statystyki

Procedura sądowa jest pracochłonna, nieracjonalna, czasami absurdalna. Terapia szokowa musi nadejść

autor: Paweł Dobrowolski15.05.2016, 09:00; Aktualizacja: 15.05.2016, 14:33
sędzia

Nic nie łączy środowiska sędziowskiego silniej niż propozycja jawności ich orzeczeń majątkowych. Czyli opór wobec tego, co najtrudniej upolitycznić. To również zmiana, na którą sędziowie po prostu przez lata zapracowali. Nie ma drugiej grupy, która tak niemrawo i tak pobłażliwie reagowałaby na łamanie prawa i obyczaju przez swoich przedstawicieli.źródło: ShutterStock

Szukanie odpowiedzi na pytanie, jak znaleźć równowagę między niezależnością sędziów a ich rozliczalnością, nie jest końcem demokracji. Łaciński dylemat: kto będzie pilnować samych strażników, jest aktualny w każdej epoce. Polskie sądy wymagają naprawy. Jedni się jej boją, drudzy wyczekują.

Reklama


Reklama


Po stronie wyczekujących jest większość wyborców, którzy wraz z krzepnięciem wolnego rynku i demokracji oczekują większej rozliczalności władzy. Mało lub zupełnie niewydajne sądy – gdzie organizacja pracy odstaje od standardów, do których przyzwyczaiły nas prywatne firmy – po prostu rażą. Wyniosłe chowanie się sędziów przed oceną obywateli – za korporacyjną solidarnością, Krajową Radą Sądownictwa (KRS), za hiperformalizmem procedowania i intepretowania prawa – to działanie rodem z PRL.

Naprawy wyczekuje też część środowiska sędziowskiego. Głównie z sądów niższych instancji. Przede wszystkim rejonowych, wykonujących większość orzekania w Polsce. Ci kolegów z wyższych instancji z przekąsem zwą sędziami pałacowymi. Przezwisko to wywodzą od lepszych warunków pracy, wyższych zarobków. Czy też może – jak chcą niektórzy – od kompromisów, na które musieli pójść z pałacami władzy, by awansować.

Przed planowaną przez PiS reformą wymiaru sprawiedliwości pozostają pytania: na ile głębokie powinny być zmiany? Czy należy „zaorać”, czy spokojnie, małymi krokami zmieniać? W końcu czy przeprowadzenie tej największej po pakiecie Balcerowicza reformy jest w ogóle możliwe?

Diagnoza

Fakty w dyskusji są czytelne: wydajemy na sądy dużą część naszego PKB, zatrudniamy wielu sędziów i personelu pomocniczego, sędziowie zarabiają dobrze jak na biedne społeczeństwo, którym jesteśmy. Mimo to mamy złą opinię o sądach. W odróżnieniu od np. Amerykanów, którzy martwią się, że pozytywne oceny sądownictwa – mierzone przez Instytut Gallupa – spadły im do pięćdziesięciu kilku procent, w Polsce od dwóch dekad pozytywną ocenę sądownictwa ma zaledwie – według CBOS – dwadzieścia kilka, w porywach do trzydziestu procent Polaków. Od tej reguły był jeden tylko wyjątek, gdy w latach 2005–2007, za poprzednich rządów PiS, pozytywna ocena sądów skoczyła na krótką chwilę do czterdziestu paru procent.

Prywatnie sędziowie mogą sobie szydzić z braku zrozumienia zwykłych ludzi, dla ich pracy i zawiłości prawa. Mogą odrzucać miarodajność sondaży. Ale w demokracji ostatnią instancją obrony każdej z trójpodzielonych władz jest wsparcie obywateli.

Jednak w odróżnieniu od zwykłych obywateli, elity nie widzą potrzeby zmian w sądach lub widzą ją inaczej. Pierwsza prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej twierdziła, że „zły obraz sądownictwa buduje się na jednostkowych przypadkach złego, wadliwego czy też opieszałego działania sędziów czy sądów, a przecież sądy powszechne ferują 13 mln orzeczeń rocznie”. Ciekawe, dlaczego w USA pozytywny obraz sądów ma dwa razy więcej obywateli niż w Polsce?

Podobnie widzi sądy Ewa Siedlecka z „Gazety Wyborczej”, która twierdzi, że wydajemy na nie zbyt mało. By udowodnić to twierdzenie, przytacza dane o nakładach na sądownictwo na głowę obywatela wyrażone w euro. No cóż, w porównaniu z Zachodem, jeśli przedstawić jakiekolwiek dane w unijnej walucie – czy to zarobki, czy to, ile płacimy w podatkach, czy wydajemy na jedzenie lub bilety do kina – wypadamy blado.

