Dwie dekady temu zafundowaliśmy sobie wybory proporcjonalne z indywidualnym wskazaniem na liście konkretnego kandydata, czym na pewno nie ułatwiamy stabilizacji życia publicznego. Kandydaci poszczególnych komitetów, zamiast jednoczyć siły na rzecz zwycięstwa ich wspólnej listy, walczą o rzeczywiste miejsce na niej nie tylko przed dniem oficjalnego jej zarejestrowania, co jest zrozumiałe, ale także niemal do ostatniego dnia kampanii. Ostatecznie przecież o kolejności do mandatu zdecydują indywidualne preferencje wyborców. Rany zadane w tym czasie będą goić się długo po wyborach, a może pozostawią trwałe ślady. Podnosi to co prawda atrakcyjność igrzysk, ale ostatecznie osłabia zdolność do przyszłej współpracy w parlamencie.

Zaletą ordynacji proporcjonalnej jest minimalizowanie tzw. głosów straconych. W okręgach jednomandatowych stracone są wszystkie przegrane – wygrać może tylko jeden. Ale wiemy z doświadczenia roku 1991, że proporcjonalność prowadzi do rozbicia parlamentu i w konsekwencji – do trudności ze sformowaniem rządu. Aby temu przeciwdziałać, wprowadza się tzw. progi wyborcze, u nas pięcioprocentowe. W konsekwencji jednak takiej korekty wracamy niejako do punktu wyjścia, bo oto pewna część głosów okazała się też stracona, a temu chcielibyśmy przecież pierwotnie zapobiec.

Tylko jednak pozornie. Oto zwycięzcy ostatecznie uczestniczą w podziale mandatów nie tylko bezpośrednio zdobytymi głosami, ale także na dodatek ze swoistą premią, uzyskaną w wyniku wtórnego niejako podziału głosów – straconych przez innych. A dlaczego w takim przypadku nie mam prawa z góry określić, któremu ze zwycięzców powinien ostatecznie przypaść mój już stracony głos? Kto ostatecznie stanie się – innymi słowy – beneficjantem mojego drugiego, a może i trzeciego wyboru?

Techniczne rozwiązanie tej pułapki nie stanowi problemu; w Europie funkcjonują co najmniej dwa takie systemy (Malta i Irlandia). Wyborca, który postawił w pierwszym wyborze na ugrupowanie, które przegrało, miałby komfort świadomości, że żadna część jego straconego głosu przynajmniej nie zasili ugrupowania programowo mu odległego. Same wybory przestałyby przypominać ruletkę, przekształcając się w proces uczciwego poszukiwania optymalnego kształtu sceny politycznej. Co więcej, jest już standardem pogłębionych socjologicznych badań przedwyborczych właśnie ustalanie „partii drugiego wyboru”. Dlaczego więc tego rodzaju wiedza miałaby pozostać jedynie rezultatem naukowego badania, a nie wynikiem wyborów jako takich?

Kampania wyborcza to dobry czas na dyskusję o prawie wyborczym dla elekcji za cztery lata. Jest mało prawdopodobne, że w następnej kadencji uda się wprowadzić wybory do Sejmu według reguł okręgów jednomandatowych, co deklarowała całkiem niedawno jeszcze partia rządząca. Konieczna byłaby ku temu zmiana konstytucji. Nic nie wskazuje na to, że 2/3 głosów zdobędzie ugrupowanie zainteresowane taką zmianą, ale stworzenie możliwości wskazania partii drugiego wyboru zmiany ustawy zasadnicznej już nie wymaga. Pomogłoby natomiast zdecydowanie we wskazaniu w pierwszym wyborze nawet małego ugrupowania, jednak bez obawy, że głos na nie oddany będzie głosem ostatecznie straconym. Może odsetek wahających się przed wyborami byłby mniejszy? – Nawet na pewno. Unieważnilibyśmy przy okazji groźne pytanie, czy w zgodzie z konstytucją jest przywłaszczanie sobie przez ugrupowanie, które nie cieszyło się sympatią głosującego, nawet tylko części jego głosu, i to bez pytania go o zgodę.