statystyki

Kto ma dziecko, ten ma rację: Polskie sądy są bierne. Nie pomogą rodzicom w walce o swoje prawa

autor: Mira Suchodolska06.03.2016, 09:00
Dziecko, sąd, prawo

Konwencja haska, która powinna działać dla dobra dziecka, nie do końca się sprawdzaźródło: ShutterStock

Polski sąd nie chce mieć kłopotu: jeśli inny, w innym kraju zdecydował, nasz z ulgą klepie jego postanowienie. I fruuu, kolejny mały Polak leci za granicę. To częsty schemat. Ale nie całkiem oczywisty.

reklama


reklama


Im więcej międzynarodowych par, tym więcej transrodzinnych spraw – rozstanie jest wpisane w ryzyko każdego związku. Gdy mężczyzna i kobieta pochodzą z różnych kultur, jest jeszcze większe. Tak samo, jak wzrasta stopień komplikacji prawnego rozwiązania. Zwłaszcza jeśli są wspólne dzieci. Dla obywateli polskich to dużo trudniejsze niż mieszkańców zachodniego świata. Choćby dlatego że brak oparcia w państwie i jego organach.

Opowiem dwie historie. Kordiana Korytka, koszykarza, byłego zawodnika drużyny narodowej, który ukrywa swojego trzyletniego syna Marcusa przed łotewską żoną Ligią. I Katarzyny Jerzyńskiej, stewardesy, której szwedzki partner zabrał córeczkę przy czynnej pomocy szwedzkiego sądu i całkowitej bierności naszego. Takich dramatów są setki. Konwencja haska, która powinna działać dla dobra dziecka, nie do końca się w nich sprawdza. Traktowana jest schematycznie, sprowadza się do prostej zasady: kto ma dziecko, ten ma rację.

Krótka historia miłości Kordiana do Ligii

Kordian to wielkie chłopisko. 212 cm wzrostu, 140 kg wagi. Gęba, prawdę mówiąc, niewyględna: ze swoją wysuniętą do przodu szczęką ma w sobie coś ze Shreka. Ślązak z urodzenia, choć rodzice przywędrowali do Rybnika „z Polski”, jak wielu swojego czasu za robotą. Z takim wzrostem to się świetnie do siatkówki albo kosza nadawał. Wyszło na koszykówkę: zaczynał w MKKS Rybnik, grał w bytomskich Bobrach. Po drodze były zagraniczne kluby i reprezentacja kraju. Udane mecze, dorobił się fanów. Swoją miłość, Ligię, zobaczył po raz pierwszy w 2003 r., kiedy polska reprezentacja grała mecz na Łotwie. Dziewczyna drobna, malutka, sympatyczna. Kelnerowała w hotelu, gdzie stacjonowała jego drużyna. Spodobała mu się. Zaczął flirtować. Pomagać w przygotowywaniu śniadania, rozstawiać filiżanki i talerze. Znacie to? – Rosło zainteresowanie i sympatia, ale niczego między nami nie było – opowiada Kordian. Wymienili się numerami telefonów i adresami e-mailowymi. Trudno było utrzymywać kontakt. On z obcych języków znał angielski, ona szprechała po niemiecku. Na Łotwę Korytek wrócił po pięciu latach, znów z drużyną. I znów się spotkali. Piękna i Bestia.

Już na serio zaiskrzyło. – Zaczęliśmy się spotykać. Odwiedzać. Być ze sobą – wspomina mężczyzna. W 2010 r. Ligia przeprowadziła się na dobre do Polski, do Rybnika. Wydawało się, że Calineczka i koszykarz zaczną wspólnie piękne życie.