Jeśli jednak chce się porównać miarodajnie, a nie manipulować, to porównać należy wydatki w przeliczeniu na dochód narodowy na głowę. Taka miara pozwala porównać nakłady na sądy w poszczególnych państwach przy uwzględnieniu zarówno liczby obywateli, jak i ich zamożności. Wedle tej miary Polska jest rekordzistą w nakładach na sądy. Ze wszystkich 34 państw należących do Rady Europy (dla których dostępne są dane) mamy piąte najwyższe nakłady na sądy w przeliczeniu na PKB na głowę jednego obywatela. Gdy odjąć małe państwa, gdzie jest mniej niż 5 mln obywateli, tj. Bośnię i Hercegowinę, Słowenię, Macedonię i Chorwację, jesteśmy państwem, które najwięcej wydaje na sądy. Podobnie z liczbą sędziów na głowę obywatela. Jesteśmy mocarstwem z ponad 26 sędziami na 100 tys. obywateli. Nie mogą się do nas równać Anglia z ich 3,6 sędziego, Dania z 6,6 czy Norwegia z 11 sędziami. Co prawda biją nas Monako, które przy 36 tys. obywateli ma 37 sędziów, czy Andora z jej 76 tys. obywatelami i 24 sędziami oraz Islandia, która przy 321 tys. obywatelach ma 55 sędziów. Ale tak już jest, że małe państwa w przeliczeniu na głowę wydają dużo i zatrudniają wielu sędziów, bo jest pewien minimalny koszt stały, który trzeba ponieść bez względu na rozmiar państwa.

Sędziowie twierdzą, że zarabiają mało. Dane mówią co innego. Polski sędzia na początku kariery zarabia 2,1 średniej krajowej. Dla porównania początkujący niemiecki – 0,9 średniej, francuski 1,1, a szwedzki 1,3. Oczywiście mogą chcieć porównywać się do odpowiedników brytyjskich (na początku kariery zarabiają 3,6 średniej), jednak powinni pamiętać, że w systemie angloamerykańskim sędzią staje się po wieloletniej karierze prawnika, a sędziów na 100 tys. Anglików jest zaledwie 3,6, podczas gdy u nas jest ich ponad 26.

Polska procedura sądowa jest zbyt pracochłonna, nieracjonalna, a momentami wręcz absurdalna. Polscy sędziowie wykonują dużo ciężkiej i nikomu niepotrzebnej pracy. Bezpośrednie porównania międzynarodowe są trudne, bo to, co stanowi sprawę wedle prawa i statystyki, znacznie się różni między państwami. Nie mamy więc twardych liczb. Nie wnikając w zawiłości i pracochłonność polskiej procedury karnej czy cywilnej, widać, że nawet błahe sprawy wymagają u nas kilku rozpraw, prowadzonych w odstępie kilku tygodni lub nawet miesięcy. Sędzia, który często prowadzi ponad sto spraw, zajmuje się każdą z nich raz na kilka tygodni. Spróbuj, czytelniku, w ten sposób wykonywać swoje obowiązki. Pomyśl, jakie plony miałby ogrodnik obrabiający sto ogrodów i do każdego zaglądający raz na miesiąc lub trzy. Albo student, który uczy się równocześnie do stu egzaminów, a do każdego konkretnego raz na miesiąc. Jest wręcz cudem, że przy takiej procedurze mamy tak (relatywnie) szybkie i dobre orzeczenia. Ale niestety anegdota o tym, że Bernard Madoff – oszust na ogromną skalę, który w USA po 4-dniowym procesie został skazany na sto lat więzienia – gdyby trafił do nas, byłby sądzony sto lat i skazany na cztery dni, ma swoje źródło w rzeczywistości i odzwierciedla opinię Polaków o naszych sądach.

Objawy

Z ostatnich dni: słyszeliśmy o konieczności powtórzenia sprawy zabójstwa generała Marka Papały. Bo zachorował ławnik. W sprawie Amber Gold widzimy cyrk z tysiącami świadków i ciężarówkami akt, gdy kilku poszkodowanych wystarczy do skazania na maksymalny wymiar kary. Ty i ja, czytelniku, zastanawiamy się, czy ławnik zachorował, czy „zachorował”, oraz płacimy za te niepotrzebne ciężarówki akt. Sędziowie twierdzą, zgodnie z prawdą, że to nie oni uchwalili takie prawo. Ale też nic nie zrobili, by je zmienić. Gdy trzeba upominać się o swoje zarobki, potrafią ogłosić „dzień bez wokandy”. Lecz gdy trzeba naprawić chory sposób procedowania w sądach, poza nielicznymi przypadkami – jak sędzia Łukasz Piebiak, obecny wiceminister sprawiedliwości – znikają i się nie odzywają.

Problemem jest też kognicja sądów, to jest otwartość na liczbę spraw rozsądzanych, która jest zbyt szeroka. Każda sprawa, nawet taka o obsikany mur, ma prawo do wieloinstancyjnego rozsądzenia. U zarania polskiej transformacji nasze najwyższe autorytety prawne, które znały teorię prawa, ale nie miały pojęcia o praktyce orzekania (a zwłaszcza nie miały pojęcia o praktyce orzekania za granicą), wymyśliły pracochłonny system z szeroką kognicją w oparciu o swoje teoretyczne wyobrażenia o demokracji. Potem jeszcze zlikwidowano kolegia ds. wykroczeń, bo nie były sądami czy jakoś tak, i teraz pełnoprawni sędziowie zajmują się w ramach pełnej procedury nawet najbardziej błahymi sporami. Tego nie ma nawet w najbogatszych państwach.

