Stary prawnik przypomina starego taksówkarza. Tamten z rozmarzeniem wspomina czasy, kiedy podjeżdżał na postój i mówił ludziom, dokąd jedzie. Ten pamięta, jak to mógł do rachunku doliczać każdą godzinę, kiedy tylko wspomniał w myślach nazwisko klienta. W obu przypadkach to się skończyło.
Tornado deregulacji, które przewróciło do góry nogami prawniczy rynek (a w każdym razie ten wolnych zawodów, bo o budżetówce – czyli sędziach i prokuratorach – nie będę tu dziś pisać), narobiło jednak także sporo złego. Dla rynku, dla prawników i dla ich klientów. To nie tylko obserwacje rzeczywistości, ale też wnioski wynikające z tegorocznej Diagnozy Społecznej prof. Janusza Czapińskiego, największego ogólnopolskiego badania diagnozującego warunki życia i nastroje społeczne. W Diagnozie jest także charakterystyka przedstawicieli 50 różnych grup zawodowych i zawodów. Na 14. pozycji tej listy znaleźli się prawnicy (rozumiani jako wszyscy ci, którzy ukończyli studia prawnicze przynajmniej na poziomie licencjackim). I pierwsze, co się rzuca w oczy, to fakt, że właśnie ta grupa zawodowa najbardziej straciła finansowo w porównaniu z 2011 r. – ich miesięczne zarobki spadły średnio o niemal 1600 zł miesięcznie. Ale też mniej pracują – o trzy godziny tygodniowo, choć znacząco częściej zmieniają pracę (39 proc. wobec 16 proc. w 2011 r.). Przy czym dłużej się uczą i lepiej znają języki obce. Odczuwają większy stres niż przed czterema laty, ale też częściej niż wówczas lądują na bezrobociu i myślą o emigracji. Nie bardzo im się układa życie osobiste: przybyło singli, ubyło małżeństw, za to podskoczył odsetek rozwodów i separacji. Wprawdzie mają więcej przyjaciół, ale coraz mniej ufają ludziom.
Kiedy rozmawiam z nimi, nie mają wątpliwości: to, co się dzieje, to bezpośredni efekt deregulacji zawodów prawniczych. Na rynku zrobił się tłok. A dobrze – to już było. Bo szczytne założenia reformy jakoś nie wypaliły. Wiadomo, z jednej strony miała ona wprowadzić do zawodu osoby spoza środowiska prawniczego, wyrównać szanse i ukrócić nepotyzm. Z drugiej – dzięki większemu napływowi ludzi do zawodu zbić stawki, sprawić, że przeciętnego Kowalskiego będzie stać na poradę, dzięki czemu zwiększy się świadomość prawna, a i prawnicy będą jakoś żyli. I trochę tak jest. Ale zrobił się wielki bałagan.
Klęska urodzaju
Mecenas Michał Bieniak studia skończył w 2001 r., egzamin aplikacyjny zdał w 2005 r. Z prawniczej rodziny – ojciec był adwokatem, wicedziekanem Izby Adwokackiej w Płocku. I choć zmarł, kiedy Bieniak miał zaledwie 15 lat, zdążył zarazić go – a także jego rodzeństwo – prawem. Michał od małego był świadom, że rewizja to niekoniecznie to zdarzenie, gdy policja przeszukuje mieszkanie, bo ważniejsza jest rewizja nadzwyczajna. Było oczywiste, że pójdzie na prawo. Ale choć nieźle – za sprawą domu i uczelni – wyedukowany, egzamin na aplikację wspomina jak horror: pytania z wiedzy ogólnej, z paragrafów, z różnych dziedzin prawa. Na ustnym siedmiu adwokatów go przepytywało: a co, jeśli tak, a co, jeśli inaczej. Wrócił załamany, że tak fatalnie wypadł, choć mówili mu, że poszło świetnie.
