Śledząc procesy legislacyjne (tej czy poprzednich kadencji) wielokrotnie obserwowałem jak racjonalne argumenty ekspertów, czy tzw. strony społecznej, która na co dzień testuje działanie poszczególnych przepisów – odbijają się jak groch od ściany. Tłumaczyłem sobie, że parlamentarzyści są pewnie zaślepieni słusznością własnych pomysłów, albo też nie są po prostu w stanie zrozumieć, co się do nich mówi.

To samo w ostatnich tygodniach: łudziłem się, że wybrańcy narodu pracujący nad ustawą o obrocie gruntami naprawdę chcą uniemożliwić wykup ziemi rolnej przez cudzoziemców. Że tylko niechcący przy okazji robią z Agencji Nieruchomości Rolnych prawdziwe Eldorado dla krewnych i znajomych królika, zainteresowanych co bardziej łakomymi kąskami polskiej ziemi. Bo pole, nomen omen, do nadużyć otwiera się ogromne. Mieć znajomości w ANR to dziś więcej niż wygrać w totka.

O ile jednak brak wyobraźni można (choć nie powinno się) wybaczyć, to celowego działania już nie. A można odnieść wrażenie, że przy pomocy ustawy ktoś chce nakręcić ładny biznes. Bo, owszem, blokuje ona obrót ziemią rolną, ale nie dla wszystkich. Wystarczy, że ziemia będzie własnością spółki, której udziały ma inna spółka. Kupując spółkę matkę, kupuje się de facto ziemię należącą do spółki córki. I dla takich podmiotów zakaz sprzedaży ziemi staje się już fikcyjny.

Spółki, fuzje, przejęcia, udziały – ja rozumiem, że nie każdy się na tym zna. Tyle że podczas prac nad ustawą senator Jerzy Czerwiński zwracał uwagę na tę dziurę. Trzykrotnie. I to nie używając zagmatwanego prawniczego języka. Tłumaczył jak chłop krowie na rowie, a mimo to jego poprawka nie przeszła. Czy dlatego, że nie została zrozumiana? Wątpię. Prędzej niestety uwierzę, że ktoś miał w tym interes. W tej sytuacji wraca więc kluczowe pytanie: komu tak naprawdę ma służyć ustawa o gruntach rolnych?