Ale widocznie stać nas, skoro sędziowie, czyli drogi i wyspecjalizowany zasób do rozstrzygania sporów, zajmują się u nas czynnościami administracyjnymi. Choćby takimi, jak: rejestrowanie spółek, prowadzenie ksiąg wieczystych, rejestru dłużników niewypłacalnych czy rejestru zastawów. Sędziowie też muszą orzekać w sprawach, gdzie nie ma sporu. Takich jak spadki bez konfliktów czy rozwody za obopólną zgodą. Dorośli ludzie, którzy się rozwodzą, mogliby za obopólną zgodą pójść do notariusza. Konieczna jest jednak rozprawa sądowa. Ale kto zabroni bogato żyć?

Leczenie

Demokracja się nie skończy, jeśli sprawa mandatu za obsikany mur czy ulicznej bójki wyrostków zakończy się w pierwszej instancji, w uproszczonym i przyspieszonym postępowaniu, a możliwość skorzystania z drugiej instancji będzie obwarowana wysokimi barierami formalnymi oraz ryzykiem poniesienia wysokich kosztów w wypadku przegranej apelacji.

Nie skończy się również, gdy zmieni się system awansu sędziów, który jest nieustającym źródłem patologii. Awans do sądu wyższej instancji osiąga się przez administracyjną funkcję, brak kontrowersyjnych orzeczeń oraz wysoki wskaźnik rozstrzygania spraw. By awansować, trzeba nie podpaść innym sędziom i trzymać linię orzeczniczą taką jak ci z sądów wyższej instancji. Najlepszy sposób wyrokowania dla szukających awansu to szybkie klepanie orzeczeń, do którego nie można się przyczepić. Ten warunek najlepiej spełnia rozstrzyganie w oparciu głównie o kryteria formalne, gdy np. strona nie dochowała terminu lub zabrakło jakiegoś papierka. Dociekanie tego, co jest sprawiedliwe, oraz silenie się na linię orzekania inną niż sędziowie wyższej instancji jest wysoce ryzykowne dla kariery.

Nadmierny formalizm – tj. orzekanie na podstawie drugorzędnych kryteriów formalnych, a unikanie wyważania sprzecznych interesów oraz zwykłej logiki – ma głębsze korzenie niż tylko chęć tworzenia bezbarwnych uzasadnień wyroków, których nie skrytykują inni sędziowie. Formalistyczna kultura prawna jest typowa dla państw byłego bloku socjalistycznego. Sprowadzenie sędziów do roli bezwolnych automatów stosujących ustaloną przez partię literę prawa było konsekwencją stalinowskiego przejęcia władzy. Ale z czasem stało się bezpieczne i wygodne dla samych sędziów. Oparcie się na lingwistycznej logice, a ignorowanie czynników społeczno-politycznych, udawanie, że orzekanie jest jedynie stosowaniem, a nie tworzeniem prawa, jest bezpieczne również w III RP. Chowanie się za rzekomym poszukiwaniem tej jedynej słusznej interpretacji (oczywiście językowej), głoszonej z pozycji jedynego uprawnionego autorytetu, w oparciu o suche fakty i literę prawa, to ponoć zwykła operacja logiczna. Operacja logiczna, która w trudniejszych sprawach, gdzie litera prawa nie daje łatwych odpowiedzi, pozwala na dowolność interpretacji, ale dowolność maskowaną bełkotem udającym szukanie prawdziwego znaczenia litery prawa.

Na Zachodzie, gdzie panuje bardziej przejrzysty i pragmatyczny styl orzekania, w orzeczeniu można otwarcie wyważyć sprzeczne interesy i wartości. Tam, nawet gdy nie obowiązuje precedens, sędziowie czują się zobowiązani wyjaśnić, dlaczego orzekają inaczej niż inni sędziowie w podobnych sprawach. Bo wiedzą i są tak szkoleni, że uzasadnienie wyroku musi nie tylko spodobać się innym sędziom, lecz także być zrozumiałe i akceptowalne dla obywatela. Ale u nas formalizm – najpierw narzucony przez komunistów, a później będący obroną przed interwencją PZPR w orzekanie – skutkuje tym, że przeciętny sędzia najchętniej rozstrzyga sprawę w oparciu o to, że któraś ze stron ma braki w papierach, a nie o meritum.

Władza sądownicza jest w Polsce władzą nierozliczalną przez obywateli. A to gwarantuje wypaczenie instytucji rady sądownictwa. Krajowa Rada Sądownictwa to zwiększenie niezależności sędziów kosztem rozliczalności właśnie. Rady sądownictwa są charakterystyczne dla państw o krótkiej historii demokracji. Powstawały zazwyczaj po przywróceniu demokracji w Europie łacińskiej i Ameryce Południowej. Ich celem jest zarządzanie i organizacja sądów w sposób wolny od zewnętrznych nacisków. Osiąga się to, oddając radom kontrolę nad organizacją sądów i awansem sędziów oraz zapełniając je w mniejszym lub większym stopniu sędziami. Rady te mogą funkcjonować gorzej lub lepiej – w zależności od przyjętych rozwiązań instytucjonalnych. Nasza należy do tych pierwszych. KRS to korporacja sędziów z nadreprezentacją tych z wyższych instancji i funkcyjnych. Nie podlega też zewnętrznej kontroli.

Krajowa Rada Sądownictwa została zdominowana przez sędziów. Stanowią oni co najmniej dwie trzecie jej składu, podczas gdy w Europie normą jest około połowy, a na przykład w Conseil Superieur de la Magistrature, czyli francuskiej radzie sądownictwa – stanowią mniejszość.

