Te same sztuczki do perfekcji opanowali włodarze na niższych szczeblach. Od lat rozmaite organizacje alarmują, że mało co tak dręczy inwestorów jak niemiłosiernie długa procedura uzyskiwania pozwolenia na budowę. Kiedy pod innymi względami w raporcie Doing Business Polska rośnie w siłę, to jeśli chodzi o czas oczekiwania na budowlaną zgodę starosty – spadliśmy w tym roku o cztery oczka.

Wyczytaliśmy więc w ustawie, że za przewlekanie tych procedur starosta powinien zapłacić – wojewoda nakłada 500 zł kary za każdy dzień zwłoki (powyżej 65 dni). Skoro z pozwoleniami jest tak źle, to – wydawało się nam – kar nałożonych na szefów powiatów powinno wystarczyć na zbudowanie całkiem ładnego kawałka autostrady.

Jednak inwestycyjna rzeczywistość wg wojewodów jest więcej niż zielona: jest wręcz różowa. W zeszłym roku w całej Polsce przedstawiciele rządu w regionach ukarali za przewlekanie procedur – uwaga! – dziewięciu starostów! Do budżetu z tego tytułu wpłynęło niespełna 60 tys. zł. Jak to możliwe? Otóż starostowie też czytają ustawy i nie podkładają się wojewodom tak łatwo. Kiedy widzą, że wniosek o pozwolenie na budowę czeka już niebezpiecznie długo, każą inwestorowi donieść jakiś dodatkowy papier i w tym czasie... zawieszają postępowanie. Dla wojewodów czas się zatrzymuje i ukarać nie ma za co.

Przepis o 500 zł nominuję więc do nagrody w kategorii „ściema dwudziestolecia”. Wszystkim się wydawało, że został wymyślony, by zdyscyplinować urzędników do szybkiego załatwiania spraw. A prawda jest taka, że powstał, by dać obywatelom złudzenie, że to urzędnik jest dla nich, a nie oni dla urzędnika. Przecież nawet tych dziewięciu ukaranych starostów nie wyłożyło ze swojej kieszeni ani grosza. Każdą karę zapłaciliśmy za nich my, powiatowi podatnicy.