Krótka historia miłości Katarzyny do Matiasa

– Przykre, co powiem, ale to nie była wielka miłość. Wielka miłość pojawiła się dopiero wtedy, kiedy na świat przyszła Maja. Miłość do dziecka – wzdycha drobna, niewysoka szatynka i odgarnia z twarzy sięgające ramion włosy. Był 2007 r., kiedy po 24 miesiącach pracy jako stewardesa w Bahrajnie wróciła do kraju. Zaczęła latać na liniach Wizzair. – Dobra praca i dobre pieniądze. Ale ciężka robota, brak stabilizacji, obca kultura. Musiałam wybrać, co chcę dalej w życiu robić. Na tamtejszych liniach mogą pracować wyłącznie panny do 30. roku życia. Nie wyobrażałam sobie przyszłości w Bahrajnie, marzyłam o własnym domu, rodzinie – w Polsce. Takim nudnym spokoju – opowiada Katarzyna Jerzyńska.

Matias był pilotem, z którym często latała. Spokojny, zrównoważony, duży i misiowaty. Kwadratowa szczęka, przystojniak, typowy Szwed. Starszy od niej o sześć lat. Nigdy nigdzie się nie śpieszył. Nie denerwował. Nie krzyczał. Wydawało się – ideał, o którym marzyła w świecie machających rękami, ciągle podekscytowanych Arabów. Europejczyk. Zaczęli się spotykać. – Byliśmy parą, kiedy zaszłam w ciążę i nie zamierzałam tego zmieniać, podpisując akt ślubu – wspomina. Dlaczego? Może właśnie z tego powodu, że nie była pewna swoich uczuć. Postanowiła jednak, że spróbują być razem: dziecko zasługuje na to, aby mieć oboje rodziców. Dokąd mieszkali w Warszawie, nie było źle. Kiedy ciąża była już widoczna, ona przestała pracować, Matias latał. Taka robota: raz cię nie ma kilkanaście dni, potem kilka siedzisz w domu, potem znów znikasz. Ona zajęła się domem i dzieckiem. I tym, żeby Matias mógł odpocząć, kiedy ma wolne. Nie było źle – była w swoim środowisku, wśród rodziny i przyjaciół. Nie czuła się, jak zapewnia, pokrzywdzona wejściem w rolę matki i pani domu. Do czasu. – Maja miała 9 miesięcy, kiedy Matias dostał propozycję pracy w Sztokholmie. Bardzo się cieszył, więc postanowiliśmy, że jedziemy – powiada.

Krótka historia rozpadu związku Kordiana i Ligii

Kordian Korytek też się cieszył. Był jednym ze starszych zawodników, doświadczonych, grał i był ceniony. Ligia była śliczna i kochana. Kłócili się czasem, jak to mężczyzna z kobietą, ale jakoś szło. Jak opowiada Kordian, szybko zauważył, że jego partnerka bardzo tęskni za ojczyzną. Pewnie czuła się samotna: on na meczach albo zgrupowaniach, ona sama. Obcy kraj, obcy język, nie do końca swoi ludzie. Kiedy na początku 2012 r. zaszła w ciążę, Polska zaczęła ją jakby jeszcze bardziej uwierać. Coraz częściej mówiła o tym, że chciałaby być ze swoimi, z przyjaciółmi, z mamą. Że lepiej by się czuła, była zdrowsza, bardziej szczęśliwa, a dziecko by się lepiej rozwijało. Kordian zgodził się, choć miał obawy co do trwałości związku. Że Ligia, jak już pojedzie, to nie wróci. Zwłaszcza że coraz gorzej mówiła o Polsce i o Polakach, o polskim języku. Wszystko tu przestało jej się podobać. – Ale chciałem, żeby czuła się bezpiecznie. Kursowałem między Rybnikiem a Łotwą, jak mi czas pozwalał – co miesiąc, półtora. Słałem pieniądze, żeby jej niczego nie brakowało. Woziłem prezenty. Ale związek na odległość to nie związek. Czułem, że oddalamy się od siebie – wspomina.

Jednak kiedy 26 października 2012 r. w łotewskim Venstspils rodził się jego syn Markus, Korytek jak pies czuwał pod szpitalną salą. Wciąż pamięta tamtą radość. – Syn. Pierworodny. Kość z kości. Krew z krwi. Kiedy zobaczyłem to małe stworzenie, zrozumiałem, po co żyję. To jest zakodowane w człowieku, ta miłość i poczucie odpowiedzialności – wspomina Korytek. Później, kiedy już między nim a Ligią było źle, kiedy namawiała go, żeby zrzekł się praw do syna, bo matka to matka, a ojciec jest niepotrzebnym balastem, miał przed oczyma te małe paluszki. Ojciec nigdy nie zostawi swojego dziecka – to jego maksyma.