Dziś wystarczy poprawnie wypełnić test, wykuć na blachę. Nikt nie bada miękkich umiejętności: prezencji, predyspozycji, tego, jak ktoś odnajduje się w trudnej sytuacji, jak myśli, argumentuje. – Rekrutowałem ludzi do sporej firmy prawniczej i zapewniam, że nawet 15-minutowa rozmowa może więcej o kandydacie powiedzieć niż najlepiej wypełniony test i najbardziej profesjonalnie napisane CV – zapewnia mec. Bieniak. I dodaje, że w pracy adwokata właśnie te miękkie umiejętności są czasem decydujące, zwłaszcza na sali sądowej. Ta jest bowiem rodzajem teatru, w którym aktorzy odgrywają swoje role – oby jak najbardziej przekonująco. Wiedza to podstawa. Ale mecenas musi umieć zaczarować. Więc zdaniem mec. Bieniaka – z całym szacunkiem dla obiektywizmu, jaki ponoć zapewniają egzaminy testowe – powinno się jednak uwzględnić przy selekcji kandydatów do zawodu także te ustne.
Kwestia doboru właściwych osób do prawniczych profesji wraca jak bumerang podczas rozmów z różnymi osobami. – Mój rocznik był bardzo liczny jak na tamte czasy: 50 osób w samej Warszawie – wspomina Bieniak. Dziś, kiedy sam zasiada w komisjach egzaminacyjnych, nieszczególnie się już dziwi, że roczniki liczone są w setkach. Były takie, które liczyły po 600, a nawet 900 aplikantów. No, wyrównanie szans. Dlaczego to ma być złe? Otóż z paru przynajmniej powodów. – My, robiąc aplikację, musieliśmy pracować w kancelariach. Znaliśmy więc rynek, byliśmy już po prostu na nim. Kiedy zdawaliśmy egzamin, łatwiej było wystartować – opowiada mecenas. Inna sprawa, że także ich znano. Młodzi byli pod czujnym okiem swoich patronów i całego środowiska. – Gdybym przed salą sądową nie ukłonił się, nie powiedział „dzień dobry” adwokatowi strony przeciwnej, moja patronka, mec. Ewa Milewska-Celińska (wspaniała obrończyni w procesach radomskich, wielka specjalistka prawa rodzinnego), za chwilę by o tym wiedziała. I bardzo by mi zmyła głowę. Dziś, kiedy aplikantów jest cała rzesza, są oni anonimowi, trudniej sprawować nad nimi kontrolę – dopowiada.
Podwójna deregulacja
I to się mści. Mecenas Adam Car z Sopotu (od 2007 r. w zawodzie) ma podobne obserwacje. Także on pochodzi z rodziny prawniczej, co – jak przyznaje – ułatwia wejście w zawód. Jemu było prościej zacząć praktykę w kancelarii rodzinnej, rodzice mu ułatwili kontakt z klientami, choć to niekoniecznie przekładało się na zlecenia, bo często człowiek nie chce młodego, nie ma do niego zaufania. Obecnie mechanizm polega na tym, że dziecko, dajmy na to, dewelopera, kończy prawo, zostaje notariuszem, żeby obsługiwać firmę ojca. Albo robi aplikację radcowską, bo mama ma kilka spółek, ktoś ich musi od strony prawnej ich pilnować. Ci, którzy nie mają zaplecza, muszą ostro walczyć. – I, niestety, to nie jest takie proste przełożenie, że jeśli ktoś jest dobry merytorycznie, wygrywa – ocenia mec. Car. Na to składa się wiele czynników, od wiedzy poprzez zaplecze kulturowe, znajomość ludzi po cechy osobowościowe – choćby przebojowość i kontaktowość. Dobre podejście do klienta. A tego trzeba się skądś nauczyć. Mecenas Car ubolewa, że dziś coraz więcej obserwuje zwykłego chamstwa i braku profesjonalizmu. Przykłady? Pełnomocnik drugiej strony, zamiast wyjaśnić pewne kwestie z nim, kontaktuje się bezpośrednio z jego klientem. Stosuje presję, czasem grozi. Albo bez porozumienia z nim zgłasza się do sprawy, stając się drugim pełnomocnikiem. Lub, zgroza, pisze donosy na kolegę po todze do sądu. Co mu nie przeszkadza nawijać klientowi makaron na uszy i obiecywać tego, co zdarzyć się nie może. Czasem po prostu kłamać. I kusić niższą stawką. To jest obecnie – co podnoszą wszyscy moi rozmówcy – ostateczny argument. I często jedyny.