Pomiędzy KRS a Ministerstwem Sprawiedliwości ginie odpowiedzialność za organizację pracy sądów. Radzie powierzono kariery sędziów, ale pominięto organizację pracy sądów i zarządzanie nimi. To z kolei przypisane jest Ministerstwu Sprawiedliwości, które ze względu na niezależność sędziów ma niewielki wpływ na sądy. W części przypisana jest również sędziom, którzy nie znają się na organizacji pracy i zarządzaniu – a nawet nie uważają tego zadania za część swoich obowiązków. Jedną z głównych przyczyn braku naprawy sądownictwa w ostatnich trzech dekadach jest ukonstytuowanie KRS jako udzielnego księstwa reprezentującego interesy wierchuszki sędziowskiej, a pozbawionego realnej odpowiedzialności za stan sądownictwa.

Kosmetyka kontra rewolucja

Tak liczne problemy i tak niska ocena sędziów wśród obywateli budzą oczekiwanie naprawy. Jest naturalne, że politycy chcą mu sprostać. Platforma idzie w retorykę. PiS próbuje głębszych zmian. Jak dotąd nie wiemy jakich. Bo nie znamy ani projektów ustaw, ani nawet ich głównych założeń. Ale niektórzy profesorowie, część sędziów – zwłaszcza tych z sądów wyższych instancji, oraz niektóre media już tę zmianę krytykują. Miarodajna dyskusja o projekcie będzie możliwa dopiero po złożeniu projektów do Sejmu. Ale miarodajne już jest to, że samo widmo reformy wywołuje tak żywą i głośną dyskusję. Co tak niepokoi?

Przede wszystkim, ponoć rozważane spłaszczenie struktury sądów i sędziowskich hierarchii. Obecna struktura jest hierarchiczna i stroma (rejon, okręg, apelacja) oraz co do zasady działa w jedną stronę (raz nominowany na sędziego wyższego sądu przestaje orzekać w niższym). Z przejściem na wyższy szczebel wiążą się wyższe zarobki, wyższy prestiż, mniejsze obciążenie, możliwość wpływania na kariery sędziów niższych sądów itp. Jednak polskie społeczeństwo powoli odchodzi od hierarchicznego, elitarnego modelu organizacji. Usiłujemy pracować zespołem, a nie czekać na dyrektywy od szefa i szefa naszego szefa. Ta zmiana społeczna wcześniej czy później dotknie sądy.

Możliwe są różne modele kariery sędziego. Orzekanie całe życie w sądzie, w którym dana osoba zaczęła swoją pracę, nie jest niczym złym. W wielu państwach to standard. Podobnie sędzia orzekający raz w sądzie wyższym, a kiedy indziej w niższym. To nic złego. Ważniejsze dla jego niezależności jest to, czy jego zarobki mają zależeć od sądu, w którym orzeka, czy od lat orzekania. Cel i efekt spłaszczenia – w zależności od intencji ustawodawcy – może być różny. Na przykład spłaszczenie struktury sądów może oznaczać powstanie dużych sądów wyższej instancji obejmujących większy obszar, co m.in. pozwoli ministerstwu na alokowanie sędziów tam, gdzie jest więcej pracy. Na razie nie wiemy, co i jak zostanie zrobione, ale to, że najgłośniej krzyczą przeciw sędziowie pałacowi, autorytety i media reprezentujące wyższą klas średnią, jest symptomatyczne.

Kolejna rozważana ponoć zmiana (zaznaczmy „ponoć”, bo założenia reformy jeszcze nie ma) to zmniejszenie władzy korporacji sędziowskiej nad obsadzaniem stanowisk. Najpewniej chodzi o zmniejszenie uprawnień KRS i przywilejów korporacji sędziowskiej do awansowania kolegów. To pożyteczna zmiana. W demokracji żadna władza nie może sama siebie rozliczać. Jej trójpodział uniemożliwia tyranię. W wypadku konfliktu żadna władza nie jest w stanie podjąć działań bez współpracy z innymi jej częściami. Władza sądowa pozbawiona jest sakiewki i miecza. Nie ma ani własnych niezależnych źródeł finansowania, ani własnej siły zbrojnej. By działać, potrzebuje współdziałania innych władz lub/i pozyskania poparcia obywateli. Ten mechanizm daje ludziom szansę kontroli. Polski model: sędziów kontrolujących samych siebie, ogranicza naszą możliwość rozliczania władzy sędziowskiej.

Trwające obecnie poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak wyważyć niezależność sędziów i ich rozliczalność, nie jest końcem demokracji. Pytanie, kto będzie pilnował samych strażników, zawsze jest aktualne w demokracji i w każdej epoce. W USA trzy czwarte sędziów pochodzi z wyboru powszechnego. Normalni ludzie głosują i wybierają sędziego Smitha albo sędziego Novaka. Rozwiązanie to ma źródła w XIX wieku, gdy sędziowie amerykańscy byli mocno skorumpowani, a wybór powszechny był antidotum na tę przypadłość. W XXI wieku, gdy Amerykanie są znacznie mniej skorumpowanym społeczeństwem, maleją korzyści z powszechnego wyboru sędziów, a uwypuklają się negatywy.