Jak błyskawicznie rozpadł się związek Katarzyny z Matiasem

– W Szwecji było zimno. Na zewnątrz i w środku, w naszej rodzinie – Katarzyna wzdraga się i zaplata ręce, jakby chciała się ogrzać. Kiedy się znaleźli w Sztokholmie, okazało się, że jest sama z dzieckiem, bo męża nie było. Dużo latał, ale to OK, jego praca. Gorzej, że kiedy wracał do domu, lądował przed telewizorem. Pilot i kapcie. To mu wystarczało. – W Warszawie byli ludzie, moi znajomi i rodzina. W Szwecji nie było nikogo w zamian. Matias okazał się odludkiem. Nikt mu nie był potrzebny, nie chciał się z nikim spotykać, niczego robić. Starała się dopasować, nie marudzić, gotować i być chętna w łóżku. Skończyła kurs językowy, znalazła koleżanki. Z Europy Środkowej, bo Szwedzi traktują napływowych grzecznie, ale lodowato.

Gdy Maja podrosła, Kasia poszła do pracy. Latała na liniach krajowych, to taka robota jak motorniczego w tramwaju: osiem godzin i do domu. Matias latał na długie trasy, po kilkanaście dni go nie było. Ale jak nawet był, to coraz bardziej byli osobno. – Po pewnym czasie zrozumiałam, że jesteśmy kompletnie niedobrani, że z tego nic nie będzie. Powiedziałam mu, że chcę odejść, bo się unieszczęśliwiamy. Prosił, żebym nie wyjeżdżała ze Szwecji. Że dziecko, że mama i tata. Zgodziłam się, choć tęskniłam za Polską. Wynajęłam mieszkanie w pobliżu jego domu, żeby Maja nie odczuła za bardzo zmiany, żeby było nam obojgu wygodnie się nią opiekować – relacjonuje Katarzyna. Dziś jest przekonana, że jeszcze wówczas Matias wierzył, że wróci do niego, jak mówił, z podkulonym ogonem. Że sama nie da sobie rady. Ale dawała. Pracowała, opiekowała się córką. Poznała nawet kogoś, ale szybko się rozpadło, gdyż jej były partner przystąpił do akcji: śledził jej faceta, wydzwaniał, wystawał pod jego domem. Tamten uznał, że nie ma ochoty na taką konfrontację.

– Już wiedziałam, że w Szwecji nie będę w stanie ułożyć sobie życia. Zagrałam z Matiasem w otwarte karty: wracam z Mają do Polski. On wtedy zaczął mnie błagać, żebym mu podpisała równouprawnienie w kontekście praw do dziecka – wspomina. Jak tłumaczy, w Szwecji ona jako samotna matka miała wyłączne prawa rodzicielskie wobec Mai. Ale nie chciała córki pozbawiać ojca, myślała, że im obojgu zależy na jej szczęściu, więc zgodziła się, podpisała. – I co zrobił wtedy Szwed? Pobiegł do sądu z pozwem o odebranie mi praw rodzicielskich – Katarzyna zaciska dłonie w pięści. – Wcześniej płakał, teraz już tylko groził. Mówił: „Nigdy nie będziesz miała Mai”. Zabrał mi jej paszport.

Chciałam poznać wersję wydarzeń jej partnera Matiasa. Zwróciłam się w tym celu do jego polskiego pełnomocnika mec. Piotra Bednarka z prośbą o kontakt i pośrednictwo. Jednak druga strona nie wyraziła na to ochoty. Otrzymałam odpowiedź e-mailową i telefoniczną, w której zostałam odesłana do akt spraw toczących się w wydziałach kilku rodzinnych sądów polskich i szwedzkich.

