuścić do skazania. Przyłączyć się do postępowania tylko po to, by wskazywać dowody niewinności oskarżonego. Broniąc jego, bronią przecież siebie samych.

Niemożliwe? A jednak zupełnie prawdziwe. Tak teraz – zgodnie z wytycznymi Andrzeja Seremeta – mogą działać prokuratorzy.

Oczywiście nie będzie automatyzmu – obiecują. Ale przecież zawsze lepiej dmuchać na zimne, niż dać się oblać wrzątkiem, prawda?