Jak komentuje prof. Hubert Izdebski, deregulacja zawodu spowodowała, że wszystkiego jest dziś dużo – i, można sądzić, już za dużo. Zarówno absolwentów prawa, jak i miejsc, w których się ich kształci. Tych wszystkich uczelni publicznych i niepublicznych, o bardzo różnym poziomie. Tymczasem liczba osób o pewnych kwalifikacjach intelektualnych jest w danej populacji ograniczona. Więc, statystycznie rzecz biorąc, poziom przeciętnego absolwenta musiał się obniżyć. – Co nie znaczy, że liczba tych, którzy sami są interesujący i bardzo interesują się prawem, jakoś drastycznie by się zmniejszyła. Można nawet sądzić, że jest odwrotnie. Niemniej przeciętnie jest gorzej – ocenia prof. Izdebski.
Tak czy inaczej mieliśmy do czynienia z podwójnym otwarciem zawodów prawniczych. Raz, że pod hasłem deregulacji, obniżenia wymagań na aplikacji spowodowaliśmy niemal nieograniczony napływ radców prawnych, adwokatów i notariuszy. Dwa, że Trybunał Konstytucyjny orzeczeniami z 2001 r. i 2006 r. znacznie się przyczynił do tego, orzekając, iż nie ma przeszkód, aby każdy absolwent prawa udzielał pomocy prawnej. Z wyjątkiem tych spraw, które są ustawowo zastrzeżone dla adwokatów lub radców prawnych, a w szczególności łączą się z przymusem adwokacko-radcowskim (m.in. sporządzanie skarg kasacyjnych do Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego). Co więcej, w sprawach administracyjnych reprezentacja strony jest możliwa także bez prawniczych studiów. Dlatego odpowiedź na pytanie, ile osób w Polsce udziela dziś pomocy prawnej (przy zastrzeżeniu określonych uprawnień w tym zakresie dla doradców podatkowych i rzeczników podatkowych), nie jest w istocie możliwa. To zjawisko, którego skali nie znamy. Pomocna by zapewne była kwerenda w ewidencji działalności gospodarczej, ale i ta nie dostarczyłaby wiedzy o rzeczywistości.
Wprawdzie daleko nam jeszcze do Francji, gdzie kilka lat temu zarejestrowanych było 200 tys. adwokatów, z czego w samym Paryżu – 100 tys. (sic!), ale zmierzamy w tym właśnie kierunku. W Warszawie jest (sumując adwokatów, radców prawnych i doradców podatkowych) kilkanaście tysięcy. Kto ma robotę? W stolicy Francji zaledwie jakieś 20 tys. jurystów naprawdę wykonuje swój zawód. Dla reszty nie ma miejsca na rynku. Można by powiedzieć, że jest OK, po prostu selekcja naturalna. Albo płyniesz, albo się topisz.
Zacięcie biznesowe
Mecenas Leszek Nowina-Witkowski uważa, że to nie jest do końca taka zła sytuacja. On, podobnie jak moi poprzedni rozmówcy, siedzi trochę okrakiem na tej barykadzie. Wszedł na rynek w 2007 r., kiedy jeszcze wszystko działało według starych wzorców, ale za chwilę musiał sobie radzić z nową rzeczywistością. Większą konkurencją, większymi oczekiwaniami ze strony klientów i mniejszą ich chęcią do tego, żeby płacić za usługi. – No bo co jest takiego szczególnego w pracy intelektualnej, którą wykonujemy? – pyta przewrotnie. Ludziom łatwiej jest wyciągnąć portfel, jeśli chcą mieć nowe auto czy nawet rower, ale jeśli muszą uiścić jakąś konkretną stawkę za poradę prawną, to już robi się problem. Dlatego obecnie nie wystarczy być dobrym, mieć kontakty, wiedzę, trzeba mieć jeszcze jakiś pomysł na siebie. Znaleźć niszę, zaoferować jakąś wartość dodaną. Wprawdzie znane w środowisku nazwisko się przydaje, ale ono jeszcze nie gwarantuje tego, że ktoś zapuka do drzwi kancelarii albo zadzwoni. Trzeba mieć także szczęście. Choćby takie, że trafi się na tę pierwszą sprawę, która – dobrze poprowadzona – spowoduje, że zacznie działać jedyna reklama dozwolona w tej branży, czyli marketing szeptany. Jeden drugiemu powie: ten człowiek jest dobry. Zanim jednak to się stanie, trzeba brać wszystko, jak leci. I mieć nadzieję, że trafi się na klienta, który pozwoli przeżyć. Czyli jakąś większą sprawę biznesową. – Bo z samych rozwodów i spraw karnych przynoszonych z ulicy trudno wyżyć – podsumowuje Nowina-Witkowski.