Dziś Polska cierpi na deficyt demokracji. Tej prawdziwej. Rozumianej jako sprawczość obywateli. Cierpi również na nadmiar korporacyjności. Zwiększenie kontroli nad sędziami będzie pożyteczne. Oczywiście każda zmiana organizacyjna daje możliwość nagrodzenia „prawomyślnych” i ukarania nielojalnych oraz tych, którzy podpadli. Jeśli jednak miałby być to argument przeciw, żadna reforma – nie tylko w wymiarze sprawiedliwości – nie mogłaby mieć miejsca.

Inną zmianą, która rozpala środowisko – i już raz została odrzucona przez Trybunał Konstytucyjny – jest zwiększenie w KRS reprezentacji sędziów rejonowych, a zmniejszenie prezesów sądów oraz sędziów wyższych sądów. Czyli zmiana balansu i osłabienie środowisk pałacowych. Odfolwarcznienie składu KRS będzie pożyteczne. Z racji sprawowania wysokich funkcji czy zasiadania w wyższych sądach nikt nie staje się lepszy czy mądrzejszy. A zważywszy, że większość to sędziowie sądów rejonowych, warto dać im większy głos w sprawach, które ich bezpośrednio dotyczą.

Jest jeszcze jedna zmiana, która już została publicznie zapowiedziana: jawność oświadczeń majątkowych. Nic nie łączy środowiska sędziowskiego bardziej niż propozycja jawności ich orzeczeń majątkowych. Czyli opór wobec pomysłu, który najtrudniej upolitycznić. To również zmiana, na którą sędziowie przez lata sami zapracowali, gdy niemrawo lub pobłażliwie reagowali na łamanie prawa i obyczaju przez kolegów po fachu.

Starsi czytelnicy pamiętają sędziego Czajkę, którego dekada nadużyć przy upadłościach skończyła się tym, że sam zrezygnował z zawodu. Przypomnijmy: sam zrezygnował. Środowisko nie oczyściło się z niego. Jedyna retorsja ze strony korporacji to podtrzymanie przez sąd decyzji korporacji radcowskiej, która odmówiła przyjęcia go w swój poczet za brak nieskazitelnego charakteru.

Młodsi czytelnicy mogą znać z kolei sędziego Milewskiego, prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku, który przez telefon ustalał terminy rozprawy dogodne dla rządu z osobą podającą się za urzędnika. Pamiętają też jego zapewnienia o wydelegowaniu do sprawy zaufanych ludzi. Karą było przeniesienie do pracy w innym sądzie.

Każdy taki przypadek – tolerowany zbyt długo i karany zbyt pobłażliwie – gromadzi kapitał oburzenia. W efekcie pracowici i uczciwi sędziowie są oceniani przez ich pryzmat. Chęć rewanżu skupia się na nich. Nie potrafiliście się pozbyć Czajki, dostaniecie jawność orzeczeń majątkowych. Obywatele za wami się nie ujmą. W ostatniej instancji demokracji każda władza dostaje tyle ochrony przed innymi władzami, ile obywatele są gotowi jej udzielić.

Przy okazji może w końcu się dowiemy, ilu sędziów dorabia. Owszem, w biednym społeczeństwie, gdzie zarobki sędziów w największych miastach nie są rewelacją, bardziej ambitni i wyposażeni w wiedzę sędziowie dorabiają, wykładając na uczelniach czy różnych kursach. Ale regularne dorabianie poza sądem to patologia.

Ryzyka

Wbrew zgłaszanym obawom elitarystów potrzebnej, czyli głębokiej, reformy nie będzie. O zmianach się mówi od trzech dekad. Zmieniają się ministrowie. Ale zmian systemu nie ma. W latach 1989–2016 ponad 30 osób sprawowało funkcję szefa resortu sprawiedliwości. Jedynie Jarosław Gowin usiłował zrobić większą reformę. To, co mu się udało, jest właśnie cofane. Władza wykonawcza ani nie ma wiedzy, ani nie opłaca jej się robić reform sądownictwa. To skomplikowana materia. Techniczna. Gdzie większość ekspertów ma własne interesy, a naprawa da owoce po kilku latach. Tej reformy nie da się zdyskontować w najbliższych wyborach.

Obstawiam, że za dekadę w polskich sądach nadal będzie królował formalizm. Model awansu będzie źródłem patologii, a władza sędziowska sama siebie będzie „rozliczać”.

