W tym celu przywołał likwidację Europejskiej Komisji Praw Człowieka i powołanie w jej miejsce Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Skutkiem tego wygaszono mandaty wszystkim sędziom orzekającym w komisji oraz wprowadzono zasadę, że ci, którzy zasiądą w ETPC, będą przechodzić w stan spoczynku w wieku 70 lat (wcześniej limit wieku nie był określony).

Zdaniem wiceministra nie sposób przyjąć argument, iż „reforma podobna do przeprowadzonej w ETPC nie może być zastosowana do systemu sprawiedliwości państwa członkowskiego”. W ten oto sposób próbował „rozgrzeszyć” prezydencki projekt zmian odnoszących się do Sądu Najwyższego. Z jego argumentami trudno by było polemizować, ale tylko gdyby nie znało się powodów przeprowadzenia reformy systemu sądownictwa UE. Ale sam autor artykułu wskazał, że za decyzją o powołaniu ETPC stał wzrost liczby państw członkowskich Rady Europy w latach 90. XX w., co zaskutkowało wzrostem liczby skarg i zwiększeniem obciążenia komisji. Były to powody jasne i obiektywne. Wróćmy na nasze podwórko. Czytam prezydencki projekt i jego uzasadnienie, i jakoś tego typu obiektywnych i jasnych powodów tak głębokiej i brzemiennej w skutki reformy SN – mimo najszczerszych chęci – nie znajduję. Czy w ostatnich latach drastycznie wzrósł wpływ spraw do tego sądu? Czy jego sprawność znacząco spadła, a jakość orzecznictwa się pogorszyła? No nie. Świadczą o tym chociażby coroczne sprawozdania składane przez SN.

Z jedną tezą pana wiceministra zgadzam się jednak w całej rozciągłości. Ja również uważam, że na reformę dokonywaną w naszym kraju warto spojrzeć przez pryzmat doświadczeń instytucji europejskich. Ba! Postuluję, aby robiono tak, przeprowadzając wszelkie reformy. A nuż dzięki temu stanie się cud i nasza legislacja w końcu przestanie wprawiać w zakłopotanie.