Oczywiście, najlepsza jest specjalizacja, jednak w dzisiejszych czasach jest ona możliwa w zasadzie tylko w korporacjach mających zaplecze finansowe i organizacyjne. Choć i tak bycie dobrym w czymś konkretnym bardzo się opłaca. Kancelaria Nowiny-Witkowskiego, na 15 prawników, bierze sprawy z każdej dziedziny, do każdej się przykłada. Zdają sobie sprawę, w jaki sposób to działa. Kiedy z powodzeniem rozwiedli kilka znanych w Polsce osób, natychmiast dostali kolejne podobne zlecenia. Jak uratowali przed bankructwem jedną firmę, zaraz przybyło spraw biznesowych. Niemniej wciąż jest trudno. Mecenas Nowina-Witkowski zdaje sobie sprawę, że młodym, wchodzącym dopiero do zawodu jest tysiąc razy gorzej. Nie ma nawet pretensji o to, że główną zasadą konkurencji stał się dziś dumping cenowy. – Młodzi biorą sprawy niemal za darmo, żeby znaleźć tego pierwszego klienta, żeby czymś się wyróżnić. Zgadzają się na to, żeby rachunek opiewający na 1500 zł rozłożyć na raty, bo klient płacze, że go nie stać. I albo trafią na swoją sprawę, przebiją się, albo będą musieli zwinąć interes. Zmienić zawód, wyjechać za granicę, żeby remontować domy albo jeździć w Hamburgu na taksówce – mówi. Mecenas Nowina-Witkowski ma jeszcze taki pomysł, że niedługo, aby jakoś się znaleźć na rynku, prawnicy będą proponowali klientom (tym zamożniejszym) następującą usługę: wymyślę ci biznes, rozkręcę, poprowadzę, pod warunkiem że zatrudnisz mnie do jego obsługi. Inaczej kanał.
Profesor Hubert Izdebski twierdzi, że nie jest tak tragicznie, jak go do tego przekonuję. Choćby z tego powodu, że nie ma dziś jednego rynku usług prawnych. Czym innym jest wykonywanie usług dla wielkich korporacji, czym innym obsługa małego i średniego biznesu i czym innym prowadzenie spraw przeciętnego Kowalskiego – te wszystkie drobne sprawy gospodarcze, rodzinne, karne. Prawnicy działający w tych branżach nie konkurują de facto z sobą. A ten, który potrzebuje pomocy, wie, gdzie ją znaleźć.
Podobnie sądzi prof. Tomasz Siemiątkowski, adwokat. Jak opowiada, on wchodził do zawodu w lepszym i zarazem gorszym okresie. Lepszym, bo była mniejsza konkurencja. Gorszym, bo on był człowiekiem z ulicy, który nie miał nikogo, aby bronił jego pleców, co środowisko dawało mu odczuć. Miał za to w sobie mnóstwo determinacji. I wymyślił sobie, że szybko się doktoryzuje, co uczynił jeszcze przed egzaminem aplikanckim. Środowisko było nieco oburzone. Potem szybko machnął habilitację. I się przebił. – Niezależnie od okoliczności rynek zawsze będzie zasysał dobrych, a odrzucał słabszych – kwituje. A że tych słabych jest dziś więcej niż kiedyś, więcej jest także narzekania. Zawiedzionych nadziei, scen niczym z amerykańskich filmów, kiedy kilku chłopaków po prawie zastanawia się, skąd wziąć na czynsz. Albo – jak u nas – z czego zapłacić ZUS.
