To już jest jakaś plaga. W 2009 roku austriacka firma Alpine Bau zerwała kontrakt na budowę śląskiego odcinka A1, przed rokiem z inwestycji we fragment tej trasy z Łodzi do Pyrzowic zrezygnowało konsorcjum Budimeksu, a przed kilkoma miesiącami z A4 zeszło konsorcjum NDI i SB Granit. Teraz swój kamyk do ogródka wrzucili Chińczycy. W efekcie sparaliżowano budowę najważniejszych tras na Euro 2012 i grozi nam totalna kompromitacja. Przerwane inwestycje czy fuszerki to nie tylko problem na drogach.

W ostatnich dniach głośno było o Stadionie Narodowym – okazało się, że 15 ciągów schodów wymaga generalnej naprawy. Wcześniej Wrocław za opóźnienia wyrzucił z budowy stadionu Mostostal.

Na ostatnim posiedzeniu sejmowej komisji Przyjazne Państwo jej przewodniczący Adam Szejnfeld zaproponował kilka poprawek do ustawy o zamówieniach publicznych. Na przykład zamawiający mógłby badać, czy oferta nie jest dumpingowa, co rodzi ryzyko późniejszego zerwania kontraktu, gdy koszty wzrosną. Teraz można tylko poprosić firmę o wyjaśnienia. Niestety, postępowania o dumping są jednymi z trudniejszych i w Europie ciągną się latami. Nie wierzę, by nasza drogowa dyrekcja była w stanie udowodnić, że ktoś oferuje „rażąco niską cenę”, gdy nie ma nawet definicji tego pojęcia (rząd zwrócił się o to do Komisji Europejskiej). Osławiona oferta Chińczyków nie musiała oznaczać dumpingu, po prostu nie znali oni rynku, błędnie założyli, że tanio kupią fachowców, ceny materiałów budowlanych nie wzrosną, a rywale nie będą podstawiać nogi. Kwestię dumpingu badała zresztą Krajowa Izba Odwoławcza i nie dopatrzyła się niczego podejrzanego.

Zarówno Szejnfeld, jak i największe firmy budowlane postulują też odejście od stosowania wyłącznie kryterium cenowego. Po pierwsze, już teraz zamawiający może tak konstruować warunki przetargowe, by cena nie była jedynym kryterium (nie robi tego, bo boi się oskarżeń o korupcję), po drugie zaś każdy kij ma dwa końce – to prosta droga do podniesienia cen, za co zapłaciliby podatnicy. Podobny skutek przyniosłoby wprowadzenie wzorem Francji czy Włoch zasady, że na wstępie odrzuca się ofertę najtańszą.

Jeśli odeszlibyśmy od kryterium ceny, przyznając dodatkowe punkty np. za wiarygodność itp., to cofnęlibyśmy się do lat 90., kiedy o wyniku przetargu decydowało często uznanie urzędników. A oni już często wiedzieli, kto ma być bardziej wiarygodny od drugiego. Żeby było śmieszniej, mogli wówczas odrzucić ofertę nawet za źle postawiony przecinek czy brak parafki na którejś ze stron. Pamiętam, jak w przetargu na doradzanie przy sprzedaży akcji TP SA w 2001 roku z 11 ofert z błahych względów formalnych odrzucono osiem. Wygrała jedna z droższych. Na dużych inwestycjach infrastrukturalnych tracono przez taką praktykę za każdym razem nawet setki milionów złotych.

Na szczęście największe nonsensy wyeliminowano, dostosowując polskie prawo do unijnego. Nie można już dawać niskiej ceny i doić zamawiającego za pomocą aneksów do umowy. Wyeliminowano też preferencje dla polskich firm, co redukowało konkurencję.

Ustawodawca jednak nie przewidział jednego – największego od 80 lat kryzysu, który zmusił firmy do oferowania nierealistycznych cen, by tylko zdobyć kontrakt i mieć pracę. W tym momencie „zabezpieczenie należytego wykonania umowy” w wysokości od 2 do 10 proc. kontraktu okazało się niewystarczające. Firmy umieją liczyć. Wolą je utracić, niż ponosić jeszcze wyższe koszty, gdy wzrosły ceny materiałów budowlanych. Dlatego jeśli mamy zmieniać ustawę, to podnieśmy te zabezpieczenia, np. do 30 proc., w formie gwarancji bankowych bądź zastawu na majątku przedsiębiorstwa w Polsce. To niedoskonałe rozwiązanie, ale mogłoby działać orzeźwiająco na rozgrzane umysły oferentów.

Drugi kierunek to tworzenie czarnych list firm, które nawaliły. W tym kierunku zresztą poszedł już Sejm, wprowadzając odpowiednią poprawkę do ustawy. Tyle tylko, że to rozwiązanie można obchodzić, np. tworząc nową spółkę, i dalej startować w przetargach. Inwencja ludzka nie zna granic.

Ustawa o zamówieniach publicznych nie może stać się kozłem ofiarnym. By uniknąć takich wpadek jak ostatnio, trzeba przede wszystkim poprawić działanie urzędników. Jeśli wykonawcy masowo skarżą się na zmiany w zamówieniach w trakcie inwestycji, opóźnione płatności czy np. wadliwy projekt mostu, który grozi katastrofą budowlaną, co podnosiło Alpine Bau w przypadku trasy A1, to chyba coś jest nie tak. A ministra Grabarczyka i premiera Tuska pomstujących na rejterujących wykonawców zapytałbym, dlaczego najważniejsze inwestycje autostradowe zlecono dopiero w przeddzień Euro, stawiając nas wszystkich pod ścianą, na łasce wykonawców?