Informacja publiczna przeżywa pierwszy tak poważny kryzys od czasów swojego powstania. Przekonałem się o tym, czytając wczorajszy felieton dla „DGP” Marcina Króla, jednego z twórców tej fundamentalnej dla demokracji instytucji. Jego argumenty przemawiające za prawem głowy państwa do zachowania pewnego marginesu poufności w sprawach publicznych brzmią dla mnie nieprzekonująco. Spór toczy się przecież o opinie prawne do ustawy o OFE. Prezydent korzystał z nich, podpisując przepisy reformujące powszechny system emerytalny. Gdzie tu jest miejsce na poufność? Z pewnością urzędnicy prezydenta nie powinni ukrywać przed wyborcami, co eksperci mu doradzają. Przecież rady nie dotyczą diety głowy państwa, tylko obowiązującego prawa.

Brak dostępu do informacji publicznej pogłębia w ludziach poczucie, że znów wszystko dzieje się za ich plecami. Że niewidzialna ręka dopisuje do ustaw niewinnie wyglądające słowa, dzieli pieniądze, rozdaje licencje.

Jednak tęsknota za poufnością to niejedyny przejaw kłopotów z informacją publiczną. Często dostępu do zwykłych informacji trzeba dochodzić przed sądem. W ciągu ostatnich czterech lat liczba tego rodzaju spraw wzrosła czterokrotnie. Przed sądem przegrał premier, który chciał ukryć założenia tarczy antykorupcyjnej, a ostatnio także prezydent, który pod kluczem trzyma opinie ekspertów w sprawie ustawy o OFFE. Ale to pasmo sądowych sukcesów może wkrótce zostać przerwane. Rząd chce wprowadzić do ustawy o dostępie do informacji publicznej zmiany, które klucze do sejfu z jawnością opinii, analiz, instrukcji negocjacyjnych oraz uzgodnionych projektów umów międzynarodowych oddadzą w ręce urzędników. Ta rządowa ustawa może zostać uchwalona jeszcze przed wyborami. Chcieliśmy ustalić, kto na etapie uzgodnień resortowych wprowadził do projektu ten nieszczęsny przepis art. 5a. Ale się nie udało. Poufność. A przecież jeżeli ten przepis zostanie uchwalony, obywatel nie wygra już w sądzie prawa do informacji. Dlatego jawność w życiu publicznym jest zawsze lepsza od poufności.