– Mnóstwo ludzi po prawie, po aplikacji nie wykonuje dziś swojego zawodu – przyznaje prof. Siemiątkowski. Ale tak naprawdę nie ma w tym niczego dziwnego. W obecnych czasach bycie dobrym prawnikiem to jeszcze za mało. Trzeba mieć w sobie ducha przedsiębiorcy. Tę delikatną umiejętność połączenia etyki prawniczej z darem pozyskiwania klientów. Jeśli ktoś tego nie umie robić, ma problem. – Kiedy przejeżdżałem przez Missisipi, widziałem olbrzymie banery, na których reklamował się obrońca O.J. Simpsona. Nie chciałbym czegoś takiego w Polsce, bo to by nas zrównywało ze zwykłymi sprzedawcami – odcina się mec. Siemiątkowski. Niemniej praca nad rozpoznawalnością swojego nazwiska, wysiłek, aby bywać tam, gdzie bywają potencjalni klienci, to wszystko się liczy. Co nie znaczy, że jest łatwo. Dlatego coraz ważniejsze, oprócz wiedzy, kontaktów i tego wszystkiego, o czym była już mowa, są determinacja i dyscyplina. Zwłaszcza ta ostatnia. Co pokrywa się także z wynikami Diagnozy Społecznej. Dziś prawnicy niemal o rok dłużej się uczą, więcej z nich zna języki obce, bardziej niż towarzystwo sprzed czterech lat są gotowi zmieniać pracę. Bardziej też o siebie dbają. Wprawdzie odsetek palaczy pozostał bez zmian, za to grupa nadużywająca alkoholu skurczyła się o połowę. Jak tłumaczą moi rozmówcy – nie ma na balangi czasu. Zbyt duże ryzyko, że poranną niedyspozycję – zwaną popularnie kacem – wykorzysta ktoś młodszy, silniejszy i trzeźwiejszy. – Ja staram się unikać jakichkolwiek używek – zastrzega mec. Siemiątkowski. Za to wpisuje się w nurt tych, którzy dbają o siebie: zdrowo jedzą, uprawiają sporty. On wstaje każdego dnia przed 6 rano, żeby pobiegać. To kolejna kwestia: ważne jest także to, jak się wygląda. I nie chodzi tylko o markę garnituru, który na otyłym ciele prezentuje się dużo gorzej.
Być jak Ally McBeal
Kolejna ciekawa kwestia, która wyłania się z Diagnozy Społecznej, to taka, że w branży prawniczej ubywa kobiet. Wprawdzie jeszcze nieznacznie, niemniej tendencja jest zauważalna: 66 proc. dziś wobec 68 proc. w 2011 r. Co jest o tyle zastanawiające, że po pierwsze, jeśli wziąć pod uwagę absolwentów wyższych uczelni, to panie wciąż mają zdecydowaną przewagę. Po drugie zaś, wobec zmniejszających się zarobków w branży, należałoby się raczej spodziewać większej jeszcze feminizacji środowiska. To, że dzieje się inaczej, można tłumaczyć narastającym stresem, coraz większą konkurencyjnością branży, jej nieprzewidywalnością. Jednak, jak zauważają prawnicy, odsetek płci pięknej nie zmniejsza się w notariacie. Może z tego powodu, że w tej profesji nadal wszystko jest bardziej uporządkowane niż choćby w adwokaturze. – Ja rano wstaję, biegnę na salę sądową, jeśli w ogóle jem obiad, to lunch służbowy, popołudniami przyjmuję w kancelarii. Wieczory spędzam nad aktami – relacjonuje jeden z adwokatów młodego pokolenia. Nie ma przeproś, jeśli nie będzie miał dla klienta czasu, ten już do niego nie wróci. Zwyczajnie brakuje mu w ciągu doby kilku godzin na bycie z rodziną, na kąpiel dziecka, łapania chwil, kiedy ono stawia pierwsze kroki. Jeszcze nie zdążył się tym wszystkim nacieszyć, a już się rozwodzi. Jest mu strasznie żal, ale nic na to nie poradzi. Ma taką refleksję, że w jego środowisku rozstań jest jeszcze więcej niż wśród innych ludzi, a to właśnie rozwody, podziały majątku dają jemu i jego kolegom najwięcej okazji, żeby zarobić. – Moja niemal już była żona jest notariuszem, ma bardziej poukładany czas, nie rozumie – mówi z żalem.