Przyśpieszona historia zmagań prawnych Kordiana K.

Kordian Korytek opowiada, że on i Ligia do pewnego momentu nawet się szczególnie nie kłócili. Przeciwnie, starali się odbudować wzajemną bliskość. To były takie rozstania i powroty. W pewnym momencie wydawało się nawet, że na świecie pojawi się ich kolejne wspólne dziecko, ale się nie udało, Ligia poroniła. Jak opowiada mężczyzna, jeszcze wówczas pisała do niego w korespondencji per „kochanie”. A do wspólnych znajomych, że jest człowiekiem o najlepszym sercu, jakiego kiedykolwiek w życiu poznała. Wciąż się łudził – przyznaje. Pierwsza awantura miała miejsce, kiedy Markus miał siedem miesięcy. Pojechał znów w odwiedziny. Nawiózł prezentów. Za zgodą partnerki, jak zapewnia, wziął małego do wózka i poszedł z nim na spacer do parku. Wspomina: Łazimy sobie alejkami, kiedy nagle patrzę, biegnie w moją stronę czterech policjantów, trzymają się za kabury. Krzyczą: Kordian Korytek? To ja – przyznałem zmartwiały, nie wiedząc, co się dzieje. A oni mówią, że matka zgłosiła uprowadzenie dziecka. Nie wytrzymałem: Faktycznie, właśnie jesteśmy w drodze do Polski. Tłumaczyłem, że jestem ojcem, że mam takie same prawa do syna jak matka. Poszliśmy do mieszkania Ligii, ale ona była w histerii. Krzyczała, że mam się wynosić i nie dotykać jej syna. Że nie mam prawa postawić nogi w jej mieszkaniu. Oddałem dziecko, musiałem wracać do Polski – kończy.

Potem sprawy znów wydawały się iść w dobrą stronę. Ligia przeprosiła za swój wybuch, na znak dobrej woli przyjechała na trzy dni z 11-miesięcznym już dzieckiem na Śląsk. Dogadali się, że chłopiec będzie spędzał co jakiś czas kilka dni z ojcem w Polsce. Tak się stało np. w czerwcu 2014 r.: Kordian i Markus mieli czas tylko dla siebie. Potem ojciec odwiózł syna mamie. Umówili się, że drugie urodziny chłopca będą celebrowane w Rybniku, bo pierwsze były na Łotwie. Zabrał więc małego do siebie. Torciki, prezenciki, babcie, dziadkowie, ciocie i wujowie, sielanka.

– Drugiego dnia pobytu syna u mnie dostaję wiadomość od jakiegoś obcego faceta z Łotwy, że ukradłem Ligii dziecko – opowiada Korytek. Wcześniej nie miał pojęcia, że w życiu matki ich wspólnego syna jest jakiś mężczyzna. Nie, żeby miał coś przeciwko temu, aby ułożyła sobie życie, jeśli im się nie udaje. Ma do tego prawo. Ale przyznaje, że zdębiał. – Jeszcze dwa miesiące temu rozważamy wspólną przyszłość jako rodzina, jeszcze jestem „kochaniem”, a tu nagle obcy facet, który do tej pory siedział w krzakach, nie zdradzał swojego istnienia, występuje jako ktoś, kto ma prawo wypowiadać się co do losów mojego syna – irytuje się Kordian Korytek. Przyznaje, że poczuł się dotknięty. Oszukany. Upokorzony. Uznał, że nie może się zgodzić na to, żeby ten ktoś, jakiś obcy, wychowywał Markusa.

– Poszedłem do sądu, złożyłem wniosek, żeby mi przyznał opiekę nad synem – opowiada. I dodaje, że do dziś niewiele wie o nowym partnerze Ligii. Poza tym, że jest agresywny i niemiły. Na dowód pokazuje mi wiadomość, jaką tamten przesłał na Facebooku jego matce: „Kak spite po nocham, vedma? Ja skoro budu” (Jak śpisz w nocy, wiedźmo? Ja wkrótce się zjawię).

