Regulacja ta bezpośrednio dotykała budżetów takich instytucji, jak m.in. sądy powszechne, Naczelny Sąd Administracyjny, a nawet sam trybunał. Zaskarżył ją rzecznik praw obywatelskich. We wniosku padały różne argumenty m.in. że organy, którym pieniądze zabrano, mają autonomię budżetową. Jak wskazywał rzecznik, Rada Ministrów, z inicjatywy której uchwalane były corocznie, począwszy od 2011 r., kolejne ustawy okołobudżetowe, autotomię tę narusza. RPO wspominał też, że przy ograniczonych środkach trudno będzie tym instytucjom wypełniać powierzone im obowiązki, w tym strzec praw i wolności obywatelskich, czy też sprawować wymiar sprawiedliwości.

TK jednak sprawą się nie zajął. Nie zajął, bo nie zdążył. Akt utracił bowiem moc obowiązującą. Ustawa okołobudżetowa modyfikująca budżet na 2015 r. nie może mieć przecież zastosowania w roku 2016. I trudno polemizować z tą logiką trybunalską. Pytanie tylko, dlaczego TK dopiero w tym roku sprawą się zajął? Nie mógł tego zrobić, gdy budzące wątpliwości przepisy jeszcze obowiązywały? RPO zwrócił się do sądu konstytucyjnego w tej sprawie dokładnie 22 lipca 2015 r. Trybunał miał pięć miesięcy, aby wniosek rozpoznać. Czy to mało? Pewnie uznałabym, że tak, gdyby nie wydarzenia ostatnich miesięcy. Trybunał bowiem pokazał, że umie działać szybko, wręcz ekspresowo. Ile czasu minęło od wniesienia przez posłów wniosku o zbadanie najnowszej ustawy o TK do ogłoszenia wyroku przez trybunał? Dziewięć dni!

Ale to nie pierwszy raz, gdy trybunał przymyka oko na to, co rząd robi z pieniędzmi podatników. Tak było przy wniosku grupy posłów, aby TK zbadał, czy rząd miał prawo łatać dziurę budżetową pieniędzmi zgromadzonymi w depozytach sądowych – a więc należącymi de facto do obywateli. I tutaj argumentem dla zamknięcia tematu była utrata mocy obowiązującej zakwestionowanego przepisu. Bo rzeczywiście – miał on charakter czasowy. Nowelizacja ustawy o finansach publicznych (Dz.U. z 2014 r. poz. 1626) przewidywała, że minister finansów tylko w 2015 r. zyska prawo do czasowego zarządzania środkami z depozytów sądowych w celu sfinansowania potrzeb pożyczkowych budżetu. Nowela weszła w życie 1 stycznia 2015 r., a posłowie Sprawiedliwej Polski złożyli wniosek do TK już 5 stycznia. Jednak blisko rok nie wystarczył, by usłyszeć wyrok sądu konstytucyjnego. Podobnie było z wnioskami dotyczącymi zamrożenia płac w sądownictwie: brak waloryzacji był wprowadzany co roku, w kolejnych ustawach okołobudżetowych. Kiedy trybunał wreszcie się nad nimi pochylał, ustawy już nie obowiązywały.

Co gorsza, taktyka umarzania spraw odnoszących się do rozdziału władzy sądowniczej od pozostałych dwóch (art. 173 konstytucji: „Sądy i trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”) dotyczy nie tylko kwestii fiskalnych. Wystarczy wspomnieć, jak TK umył ręce od oceny tzw. reformy Gowina. Pretekstem było to, że zanim zdążył się nad sprawą pochylić, przywrócono już niemal wszystkie zniesione sądy.

Jaki więc wniosek płynie z przeglądu tych umorzeń? Ano taki, że rząd może praktycznie dowolnie manipulować budżetem wymiaru sprawiedliwości. Nikt bowiem oprócz TK nie może mu pogrozić za to palcem. Rządzący mogą więc kolejne umorzenia uznać za ciche przyzwolenie na swoje działania.

Czy jednak trybunał działałby podobnie, gdyby to obecny rząd postanowił ratować budżet, przekazując pieniądze obywateli zgromadzone w depozytach sądowych do dyspozycji ministrowi finansów? Albo zlikwidował 1/3 sądów rejonowych w Polsce? Pytanie musi pozostać otwarte.

W sobotę ma się odbyć bezprecedensowy, nadzwyczajny kongres sędziów. Jednym z tematów ma być oczywiście to, co dzieje się wokół TK. I dobrze, że sędziowie powszechni nie pozostają obojętni na próby łamania autonomii sądu konstytucyjnego. Szkoda tylko, że ich troska pozostaje nieodwzajemniona.