I wcale nie chodzi mi o to, że pan rzecznik urwał się na okołoświąteczny urlop, nie odpowiedział na nasze pytania i przedstawione wątpliwości, a potem srogą miną i ostrym tonem starał się nadrobić to niedociągnięcie. Rzecz w tym, że sięgnął po – zyskującą ostatnio coraz większą popularność – formułę oświadczenia. Rozsyłanego oczywiście wszędzie, gdzie się da. Okazuje się bowiem, że jest to niezwykle wygodne narzędzie dyskredytowania dziennikarzy, którzy potrafią coś więcej niż biegać na konferencje prasowe i spijać z ust ministrów zapowiedzi o kolejnych szumnych reformach – umieją np. czytać ze zrozumieniem projekty ustaw i wyciągać wnioski z opinii formułowanych do nich na etapie konsultacji.

Otóż w takim oświadczeniu można zawrzeć wszystko: półprawdy, niedomówienia i zwykłe kłamstwa, jak np. to, że w opisanej sprawie nie toczą się żadne prace legislacyjne, choć projekt przeszedł już w Sejmie I czytanie i nic nie wskazuje na to, by miał utknąć w którejś z komisyjnych szuflad. Można sobie popolemizować ze stwierdzeniami, które w tekście nie padły. Można własne chciejstwo sprzedać jako stan faktyczny. Można pomieszać rozwiązania obowiązujące z tymi dopiero planowanymi, a wnioski i obawy ekspertów określić mianem nieprawdziwych informacji.

Można wreszcie uciec się do zwykłych gróźb. Bo trudno inaczej nazwać passus, w którym pan rzecznik „wnosi” (gdyby prosił, zabrzmiałoby to za mało złowieszczo) o niepowielanie doniesień DGP, a jeśli już, to tylko wraz ze stanowiskiem organu, który on sam reprezentuje. „W przeciwnym wypadku będziemy musieli reagować w trybie ustawy – Prawo prasowe” – to kropka nad i, prawdopodobnie dla tych mniej domyślnych. Albo niezdających sobie sprawy, że danie szansy przedstawienia swoich racji każdej ze stron sporu to przecież normalna dziennikarska robota.

Ponad dekadę temu powszechne rozbawienie wywołał lapsus Jarosława Kaczyńskiego, który z mównicy sejmowej zapewnił, że „żadne płacze i żadne krzyki nie przekonają nas, że białe jest białe, a czarne jest czarne”. Tamto przejęzyczenie dziś brzmi jak nakreślenie strategii, w ramach której należy wszelkimi sposobami dowodzić, że białe jest czarne. Rzecznik komisji weryfikacyjnej robi więc, co się da. Nie jest mu łatwo, bo – będąc specem od zarządzania i PR-u – musi rozbrajać prawnicze argumenty dwójki znakomitych cywilistów, których opinie przedstawił DGP. Na szczęście może liczyć na to, że z jego oświadczeń przychylne władzy media będą czerpać pełnymi garściami, nie zawracając sobie głowy takimi drobiazgami, jak dojście do sedna problemu. Bo jeszcze by się kolory pomieszały...