Zaczęła się wojna. Ligia złożyła zawiadomienie na łotewskiej policji, że ukradziono jej syna. I wniosek do polskiego sądu, w trybie konwencji haskiej, o wydanie dziecka. Wniosek, kontrwniosek, adwokaci mają robotę. – Przez cały czas chciałem się dogadać. Proponowałem ugodę: Markus jest z mamą, ale co dwa miesiące kilka dni spędza w Polsce ze mną. Nie chciała rozmawiać. Cały dialog oddała w gestię swojego nowego mężczyzny Ventsa, z którym zresztą zaszła w ciążę. A ten szedł na konfrontację – relacjonuje Kordian Korytek. Ruszyła machina wymiaru sprawiedliwości. Sąd pierwszej instancji odmawia zgody na wydanie Markusa na Łotwę z uwagi na dobro dziecka. Prokurator składa zażalenie. W tym samym czasie Korytek składa zawiadomienie do prokuratury – jego dziecko może być w domu matki krzywdzone. Na potwierdzenie tej tezy ma całą garść zaświadczeń od specjalistów. Jest wśród nich konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii dzieci prof. Filip Rybakowski, jest prof. Zbigniew Lew-Starowicz, są także inni, mniej utytułowani, ale szanowani psychiatrzy i psycholodzy.

– Nie chodzi tutaj o mój samczy honor, ale o życie syna – zapewnia Kordian Korytek. Opowiada, że kiedy postanowił zostawić Markusa przy sobie, zaczął się nim opiekować, na jaw wyszły niepokojące zachowania i traumy dziecka. Na tyle alarmujące, że specjaliści, którzy je obserwowali, czy to z nagrań wideo, czy z obserwacji bezpośredniej, byli zdania, że chłopiec wymaga pomocy. „Zachowania dziecka można interpretować jako masturbacyjne. W tym wieku dzieci ujawniają tego typu zachowania i nie traktuje się ich jako patologię – jednak w przypadku małoletniego Markusa wydają się przekraczać typowe dla tego wieku granice i sugerować niewłaściwe oddziaływania wychowawcze” – pisze prof. Zbigniew Lew-Starowicz i zaleca przebadanie dziecka przez biegłego psychologa. „Kontakt z matką w dniu 27 maja 2015 r. dziecka spowodował negatywne reakcje emocjonalne – dziecko krzyczało, płakało, trudno było z nim nawiązać kontakt. Wystąpiły nasilone objawy lęku oraz zaburzenia snu” – to prof. Rybakowski z Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Ojciec opowiada inaczej, po prostu: Markus na widok mamy dostaje spazmów, sika w majtki, boi się. Potem przez wiele dni trzeba go uspokajać. Głaskać i tulić. Wygryza sobie do krwi paznokcie.

Kiedy jeden prokurator prowadzi sprawę o ewentualną krzywdę, jakiej mógł doznać Marcus na Łotwie, drugi, w tej samej prokuraturze, zajmuje się sprawą o wydanie chłopca matce. Sąd Okręgowy w Gliwicach, nie czekając, aż ta pierwsza zakończy się rozstrzygnięciem, wydaje decyzję o wydaniu. – Biegła powołana przez prokuraturę pisze do sądu, że aby sporządzić profesjonalną opinię, powinna zbadać Marcusa w konfrontacji z ojcem i matką. Sąd tego nie uwzględnia – zżyma się Kordian Korytek. Jeszcze chce się jakoś porozumieć ze swoją byłą partnerką. Namawia na ugodę: chłopiec powinien mieć i mamę, i tatę. Niech Markus będzie z tobą, ale zagwarantuj mi prawo do kilku dni z synem choć co dwa miesiące. Odpowiada mu partner Ligii: nie mają o czym rozmawiać, Kordian ma oddać dziecko. Ten dowiaduje się po czasie, że sąd łotewski odebrał mu prawa rodzicielskie do syna. – Bez wzywania mnie na rozprawę, tak po prostu. To był sąd kapturowy – dostałem wyrok do domu. Zanim znalazłem tłumacza, wyrok się uprawomocnił. Zrozumiałem, że oni tam u siebie już pozamiatali, nie będą się ze mną certolić. Uznałem, że jeśli chcę uratować moje dziecko, muszę je ukryć, bo inaczej mi je zabiorą i już nigdy go nie zobaczę – przyznaje. Ojciec Kordiana stał u jego boku. Chciał organizować pikietę pod sądem. Doznał udaru. Zanim zapadł w śpiączkę, powiedział: „Ratuj mojego wnuka”. Za parę dni umarł.