Anna Szmigiera-Wyrzykowska, notariusz z Warszawy, która wraz z trzema koleżankami prowadzi kancelarię, irytuje się na takie postawienie sprawy. Ona zaczęła pracować już na pierwszym roku studiów prawniczych. Nie miała zaplecza w postaci rodziców prawników ani nawet wujków, miała natomiast to szczęście, że dostała się na staż do kancelarii notarialnej prowadzonej przez niewidomego patrona. I tak się stało, że stała się jego oczyma: odczytywała mu akty, pisała pisma, rozmawiała z klientami. I pokochała ten zawód, który wielu jej rówieśnikom wydawał się nudny, ale dla niej stał się celem życia. – Wymaga nie tylko wielkiej staranności, ale też znajomości wielu dziedzin prawa. Oraz elastyczności, empatii, umiejętności szybkiego uczenia się – przekonuje. Każdego dnia dzieje się coś nowego, niezwykłego. Przykłady: trzeba zrobić protokół z otwarcia stron internetowych. Z SMS-ów albo nawet z rozmów telefonicznych. – Proszę sobie wyobrazić, że ktoś panią szkaluje w sieci, chce pani podać go do sądu, a do tego potrzebny jest dowód. Potrzebna jest więc wizyta u notariusza, który otworzy daną stronę, wydrukuje, podpisze, że faktycznie tak się działo. Notariusz staje też przed koniecznością uczestniczenia, nawet gdyby nie chciał, w konfliktach międzyludzkich. Stawienia czoła sytuacjom ekstremalnym. Wzywają go do szpitali, gdzie umierają ludzie, do zakładów karnych, domów opieki. To wymaga nie tylko profesjonalizmu, ale także hartu ducha. I to nie jest wcale praca od-do.
Szmigiera-Wyrzykowska przyznaje, że wybierając ten zawód, miała w tyle głowy także to, że jej dzień pracy będzie bardziej uporządkowany niż tych, którzy zajęli się np. adwokaturą. Ale czasy się zmieniły: to klient dziś jest szefem. Płaci, żąda, wymaga. – Chce na przykład spotykać się w sobotę, bo w ciągu tygodnia pracuje. Albo ma czas dopiero po 18 – opowiada. Stara się trzymać reżim, bo inaczej nie byłaby w stanie funkcjonować (jej dziecko ma dopiero pół roku), ale czasem musi pójść na kompromis. Na szczęście, jak mówi, jej mąż nie jest prawnikiem, więc odpada pierwiastek rywalizacji, co często się zdarza w takich stadłach. Ale jest architektem, a to także wolny zawód, więc w ich rodzinie nie ma mowy o takim luksusie, jak urlopy macierzyńskie czy ojcowskie. – Przestaje mnie boleć głowa i dobrze śpię, kiedy wiem, że zarobiłam już na koszta – mówi. I nie jest w tym odosobniona. Wprawdzie adwokat może mieć praktykę (i kancelarię) wirtualną, ale daleko na tym nie zajedzie. A w przypadku notariusza jest to w ogóle wykluczone.
Barbara Nintza, notariusz ze Szczecinka, zauważa, że jest jeszcze coś takiego, jak godność sprawowanej funkcji. To się wiąże z wydatkami. Kancelaria w nie najgorszym punkcie. Sprzęt, który trzeba naprawiać i wymieniać. Personel, bo choć dziś coraz częściej notariusz podaje klientom numer swojego telefonu komórkowego (co kiedyś było nie do pomyślenia), to powaga urzędu wymaga, aby klient był jednak należycie obsłużony. Ona sama przeszła do notariatu z pozycji radcy prawnego, w 2002 r. Wtedy był to zawód prawniczy prawie zamknięty, mury niemal nie do przeskoczenia. Barbara Nintza na odpowiedź na swój wniosek czekała rok. Samorząd notarialny zaopiniował go negatywnie, chodziło o to, żeby nie zaburzać delikatnego ekosystemu. Pomogło jej orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2001 r., który stwierdził, że samorząd nie może ograniczać dostępu do zawodu poprzez egzamin dla kandydatów z innych zawodów prawniczych spełniających wymogi ustawowe. Ponadto Ministerstwo Sprawiedliwości stało na stanowisku, że opinia samorządu nie jest dla niego wiążąca w kwestii wydawania zgody na wykonywanie zawodu i lokalizację kancelarii notarialnej. – Ale to spowodowało, że grupa zawodowa, która jakieś dziesięć lat temu liczyła 1200 osób, dziś ma 3200 członków – tłumaczy. I zwraca uwagę, że deregulacja skróciła czas dojścia do zawodu i obniżyła poprzeczkę trudności egzaminu zawodowego. Jednocześnie niedobrze, że młodzi adepci tego zawodu nie mają się od kogo uczyć, nie ma im kto prostować kręgosłupa moralnego, popychać w dobrą stronę. Tłumaczyć, że w tej profesji najważniejsza jest rozwaga i ostrożność. – Młodość jest odważna i nierozważna, co może powodować wielkie straty dla klienta, których nawet najlepsze ubezpieczenie nie pokryje – zauważa Barbara Nintza.
