statystyki

Zmiana ustawy jest jak kłamstwo

autor: Agnieszka Damasiewicz18.10.2016, 00:00; Aktualizacja: 18.10.2016, 06:44
dr Agnieszka Damasiewicz, wykładowca Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, naukowo zajmuje się badaniem zagadnień z zakresu wymiaru sprawiedliwości, autorka bloga www.sedziowie-czy-herkulesi.blogspot.com

dr Agnieszka Damasiewicz, wykładowca Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, naukowo zajmuje się badaniem zagadnień z zakresu wymiaru sprawiedliwości, autorka bloga www.sedziowie-czy-herkulesi.blogspot.comźródło: Dziennik Gazeta Prawna

Kłamca i ustawodawca od pewnego momentu przestają panować nad dominem, które puścili w ruch - pisze dr Agnieszka Damasiewicz.

Reklama


Reklama


Kto pamięta „Powrót do przyszłości”, z szalonym profesorem, który zbudował wehikuł czasu? Film opiera się na założeniu, że drobna korekta w przeszłości zmienia przyszłość nie tylko w tej „skorygowanej” kwestii, ale w wielu nieprzewidzianych punktach. Kiedy bohater, wysłany do przeszłości, przeszkodził niechcący w spotkaniu swoich rodziców, on sam i rodzeństwo zaczęli stopniowo znikać z fotografii. Ten sam mechanizm powoduje, że kłamstwo ma krótkie nogi. Fakt zmieniony w przeszłości przyniósłby falę różnic w teraźniejszości. Kłamca nie jest w stanie wyobrazić sobie całej zmienionej rzeczywistości.

Podobnie ustawodawca. Zmiana jednego przepisu, która, zdawałoby się, rozwiązuje konkretny problem, porusza cały system. Lorne Whitehead opisał w 1983 r. na łamach „American Journal of Physics” swoje spostrzeżenie: kostka domina może nie tylko przewrócić wiele kolejnych, takich samych kostek, lecz także jest w stanie powalić kostkę znacznie większą od siebie. Według jego obserwacji pojedynczy kamyk domina mógł przewrócić kolejny nawet o połowę większy. W 2001 r. fizyk z ośrodka Exploratorium w San Francisco powtórzył eksperyment Whiteheada: wykonał osiem kostek domina ze sklejki, każda ok. 50 proc. większa od poprzedniej. Pierwsza mierzyła 5 cm, a ostatnia miała blisko metr wysokości. Przewracanie kostek zaczęło się od cichego „tik”, a skończyło na głośnym „BAM!” (por. Garry Keller, Jay Papasan, „Jedna rzecz”, Łódź 2013, s. 13–14). Kłamca i ustawodawca od pewnego momentu przestają panować nad dominem, które puścili w ruch.

Idealne kłamstwo co do jakiejś okoliczności wymagałoby przewidzenia jego wpływu w przyszłości na wszystkie inne, towarzyszące mu fakty. Podobnie zmiana ustawy: wymaga przewidzenia jej wpływu na wszystkie elementy systemu prawnego. Przykładowo mogłoby się wydawać dobrym pomysłem ograniczanie liczby definicji tego samego pojęcia w systemie, przez odesłanie np.: „przez nieruchomość należy rozumieć nieruchomość w rozumieniu ustawy...”. To ogranicza liczbę definicji żyjących własnym życiem. Z drugiej jednak strony trzeba rozważyć, co się stanie, jeśli definicja „źródłowa” się zmieni. Zadziała to jednocześnie na wszystkie ustawy, które do niej odsyłają. Dlatego trzeba zrobić eksperyment myślowy, symulując potencjalne przyszłe zmiany definicji źródłowej i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w projektowanej ustawie chodzi nam o taką definicję „nieruchomości”, jak brzmi ona teraz, czy o każdorazową definicję „nieruchomości”, jaką będzie zawierać ustawa źródłowa. W pierwszym przypadku lepiej twardo wstukać definicję do projektu, bez odesłania. W drugim – można odesłać.

Ten, kto tworzy ustawę, i ten, kto wnosi do niej jakiekolwiek poprawki, powinien obowiązkowo zdać egzamin z historii danego aktu. Formalnie w uzasadnieniu wykazuje się różnice między dotychczasowym a proponowanym stanem prawnym. Jednak mnie chodzi nie tylko o „stan obecny”, ale wszystkie go poprzedzające. O całą historię przepisu. Wyobraźcie sobie osobę zwiedzającą Luwr lub Uffizi, przy zupełnej nieznajomości historii biblijnych i mitów greckich. Taka osoba widzi wyłącznie postacie i kolory. Znaczenia giną, dzieła sztuki tracą sens (por. Allan Bloom, „Zamknięty umysł”, s. 76). Kontekst waży na tym, co się czyta, a jeszcze bardziej na tym, co się tworzy.