Polecany produkt: Jak dostać za darmo pomoc prawną >>>

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

Reklama

  • Abbo(2016-05-15 10:44) Odpowiedz 4918

    A w artykule stare kłamstwa o tym, ze w Polsce sędziów jest więcej niż w innych krajach i dużo też zarabiają. Prostowano to tyle razy że aż szkoda strzępić klawiatury. Po pierwsze Anglia czy może raczej Wielka Brytania może i ma 3,6 sędziego na 100.000 obywatel ale oprócz tego ma jeszcze dziesiątki tysięcy sędziów pokoju, którzy w zasadzie jeszcze od czasów Henryka VIII funkcjonują jako lokalne organy sądownicze rozsądzające 95% spraw. Ciekawy jestem dlaczego pan autor nie porównał liczby sędziów na 100.000 mieszkańców do takich krajów jak Francja, Niemcy, Włochy, tylko przeszedł od razu od Anglii do Andorry. Czyżby nie pasowało to do tezy? Po drugie jeśli chodzi o zarobki sędziów uczciwie byłoby porównać je nie do Niemiec, Francji i Szwecji, a do innych krajw postkomunistycznych o podobnych gospodarkach i poziomie życia - czyli do Czech, Bułgarii, Rumunii, Litwy. Wtedy jednak okazałoby się, że sędziowie polscy zarabiają mało, i nie pasowałoby to do tezy Po trzecie. "W USA trzy czwarte sędziów pochodzi z wyboru powszechnego"? Serio? Ciekawy jestem skąd te dane, bo proste sprawdzenie prowadzi do wniosku, że wybory sędziów funkcjonują tylko w części stanów, i to zazwyczaj nie na wszystkich szczeblach sądownictwa. Poza tym słychać głosy, iż taka metoda prowadzi do upartyjnieia sędziów, którzy dostosowują wyroki do oczekiwań nie społeczeństwa, lecz promotorów finansujących ich kampanię wyborczą Po czwarte. Sprawa Madoffa. Madoff nie miał procesu. On przyznał się do winy, co w amerykańskim systemie oznacza, że proces jest niepotrzebny i przechodzimy od razu do wyrokowania. Porównywanie tego do procesu Amber Gold, gdzie oskarzeni do winy się nie przyznają jest manipulacją. A twierdzenia, że sędziowie nic nie robią, żeby zmienić system są po prostu obraźliwe. Bo większość ostatnio wprowadzonych zmian była opracowana i promowana właśnie przez sędziów. Tylko takich, którzy nie lansują się w mediach.

  • adwokat(2016-05-15 09:59) Odpowiedz 369

    Przykład pierwszy z brzegu: prosty pozew "kupił, odebrał, nie zapłacił" zajmował pół kartki - teraz formularz czterostronicowy A-4 z setką rubryk do wypełnienia. Postępowanie nazywa się dla żartu "uproszczone"...

  • cgndn(2016-05-15 12:30) Odpowiedz 264

    ilość sędziów w danym kraju winno się odnosić do ilości spraw w sądzie, a nie mieszkańców, wtedy szybko się okaże że te 26/100000 to i tak mało.

  • prowincjonalny mecenas (2016-05-15 19:03) Odpowiedz 2610

    Adwokaci na korytarzach wymieniają się uwagami o sędziach w stylu "ten jest dobry bo akta czyta". To jest już dowód na kompletna patologię tego systemu.

  • sasanka(2016-05-15 16:25) Odpowiedz 2628

    Bardzo dobry artykuł. Bardzo. Rzeczowy, konkretny i w mojej ocenie obiektywny. Ze stanowiskiem zaprezentowanym przez Autora trudno się nie zgodzić. Gratuluję.

    Pokaż odpowiedzi (2)
  • qwerty(2016-05-15 23:00) Odpowiedz 2410

    Polski wymiar sprawiedliwości to zwykłe oszustwo, które kryje się za murami sądów, prokuratur, za togami, łańcuchami sędziowskimi, autorytetem wielkich prawników, itp. To jedna wielka wydmuszka, pusta w środku. Przychodzi obrońca na sprawę i nie wie o co klient oskarżony, nie zna sprawy. Przychodzi prokurator i pyta sędziego albo obrońcę o co chodzi w sprawie bo nie zna sprawy, bo nie wziął akt z prokuratury, bo jest z łapanki, bo szef mu kazał tu przyjść, itp. Pomijam już fakt, że część prokuratorów siedzi na sali i coś sobie czyta, rysuje, przysypia albo przynosi akta z prokuratury i piszą zarządzenia dla policjantów lub inne deyzje procesowe - pytanie za 100 punktów, po co prokurator przychodzi na salę rozpraw, skoro nie interesuje go rozprawa bo w tym czasie robi sobie coś innego? Co ciekawe prokurator na sali rozpraw nie może nawet podjąć decyzji co do wymiaru kary bez konsultacji z przełożonym - innymi słowy, każdy prokurator liniowy obecny w sądzie, jest tylko pełnomocnikiem swojego szefa, bez prawa głosu. Równie dobrze szef prokuratury mógłby przysyłać do sądu swoje stanowisko na piśmie, bez fatygowania prokuratorów. Teraz po likwidacji procesu kntradyktoryjnego, prokuratorzy znów nic nie muszą robić. Z czytaniem akt w sądzie też problem - większość sędziów czyta ale nie wszyscy. W razie nie czytania wyrok to loteria - albo ktoś będzie miał szczęście albo nie. No i jak sędzia nie lubi czytać, to się sprawę odracza w nieskończoność, byleby nie czytać i odsunąć od siebie konieczność pisania uzasadnienia - powody odroczeń to sprowadzanie po 4 razy karty karnej, po 3 razy wywiadu kuratora, itp., albo konieczność rozpoznania innych spraw z wokandy i tak przez rok albo dwa. Na usprawiedliwienie sędziów dodam, że niechęć do kończenia spraw i pisania uzasadnień wynika z uregulowań kodeksowych - w uzasadnieniu trzeba pisać tyle niepotrzebnych bzdur, bo tak wymaga kodeks i sąd II instancji, że nikt normalny tego nie wytrzymuje. Ale pensję taką samą dostaje i ten sędzia co czyta akta i ten co nie czyta. Zresztą problem nie tylko w sądach, bo już na uczelni się zaczyna - człowiek się uczy wielu niepotrzebnych przedmiotów, po to tylko by profesorowie teoretycy od spraw zbędnych mieli pracę, a w praktyce się okazuje że jedyne co potrzebne to karne i cywilne, materialne i procesowe. Wiele jeszcze można by pisać ale nie mam czasu bo piszę uzasadnienie. Czuwaj.

