Przyznam się szczerze, że bardzo mnie zaskoczyła ostatnio uchwała prezesów sądów sprzed kilku dni, postulująca wprowadzenie dodatkowych mechanizmów weryfikujących przydatność kandydatów do pełnienia urzędu sędziego. Daje ona wyraz nieukrywanej swoistej nostalgii za stanowiskiem asesora sądowego. Wydawało się, że dyskusję na temat pozycji asesora w naszym wymiarze sprawiedliwości zamknął już definitywnie wyrok Trybunału Konstytucyjnego sprzed blisko pięciu już lat, ukazujący wszystkie aspekty niekonstytucyjności takiego niepełnego sędziego, całkowicie uzależnionego od swoich administracyjnych zwierzchników powiązanych organizacyjnie z ministrem sprawiedliwości.

Dla kogo ta hierarchia?

Okazuje się jednak, że ten całkowicie absurdalny model sądownictwa, opartego na orzecznictwie młodych prawników pozbawionych jakiegokolwiek doświadczenia życiowego, ale bez reszty wpisującego się w pewne utrwalone koleiny rozumowania i działania, wyznaczane na dobrą sprawę nieweryfikowalną praktyką sądowej codzienności, był z punktu widzenia administracji sądownictwa bardzo wygodny.

Nie dość przypominać, że tego rodzaju hierarchia sądowa, u podstaw której stał właśnie ten niedoświadczony asesor, a na samej górze bardzo dobrze wyedukowany i doświadczony sędzia, którego olbrzymie kwalifikacje były skierowane na działania wyłącznie kontrolne, jest typową hierarchią urzędniczą, wyjątkowo wygodną dla rządzących w systemach autorytarnych, ale niemieszczącą się w ramach oczekiwań rozwiniętego państwa obywatelskiego, w którym władza sądownicza pełni szczególnie ważną rolę regulatora najbardziej skomplikowanych relacji pomiędzy bardzo różnymi podmiotami, niekiedy o szczególnie silnej pozycji.

Sędzia zbyt ważny

Czym jest konfrontacja młodych niedoświadczonych sędziów ze światem polityki czy rekinami biznesu, możemy się niemal na co dzień przekonywać. W czasach kiedy przez sądami nie stawali politycy z pierwszych stron gazet, bo z definicji stali ponad prawem, kiedy życie gospodarcze regulowały administracyjne nakazy, a nie orzeczenia niezależnych sądów, stawiający pierwsze zawodowe kroki od razu za stołem sędziowskim może i byli przydatni. Ale dzisiaj? Sam przeszedłem niegdyś taką właśnie drogę i dobrze widzę z perspektywy lat i potrzeb państwa, do jakiego stopnia była ona niedorzeczna.

Szkody nie do naprawienia

Właśnie w sądach pierwszej instancji są potrzebni doskonali, doświadczeni prawnicy, umiejący szybko podejmować trudne decyzje i ogarnąć swoją wyobraźnią cały wymiar sprawiedliwości, bo właściwie wszystko zależy od orzeczenia sądu pierwszej instancji. Co z tego, że błędy sądu rejonowego czy okręgowego zostaną kiedyś w apelacji czy Sądzie Najwyższym naprawione, jeśli zostaną naprawione w ogóle, skoro przez ten czas nastąpią zdarzenia o nieodwracalnych skutkach. Dotychczasowy model kariery sędziowskiej zdecydowanie nas oddala od stanu pożądanego, a w każdym razie do ideału nie przybliża.

Faktem jest, że nadal pozycja sędziego nie jest koroną zawodów prawniczych, ale na dobrą sprawę dotychczas nie zrobiliśmy nic, aby tak się właśnie stało. Wyrok trybunału w sprawie asesorów miał uruchomić mechanizmy budowania sądownictwa na miarę wyzwań współczesności. Na dobrą sprawę ciągle w pewnym sensie jest bojkotowany. Moim zdaniem formą takiego bojkotu jest model szkoły dla sędziów i prokuratorów zakładający, że dobrego sędziego da się ukształtować w ramach jakiejś zmienionej nieco formy aplikacji sądowej. Przecież wiadomo, że nie tędy droga. Sędziowie powinni zarabiać co najmniej dwukrotnie więcej – to jasne, ale też wiadomo, że nasze wydatki na sądownictwo nie mogą już relatywnie do PKB wzrosnąć w takiej proporcji.

Jaki z tego wniosek? Sędziów musi być dwukrotnie mniej, co nas zbliży do krajów o największym standardzie sądownictwa. Nie można czekać na zgłoszenia kandydatów z innych zawodów. Trzeba najlepszych prawników zachęcać aktywnie do przejścia do sądu, tak jak to się dzieje np. w Irlandii czy Wielkiej Brytanii. Tylko niech nikt nie mówi, że takie działania nie są możliwe w Polsce.

Pamiętamy wszyscy, jak mądrą, przemyślaną w szczegółach, rozłożoną na dziesięć lat reformę sądownictwa przygotowaną przez rząd Jerzego Buzka i ministrów Hannę Suchocką i Janusza Niemcewicza zablokowano m.in. przy pomocy niektórych sędziów, którzy na wszelki wypadek schronili się później w prokuraturze. Dziś właśnie bylibyśmy już po reformie sądownictwa i szykowalibyśmy się co najwyżej do jej koniecznych korekt. Czyżbyśmy mieli dziś zapowiedź nowych działań obstrukcyjnych w tej samej materii?