Jego błyskawicznie podjęta decyzja o zniesieniu ponad stu sądów rejonowych (co pozwoliłoby prezesom nadmiernie obciążonych sądów dysponować większymi siłami orzeczniczymi) wydawała się genialna w swej prostocie. Prosta niczym cięcie mieczem.

Ale im dłużej przyglądam się temu pomysłowi, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że polski wymiar sprawiedliwości bardziej niż węzeł przypomina domek z kart – jeżeli nieprzemyślanym ruchem naruszymy choć jeden z jego elementów, runie cała konstrukcja.

Oto przykład: zniesienie sądu wiąże się z tym, że sędziowie muszą zmienić sąd macierzysty. To z kolei automatycznie uruchamia ich prawo do odwołania się od decyzji ministra o przeniesieniu.

Nie można skutecznie przenieść sędziego, nie czekając na rozpatrzenie jego odwołania przez Sąd Najwyższy. A co by się stało, gdyby takie rozstrzygnięcia nie zapadły przed 1 lipca – pierwotną datą reformy, a sądy macierzyste odwołujących się sędziów już by nie istniały? Na to pytanie odpowiedzi nie potrafi udzielić nawet ustawodawca.

Dobrze więc się stało, że minister sprawiedliwości przypomniał sobie, że co nagle, to po diable. I przełożył reorganizację sądów rejonowych na początek przyszłego roku. 

Bo przecież nikt nie polemizuje z tym, że sądy wielkomiejskie są zawalone pracą, a w niektórych najmniejszych jednostkach sędziowie, mówiąc delikatnie, są niedociążeni obowiązkami.

A to, że sytuację tę najwyższy czas już rozwiązać, jest oczywistą oczywistością. W tak delikatnej tkance, jaką jest wymiar sprawiedliwości, lepiej jednak posługiwać się precyzyjnym skalpelem niż ordynarnym mieczem.