Szykuje się spór o honoraria za usługi prawnicze. Sposób ustalania ich wysokości coraz częściej prowadzi do konfliktów, niektóre z tych sporów kończą się w sądach. Sprawcą zamieszania na rynku usług prawniczych jest jeden mały, niepozorny zakaz. Zabrania on prawnikowi uzależniania wysokości zapłaty wyłącznie od ostatecznego wyniku sprawy. Został wpisany do kodeksu etycznego adwokatów oraz radców prawnych. Nie mieli oporów przed jego przyjęciem także doradcy podatkowi. W sposób jednoznaczny zakaz ten podtrzymują także reguły deontologiczne przyjęte w Unii Europejskiej. Według nich prawnik nie może się umówić ze swoim klientem, tak by ten po zakończeniu sprawy oddał mu określony procent wygranej, czy to w pieniądzach, czy też w innej formie – w zależności od treści ostatecznego orzeczenia.

Od tej żelaznej reguły istnieją dwa wyjątki. Jeden wprowadziła w ubiegłym roku ustawa o pozwach zbiorowych, dopuszczając honorarium procentowe, uzależnione w pełni od wysokości zasądzonego roszczenia. Nie może być jednak ono wyższe niż 20 proc. przyznanej przez sąd wygranej. Na drugi wyjątek przystał całkiem niedawno Sąd Najwyższy. Nie dostrzegł on niczego niewłaściwego w umowie adwokata z klientem, który za prowadzenie sprawy wziął jedną trzecią wygranej. W tym konkretnym przypadku była to równowartość jednej trzeciej ceny odzyskanego pensjonatu. W ten sposób rozmiękczanie zasady pactum de quota litis stało się faktem. Sąd okazał się łagodniejszy niż kanony etyki adwokackiej. Przyznał pierwszeństwo zasadzie swobody umów, która sedno sprawy oddaje w ręce umawiających się stron. Tym razem złamanie zakazu etycznego nie zaważyło na ważności umowy.

Sygnał, który w ubiegłym tygodniu wysłał Sąd Najwyższy, nie jest budujący. Nie służy on wzmocnieniu zasad etyki. To wyjątkowo biznesowe podejście. Z tego miejsca już tylko mały krok, by prawnicy zajęli się kalkulowaniem ryzyka biznesowego, a nie świadczeniem usług. By zaczęli szukać niezależnego finansowania procesów sądowych przez firmy prywatne. Tego momentu nasze korporacje prawnicze nie mogą przespać. W przeciwnym razie inwestowanie w spory sądowe może stać się, tak jak w Stanach Zjednoczonych czy Australii, formą prowadzenia działalności gospodarczej. A przecież zarówno nasi adwokaci, jak i radcowie prawni bronią się przed szufladkowaniem ich na równi z biznesmenami.

Ale być może wyrok Sądu Najwyższego to także sygnał, że wynagrodzenia adwokatów i radców prawnych dojrzały do gruntownego uporządkowania. Prawnicze kodeksy etyczne wymagają, by w sprawach finansowych obowiązywała w stosunku do klienta szczególna skrupulatność i jednoznaczność. Dzisiaj takiej skrupulatności na rynku usług prawnych nie ma. Stan, jaki się wytworzył w kancelariach prawnych, przypomina bardziej mgławicę. Nie jest to z pewnością sytuacja najbardziej pożądana przez klienta. Mgławicy przecież wszystko wolno.