Przyśpieszona historia zmagań prawnych Katarzyny J.

– Gdybym wiedziała dziś to, co wiem, wzięłabym Maję i wyjechała do Polski, nie oglądając się na jej ojca – mówi Katarzyna Jerzyńska. Kiedy w sądzie podpisała kwity dające prawa rodzicielskie Matiasowi, on wdrożył procedurę mającą pozbawić ją praw do córki. I sąd w Szwecji przyznał mu rację. – To było nacjonalistyczne orzeczenie – Katarzyna przerzuca dokumenty i pokazuje mi kolejne kwity. W Szwecji, gdzie jest bardzo rozwinięta opieka socjalna, została wszczęta biurokratyczna procedura przez Familjaratten. Urzędnicy tej instytucji wszczęli śledztwo: badali warunki, jakie ma Maja w domu matki w Sztokholmie, ale także jeździli do Polski, aby poznać środowisko, w jakim tam bytuje. Wniosek był jeden: córka powinna zostać przy matce i zamieszkać w Polsce. Szwedzki sąd nie dopuszcza tego stanowiska, odrzuca wniosek o przesłuchanie urzędniczek i decyduje o przyznaniu pełni praw ojcu. A on wyprowadza się ze Sztokholmu na głęboką wieś, do prowincji Gamleby.

– Podróż tam i z powrotem to wyjęty tydzień – ocenia Katarzyna. Niemniej usiłuje się dostosować do orzeczenia szwedzkiego sądu, który orzeka naprzemienną opiekę nad Majką. Dwa tygodnie u niej, dwa u ojca. Maja nie chce jeździć do taty. Mówi, że się go boi. Że nie chce spać z nim w jednym łóżku. Matka obserwuje regres: dziewczynka znów wypróżnia się w majtki. Psycholog radzi, żeby wstrzymać kontakt z ojcem do wyjaśnienia wątpliwości. Kiedy Maja przyjeżdża do Polski w maju 2015 r., matka zwraca się do sądu o tzw. zabezpieczenie – żeby dziecko mogło być z nią do czasu wyjaśnienia wątpliwości. Prokuratury w Polsce i Szwecji wszczęły postępowanie karne w sprawie ewentualnego wykorzystywania małoletniej przez ojca. Jednak warszawskiego sądu to nie interesuje. Orzeka, że należy wydać dziecko ojcu, tak jak chciał szwedzki sąd. Nie przesłuchuje przy tym matki ani świadków przez nią podanych. Nie uwzględnia opinii psychologa. Wprawdzie dziewczynka zostaje wysłuchana, ale okazuje się, że ta rozmowa nie została zarejestrowana. Sąd daje wiarę zeznaniom pełnomocnika ojca. To mu wystarcza.

– Sąd nie wezwał także i oddalił wniosek o przesłuchanie pełnomocnika szwedzkiego pani Katarzyny Jerzyńska w sytuacji, w której przesłuchał pełnomocnika szwedzkiego ojca dziewczynki – podnosi adwokat matki dziewczynki mec. Magdalena Żurawska. Pełnomocnik ojca zapewnił sąd, że Maja ma w Szwecji fantastyczne warunki, pełną opiekę, ojciec jest zdrowy i poświęca mnóstwo czasu swojej córce. Z ustaleń Familjaratten wynika coś innego: ojciec większość miesiąca pracuje, w dodatku choruje na nieuleczalną chorobę zakrzepową, a małą zajmują się osoby postronne. Ale sąd tego nie weryfikuje.

