Argumenty za tym rozwiązaniem są powszechnie znane. Chciałbym jednak poddać pod rozwagę propozycję istotnej zmiany w postaci finansowego uniezależnienia zarówno sądownictwa, jak i prokuratury od władzy ustawodawczej.

Można by zapytać: cóż w tym nowego? Przecież zarówno prokuratura, jak i Sąd Najwyższy oraz sądy administracyjne mają samodzielność budżetową. Budżetami przydzielonymi tym jednostkom zarządzają prokurator generalny, pierwszy prezes Sądu Najwyższego oraz prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Wystarczy zatem zmienić dysponenta tej części budżetu, która jest przeznaczona dla sądów powszechnych i którą teraz zarządza minister sprawiedliwości, na dysponenta niepolitycznego. To oczywiście byłby krok w dobrym kierunku, ale dalece niewystarczający.

Postuluję, by został ustalony na stałe (z ewentualną opcją przeglądu i możliwością zmiany) określony odsetek budżetu państwa z przeznaczeniem na wymiar sprawiedliwości – tak jak się to stało z określonym odsetkiem przeznaczonym na modernizację armii.

Abstrahuję przy tym od uwarunkowań konstytucyjnych, zakładając, że w razie gdyby wola polityczna, by dokonać takiej zmiany, powstała, dałoby się taki system wprowadzić.

Dlaczego?

Dlatego że system polityczny, który od przeszło 20 lat obowiązuje, skompromitował się całkowicie, kompromituje się nadal i będzie się kompromitował w przyszłości. Nie oznacza to, że na jego czele stali wyłącznie ludzie słabi, niekompetentni, interesowni.

Pomijam już, że żaden minister sprawiedliwości nie wprowadzi poważnych zmian bez wiedzy i akceptacji prezesa Rady Ministrów. Ważne, że niezależnie od tego, czy ministrowie wywodzili się ze środowiska sędziowskiego, adwokacko-radcowskiego, profesorskiego, prawniczego bez cenzusu korporacyjnego, czy też naukowego, albo w ogóle spoza środowiska prawniczego, nie dokonali przełomu.

Czy dlatego, że wszyscy byli nieudolni lub im się nie chciało? Na pewno nie. Ich podstawową wadą było to, że byli lub musieli się stać politykami. Tym samym zamiast skupić się na żmudnej, trudnej, mozolnej i efektywnej, ale mało efektownej pracy, musieli dostarczać ludowi igrzysk. Nawet mając najlepszą wolę, nie byli w stanie dokończyć czegokolwiek, co zaczęli.

Obecnie urzędujący minister sprawiedliwości w wolnej Polsce jest 19. z kolei. Oznacza to, że przeciętna kadencja ministra sprawiedliwości trwa około roku i 2 miesięcy. Można powiedzieć, że jest to najgorętszy stołek ministerialny. Każdy kolejny minister, obejmując urząd, wie, że najpewniej czeka go około roku pracy na tym stanowisku i zanim rozezna się w czynnościach, które ma wykonywać, zmuszony będzie odejść. Nic zatem dziwnego, że bez pełnego rozeznania podejmuje kolejne reformy, najczęściej tylko po to, by reformować.

Ponieważ chce się odróżnić od poprzednika, zwykle rozpoczyna od zmiany lub co najmniej przeglądu jego koncepcji. I jeżeli nie wprowadza koncepcji dokładnie przeciwnych, to co najmniej zmiany do tych, które już zaczęto realizować. Nie jest tak zawsze, ale wystarczająco często, by się niepokoić.

W ten sposób co kilku ministrów mamy kosztowne, zarówno z powodu bezpośrednich wydatków, jak i chaosu organizacyjnego, zmiany w zakresie sieci sądów i wydziałów. Jedni ministrowie pod hasłem bliskości sądu do obywatela tworzą na siłę małe jednostki, w których brak jednego sędziego powoduje niemożność normalnego funkcjonowania. Inni pod hasłem efektywności małe jednostki znoszą.

Jedni pod tymi samymi hasłami tworzyli wydziały grodzkie, inni je likwidowali, twierdząc, że to sztuczne twory. Można by jeszcze podać kilka takich przykładów, ale nie o to chodzi.

Ważne jest jedno: brak czasu powoduje, że takie decyzje podejmowane są intuicyjnie po to, by pokazać, że partia rządząca reformuje. Brak jest przy tym poważnych analiz, które mogłyby wykazać, że reforma zmierza w dobrym kierunku, ponieważ ich sporządzenie wymaga czasu.

Nie ma również najmniejszej nadziei na zmianę – politycy będą tutaj zawsze skazani na intuicję i nawet gdyby ją mieli, inni politycy zreformują poprzednią reformę.

Taka jest logika polityki, i nawet jeżeli zdarzają się wyjątki, są to wyjątki od smutnej reguły. By przerwać tę pętlę, trzeba odebrać politykom wpływ na wymiar sprawiedliwości.

W wolnej Polsce było już 19 ministrów sprawiedliwości. I niemal każdy chciał przeprowadzić jakąś reformę, by wykazać się politycznie. To nie mogło się udać.

Łukasz Piebiak, sędzia wiceprezes zarządu głównego i prezes oddziału warszawskiego Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”