  • Joanna żakowska(2016-05-15 12:17) Odpowiedz 2329

    O mateńko ! O Autorze ! To jest napisane b. b. b. b. delikatnie ! Skala nadużyć , sprzeniewierzania środków publicznych , szkodliwości społeczne sędziów , prokuratorów itp . jest olbrzymia ! ! ! Jestem oskarżycielem posiłkowym . W sądzie wołomińskim twierdzono {sędzia , prokuratorzy , biegli }} , że oskarżona jest b. chora , m.in nie widzi, nie słyszy , nie orientuje się w czasie i przestrzeni... Nie przeszkadzało im, że przychodzi samodzielnie na rozprawy, widzi i słyszy.. Nie zgadzałam się z opinią biegłych , sędziego , prokuratorów... B. przeszłam dużo od nich upokorzenia... Po pięciu latach okazało się jednak , że oskarżona jest zdrowa jak byk... Gdzie moje zdrowie , pieniądze ? Kara dla sędziego , prokuratorów , biegłych ? Panie Autorze czy Pan wie jaki w sądach panuje bałagan-no i najgorsze-nie czytają akt sprawy ! Ustanowili sobie , że wyrok to ich widzimisie....

  • drekorter(2016-05-15 10:09) Odpowiedz 2222

    Polskie sądy , to paranoja, o usługach pełnomocników nie warto wspominać a tym bardziej o niedouczonych prorokach.

  • pytający43(2016-05-15 10:42) Odpowiedz 228

    to całe prawo to pic na wodę np. na studiach uczą się czegoś, nie zdążę wpisać, a już zmiany po studiach ich wiedza jest do kitu, no chyba, że teoretyczne podziały i regułki, ale kogo to w praktyce obchodzi ludzi na pewno nie! To jakby funkcje organów człowieka cały czas się zmieniały,, język obcy się zmieniał, historia się zmieniała, wzory chemiczne się zmieniały itp. jaki sens studiowania tego?

  • Abbo(2016-05-15 11:15) Odpowiedz 2113

    I jeszcze jedno. W Niemczech owe 0,9 średniej krajowej to 3.500 EUR. Może mi pan redaktor uwierzyć, że żaden sędzia w Polsce nie miałby nic przeciwko zarabianiu 3.500 EUR

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • blodbad(2016-05-15 12:58) Odpowiedz 187

    Artykuł byłby całkiem cenny, gdyby Autor postarał się dociec dlaczego to w Anglii mamy tak niską liczbę sędziów (per 100k mieszkańców), a w Polsce tak wysoką. Gdzie są różnice? Czy może w Anglii jest mniej pieniaczy? Czy może procedury są prostsze, albo ich brak? A może ktoś się gdzieś pomylił w obliczeniach? ;) Autor też zjada własny ogon: z jednej strony pisze, że żadna władza nie może się sama kontrolować i gloryfikuje trójpodział władzy, z drugiej stawia wręcz na prawotwórczą działalność sądów. Przed tyranią chroni m.in. to, że sędziowie powinni być niemal bezmyślnymi egzekutorami prawa. Kowalski w tym samym stanie faktycznym ma dostać taki sam wyrok jak Nowak; nie może dochodzić do takich absurdów, że skład orzekający X miał inne poglądy niż skład orzekający Y. Od wykładni literalnej prawa powinno się odstępować tylko w zupełnie odjechanych przypadkach, co chroni obywateli przed groźnym skupieniem w jednej "władzy" elementów z innej "władzy".

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • Protokolant(2016-05-16 04:54) Odpowiedz 1712

    Czy autor jest w ogóle prawnikiem? Przecież przy spadku bez konfliktu nie trzeba wszczynac postępowania sądowego, wystarczy iść do notariusza w pełnym skladzie spadkobierców (apd), a rozpoznawanie rozwodu przez sąd, a nie notariusza, jest podyktowane siłą więzów małżeńskich i dobrem dzieci. Przeczytałam połowę. Co za koszmarny artykuł. Jakbym ulotkę wyborczą czytała. Z sądami jest ten problem, że ludzie czynią sobie z tego niejako hobby i wnoszą kilkanaście pozwów np.z dziedziny prawa sasiedzkiego, pamiętam pana 80-letniego, który wiele lat sądził się ze swoją sąsiadka, bo sadzila krzewy uniemożliwiające mu opalanie się na tarasie... a sąd musi wszystko rozpoznać. Naprawdę z mojego doświadczenia wynika, że strony przesyłając pisma dzień przed rozprawą, nie stawiając się, nie pilnujac świadków i przychodząc nieprzygotowanym stawiają opór szybkiemu rozpoznaniu sprawy... Nadto to nie wina sądu, że kolejny termin rozprawy może wyznaczyć np.za pół roku, ale wina zbyt dużego referatu.