Dziewczynka zostaje w majestacie prawa wydana ojcu. 15 grudnia 2015 r. zabierają ją ze szkoły dwie kuratorki w asyście policji. Dziecko zostaje wsadzone siłą do samochodu i wywiezione do Szwecji. Nie miało nawet szans, aby pożegnać się z mamą. – Matias pozwolił mi zadzwonić do niej na Skypie w Wigilię. Maja siedziała skulona, niemal nic nie mówiła, gdyż ojciec zabronił jej odzywać się po polsku, a szwedzkiego już zapomniała – Katarzyna ociera łzy. Potem jeszcze dwa razy do niej dzwoniła, każda z rozmów trwała mniej niż dziesięć minut. Powód zawsze był ten sam: Katarzyna w Polsce wyszła za mąż, mają kilkumiesięcznego synka. Jej mąż Michał, za którym Maja przepada, jest znienawidzony przez ojca dziewczynki. Matias nie chce, żeby się z nimi kontaktowała, więc po chwili ucina rozmowy.

Co dalej?

– Trzeba było brać Majkę i uciekać do Polski, a nie dzielić się władzą rodzicielską – pomstuje dziś Katarzyna i wyrzuca sobie, że chciała być zbyt dobrą matką. – Łatwo jest być dobrym rodzicem, kiedy się ma wyrok w kieszeni – kwituje. Dziś sprawa wygląda tak, że szwedzki sąd wydał postanowienie o pozbawienie jej władzy rodzicielskiej na czas procesu. Być może rozprawa odbędzie się w kwietniu, ale to jeszcze niepewne. Ostatnie postanowienie Szwedów: Kasia nie może już nawet dzwonić do córki. Nasz sąd uważa, że nie jest właściwy, aby ingerować w to rozstrzygnięcie. Katarzyna w Szwecji korzysta z pomocy prawnej z urzędu. – Przysługuje jej sto godzin. Za resztę musi płacić z własnej kieszeni, a to koszt rzędu 1,5 tys. zł za godzinę – precyzuje mec. Magdalena Żurawska.

Także sprawa syna Kordiana Korytki – o zmianę wyroku, czyli o ustalenie miejsca pobytu i przyznanie władzy rodzicielskiej jest w toku. Sąd ma podjąć decyzję w najbliższy wtorek – 8 marca 2016 r. – Stworzyliśmy małemu razem z Ligią piekło – mówi szczerze mężczyzna. I dodaje, że jest w stanie przysiąc na każdego Boga, że nie chce odebrać swojemu synowi matki. – Każde dziecko potrzebuje obojga rodziców. Także w życiu Markusa powinniśmy być obecni oboje – mówi. I zapewnia, że nawet jeśli wyrok sądu będzie po jego myśli, zrobi wszystko, aby chłopiec nie stracił kontaktu ze swoją mamą. Mecenas Zygmunt Stęchły z Rybnika, który reprezentuje przed polskim sądem Ligię, jest nestorem adwokackiej palestry. Jak sam mówi, przekroczył już 80. rok życia i sprawa łotewskiej mamy i jej synka bardzo mu leży na sercu. Zaangażował się emocjonalnie. Zauważa, że ta cała awantura źle wpływa na małego człowieka. Markus na Łotwie był w żłobku, potem, już w Polsce, chodził do przedszkola, wychowawcy go wychwalali, że tak się świetnie rozwija. Teraz nie wiadomo, gdzie jest, co się z nim dzieje. Gdzie mieszka ani z kim się spotyka. – Ojciec schował dziecko, nie ma chłopca, to jest karygodne – podkreśla. Ale wciąż ma nadzieję, że rodzice małego jakoś się dogadają. Że mimo wzajemnych pretensji uda im się wypracować plan dla dobra małego człowieka.

Katarzyna prowadzi mnie do pokoju Mai w warszawskim mieszkaniu. Cały czas różowe łóżeczko na nią czeka. Razem z gigantyczną laurką, którą zrobili dla dziewczynki przyjaciele szkolni. Wszystkiego najlepszego, Maju, do zobaczenia – piszą. Matias zakazał pokazywać dziewczynce ten podarek. Bo przecież dziewczynka już nigdy nie wróci do Polski.