Jeśli ktoś już przejdzie przez historię przepisu, czeka go drugi stopień wtajemniczenia: poznanie historii okoliczności, w jakich przepis pierwotny się narodził. „Zespół warunków historycznych istniejący w danym okresie, stanowi stan faktyczny” (Stanisław Mackiewicz Cat, „Herezje i prawdy”, Instytut Wydawniczy PAX, 1975 r., s. 17). Jego nieznajomość powoduje, że człowiekowi wykładającemu przepis tylko się wydaje, o co chodziło racjonalnemu ustawodawcy, bo przymierza go do aktualnego ustawodawcy, a nie ówczesnego. I tu popełnia się w wykładni podwójny błąd: nie uwzględniając wykładni historycznej oraz opierając się nie na prawdzie, ale na „prawdości” na temat historii. Słówko „truthness” wymyślił Stephen Colbert w czasie programu satyrycznego „The Colbert Report”, tłumacząc, że chodzi o prawdę, która wynika z wewnętrznych przekonań, a nie książek. Chodzi o prawdę wykreowaną (zazwyczaj przez polityków i media), życzeniową, która z rzeczywistą, udowodnioną prawdą ma niewiele wspólnego (por. G. Keller, J. Papasan, „Jedna rzecz”, op. cit. s. 29).

To było o kontekście historycznym i systemowym, a teraz o kontekście wiedzy. Weźmy przykład. Pierwsza wersja nowelizacji kodeksu postępowania administracyjnego przedstawiona do konsultacji wprowadza instytucję umowy administracyjnej, która polega na załatwieniu sprawy poprzez umowę organu prowadzącego sprawę i strony postępowania. „Umowa administracyjna może polegać na wzajemnych ustępstwach co do ustaleń stanu faktycznego lub prawnego...” – dobrze chociaż, że ustawodawca in spe dodaje: „...jeśli dokonanie tych ustaleń w postępowaniu wyjaśniającym okazało się niemożliwe lub wiązałoby się z nadmiernymi trudnościami lub kosztami”, choć to zastrzeżenie i tak jest listkiem figowym, który, z natury rzeczy, nie zasłoni strasznej gęby bazyliszka. Popatrzmy: przedmiotem „ustępstw” między organem (!) i stroną (!!) miałby być stan faktyczny. Czyli usankcjonowanie tworzenia matrixów. Alternatywnych rzeczywistości. Zresztą osobno, jak rozumiem, dla każdej umowy. Chyba, że raz ustalony stan faktyczny obowiązywałby w innych umowach dotyczących tego samego stanu faktycznego? Zostawmy to „s.f. dla szarych Kowalskich”. Lepsze jest „s.f. dla Kowalskich prawników”. Bo czymże innym byłoby „ustalanie”, na zasadzie wzajemnych ustępstw, stanu prawnego...? Czy ten przepis jest jak sen wariata?

Jako przepis – tak. Natomiast jako metoda umawiania się, wcale nie. Ten fragment mógł być pisany nie przez prawnika, nie przez praktyka urzędnika, lecz przez negocjatora. W negocjacjach jest naturalne, że strony postanawiają: „nie wracamy do historii, nie kłócimy się o przeszłość, ustalamy zasady gry na przyszłość”. Nawet ze stanem prawnym w negocjacjach daje się coś zrobić, o ile przepisy są dyspozytywne, a nie imperatywne. Jednak zasady negocjacji biznesowych czy prawnych są nie do przełożenia na umowy urzędowo-stronowe. Nawiasem mówiąc dotychczas było takim umowom bliżej do czynu karalnego, niż procedury administracyjnej. Zanuciłoby się temu projektowi piosenkę Lady Pank: „Zostawcie Titanica, tam zawsze gra muzyka”.

Na marginesie: nie rozumiem, po co ruszać ten kodeks. Po pierwsze, jest dobry. Po drugie, zmieniając go, ustawodawca będzie musiał się napracować jak zawodowy kłamca, żeby spróbować przewidzieć wszystkie skutki prawne proponowanych zmian.

Po co się kłamie, to wiadomo. A po co się zmienia ustawę?


Pozostało jeszcze 54% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 89,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

SzukajDodaj kancelarię

Polecane

Reklama