Bieg z przeszkodami
Jeden z moich rozmówców, który woli zostać anonimowy (akurat jest to mężczyzna), podsumowuje: – W notariacie, tak jak w innych zawodach prawnych, zrobił się tłok. A to powoduje, że muszę pracować dwa razy tyle, ile kiedyś, ponosić dwa razy większe koszty, a zarabiam dwa razy mniej. Czyli wychodzę niemal na zero. No, prawie – mityguje się. Z tym zerem oczywiście przesadził, ale faktycznie: jeśli w wolnych zawodach prawniczych dochody zleciały na łeb na szyję, to notariusze odczuli to najbardziej. Jak zauważa jeden z rozmówców, jeśli 10 lat temu miesięczne zarobki mogły wynosić nawet 50 tys. zł, a dziś oscylują wokół 10 tys., to odbierane jest to jako totalna nędza. I musi budzić frustrację. Zwłaszcza wśród starszego pokolenia.
Tyle że ci starzy są wciąż bardzo młodzi. I wciąż są w lepszej sytuacji od tych dopiero wstępujących na rynek. Michał – nazwijmy go tym imieniem, bo prawdziwego, podobnie jak nazwiska, nie zdradzi – zna te wszystkie reguły gry. Choć jest spoza prawniczego środowiska, jednak był doskonałym studentem i egzaminy branżowe pozdawał na piątkę. Przez parę lat się bujał, starając zaczepić w jakiejkolwiek instytucji, choćby firmie dającej szansę na dalszy rozwój zawodowy. Wysłał setki CV, chodził na rozmowy. Nie można powiedzieć, że biedował, bo ma w miarę zamożnych, ustosunkowanych rodziców, w dodatku zarabiał na swoje potrzeby jako trener w kilku dyscyplinach sportowych. Ale i tak był na aucie. Teraz załapał się na staż do jednej z lepszych kancelarii i ma takie postanowienie, że nie odpuści, nie da się stamtąd wywalić. Będzie parzył kawę/herbatę, robił za gońca, a po nocach analizował sprawy. I za rok, dwa przekonacie się wszyscy, on wam pokaże.
Agnieszka Regel-Brajsa, radca prawny (weszła na rynek w 2011 r.), doskonale go rozumie. Jej się poszczęściło, jeszcze się załapała na koniunkturę. Po prawie poszła na dziennikarstwo, ale ni z tego, ni z owego znalazła pracę (z ogłoszenia) w dużym koncernie – jako prawnik. Rozwijała się razem z firmą, w przyspieszonym tempie – z 250 pracowników do 2,5 tys. w jeden rok. Przeskoczyła kilka etapów, wzięła z rozpędu kilka wielkich przeszkód. I dziś niczego się nie boi. Ani wyzwań, ani konkurencji. Bo wie, że sobie poradzi. – Handel międzynarodowy, cło, branża IT, zarządzanie. Jest wiele dróg, którymi mogę pójść – mówi. I ja jej wierzę, bo oprócz tego uprawia karate i boks. Biega, wprawdzie jeszcze nie półmaratony, ale to jest jej cel. – Tak, wiem, że dobrze już było. Że ten dzisiejszy świat prawniczy nijak nie przystaje do tego, który otaczał nas 10 czy 20 lat temu – mówi. I zaraz dodaje, że ona i jej przyjaciele innego świata nie znają. Innej rzeczywistości. To ta jest ich, więc muszą ją oswajać, orientować się, jak w niej funkcjonować, jak żyć. Agnieszka Regel-Brajsa nie kontestuje tego, co jest. Ma mnóstwo dobrych chęci, wiedzy i siły.
I to jest chyba właśnie to. Że mimo tej mizerii, trudnego rynku, kłopotów branża prawnicza ma wciąż siłę i rozpęd. Tudzież z większym optymizmem patrzy w przyszłość. To, jak tłumaczy prof. Janusz Czapiński, tylko pozorny paradoks. W naturze ludzkiej tkwi to, że branie przeszkód jest celem życia. Nie tylko kasa. Nawet w przypadku prawnika.