Katarzyna zastanawia się, co ma zrobić. Może sprzedać mieszkanie, żeby opłacić prawników w Szwecji. Ona i jej mąż są na to gotowi. I jeszcze na dużo więcej, ale na razie nie chcą o tym mówić. Bo wciąż mają nadzieję, że polski sąd pochyli się nad ich sprawą, nad Mają, małą Polką, zamiast umywać ręce. Napisali pisma do ministra sprawiedliwości, do Helsińskiej Fundacji, do rzecznika praw dziecka. I jeszcze mają nadzieję, że dostaną jakąś odpowiedź. Niewielką nadzieję. 

Dane Katarzyny Jerzyńskiej na jej prośbę zostały zmienione.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

reklama

  • gwg(2016-03-06 20:04) Odpowiedz 41

    tytuł artykułu z tyłka. Czy piszący w ogóle czytał tę konwencję haską i wie na czym ona polega? pewnie nie, ci biedni rodzice też nie, stąd potem problemy, a winny wiadomo, że sąd bo któż by?

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • Czytelniczka(2016-03-07 09:54) Odpowiedz 12

    Na kilku portalach są podobne tytuły, ktoś jeden nie sprawdził o co chodzi i poszło w świat. Aczkolwiek Kordian "schował" dziecko, więc tak jakby można powiedzieć, że się kwalifikuje. Ale nie zmienia to faktu, że grunt to dobry adwokat, bo sami będą jeszcze długo błądzić, a dzieci nadal będą cierpieć. Dobry adwokat dotyczy każdej dziedziny życia. Nawet zakażeń szpitalnych, tak jak tu: http://aeger.pl/120-tysiecy-zl-za-zakazenie-pacjenta-gronkowcem-zlocistym/ Dlatego życzę bohaterom, by w końcu znaleźli kogoś, kto nimi pokieruje tak, by odzyskali dzieci.

  • Lubiący reportaże sądowe (2016-03-08 00:02) Odpowiedz 01

    Bardzo brakuje mi reporterzy sądowych. Fajnie gdyby było więcej takich dziennikarzy jak Petlykowki, krótrzy zamiast opierać się tylko na stanowiskach zainteresowanych, zwóci się do Sądu o akta spraw, przeanalizują je i w konsekwencji napisze artykuł.

  • nazir(2016-03-18 13:42) Odpowiedz 00

    Wlasnie wyglada to tak ze ten rodzic ktory chce zalatwic sprawe lagodnie i jest sklonny do kompromisu jest jeszcze bardziej wdeptywany w ziemie. Tak to wyglada. Za duzo juz widzialem zeby wierzyc ze Sad dziala w imie dobra dziecka. Problem w tym ze to moze znaczyc wszytsko i nic poniewaz klauzula dobra dziecka nie jest w zaden posob prawnie zdefiniowana

  • Happy(2016-03-12 00:24) Odpowiedz 02

    Ta cala konwencja to jedno wielkie oszustwo. Moj syn wielokrotnie mowil w sadzie ze chce wrocic do Polski, ale oni to maja gdzies. Jego matka nas porzucila i poszla sobie do Niemiaszka. Siedzimy tu we dwojke sami jak palce. W Polsce rodzina, mieszkanie wlasnosciowe i wszystko. Ta cala konwencja tylko zniewala ludzi i niszczy zycie. Po za tym konwencja mowi o uprowadzeniu dziecka za granice, przeciez nie ma juz granic jako takich mamy EU i 21 wiek. Widzenia tez nie sa problemem, lataja samoloty, sa autostrady. Jakim prawem o losie obywateli polski maja decydowac zagraniczne sady. One nie znaja naszej mentalnosci, kultury anie sposobu wychowania dzieci. Zrobili sobie EU a o dostosowaniu prawa nie pomysleli. Wydaje mi sie ze wola i dobro dziecka jest najwazniejsza.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

SzukajDodaj kancelarię

Polecane

reklama