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • Czytanie 100 akt oskarżenia.....(2016-05-16 11:00) Odpowiedz 130

    Przepis o odcztytywaniu był dobry po wojnie jak żyli niepiśmienni..... A teraz odczytuje się nawet ludziom z wyższym wykształceniem. Pamiętam jak "dziadowi" czytał sędzia akta 3 miesiące.....A Dziad spał i sie śmiał....

  • blodbad(2016-05-15 12:59) Odpowiedz 116

    Autor też zjada własny ogon: z jednej strony pisze, że żadna władza nie może się sama kontrolować i gloryfikuje trójpodział władzy, z drugiej stawia wręcz na prawotwórczą działalność sądów. Przed tyranią chroni m.in. to, że sędziowie powinni być niemal bezmyślnymi egzekutorami prawa. Kowalski w tym samym stanie faktycznym ma dostać taki sam wyrok jak Nowak; nie może dochodzić do takich absurdów, że skład orzekający X miał inne poglądy niż skład orzekający Y. Od wykładni literalnej prawa powinno się odstępować tylko w zupełnie odjechanych przypadkach, co chroni obywateli przed groźnym skupieniem w jednej "władzy" elementów z innej "władzy".

  • rozwiązanie jest proste(2016-05-15 14:43) Odpowiedz 920

    NIC PROSTSZEGO. Po pierwsze procedurę uczynić algorytmiczną i wywalić z niej wszystkie wyjątki. Jak prawnicy nie wiedzą, niech zapytają informatyków co to jest algorytm postępowania. Przemieszczanie w procedurze tylko w klasach pełnych. Np. strona wnosi pozew. Pozew o wartości do 100 000 włącznie do sądu rejonowego. Pozew powyżej 100 000 do okręgowego. I koniec. Bez żadnych wyjątków i dodatkowych regulacji. Druga rzecz to dostęp do sądu. Każde pismo na każdym etapie postępowanie powinien móc pisać każdy kto chce. Nie ma powodu wprowadzać przymusów korporacyjnych. Ludzie już od kilku dekad są piśmienni a od dwóch dekad nie gorzej wykształceni niż adwokaci czy radcowie.

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • blodbad(2016-05-15 12:59) Odpowiedz 85

    Artykuł byłby całkiem cenny, gdyby Autor postarał się dociec dlaczego to w Anglii mamy tak niską liczbę sędziów (per 100k mieszkańców), a w Polsce tak wysoką. Gdzie są różnice? Czy może w Anglii jest mniej pieniaczy? Czy może procedury są prostsze, albo ich brak? A może ktoś się gdzieś pomylił w obliczeniach? ;)

  • berek(2016-05-15 09:38) Odpowiedz 78

    Panie Pawle! AbsurDalna , nie absurTalna. Szybko Pan zmieni, bo nie dadzą Panu spokoju. Literówki rzecz ludzka, ale w internecie niewybaczalna :) Poza tym dobrze napisane, tylko kto się przeprowadzenia takich zmian podejmie. PiS chce trochę namieszać w strukturze, ale o zmniejszeniu kognicji za wiele nie mówi, a zmiany w strukturze guzik dadzą w gruncie rzeczy.

  • aki(2016-05-15 14:39) Odpowiedz 511

    NIC PROSTSZEGO. Po pierwsze procedurę uczynić algorytmiczną i wywalić z niej wszystkie wyjątki. Jak prawnicy nie wiedzą, niech zapytają informatyków co to jest algorytm postępowania. Przemieszczanie w procedurze tylko w klasach pełnych. Np. strona wnosi pozew. Pozew o wartości do 100 000 włącznie do sądu rejonowego. Pozew powyżej 100 000 do okręgowego. I koniec. Bez żadnych wyjątków i dodatkowych regulacji. Druga rzecz to dostęp do sądu. Każde pismo na każdym etapie postępowanie powinien móc pisać każdy kto chce. Nie ma powodu wprowadzać przymusów korporacyjnych. Ludzie już od kilku dekad są piśmienni a od dwóch dekad nie gorzej wykształceni niż adwokaci czy radcowie.

  • dezaprobant(2016-05-16 13:48) Odpowiedz 38

    Pan autor duby smalone bredzi - może zrozumie tę frazę i świetnie wpisuje się w pisowską nagonkę na sądy. A po "reformie" też będzie niezadowolony!!!

  • D......(2016-05-17 00:02) Odpowiedz 36

    Autorowi wydaje się ,że zjadł wszystkie rozumy , a najwięksi sprawiedliwi to on i Pani o nazwisku chyba Suchodolska. No cóż o czymś trzeba pisać , a plucie na wymiar sprawiedliwości to takie proste i jakże oczekiwane przez wielu pseudouczciwych, rzekomo tolerancyjnych no i oczywiście jedynie słusznie sprawiedliwych. Szanowny panie redaktorze, trochę więcej pokory i samokrytycyzmu w stosunku do siebie samego. Myślę, że gdy spłodzil pan ten artykuł był pan z siebie bardzo zadowolony.... Zaręczam panu ...niepotrzebnie... i tak nie stał się dzięki niemu większy i ważniejszy.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

SzukajDodaj kancelarię

Polecane

Reklama