W ubiegłym tygodniu Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew przeciwko reprezentowanemu przez pana wydawnictwu PWN (sygn. IV C 140/15). Uczestnik walk w getcie warszawskim Szymon Rathajzer (po zmianie nazwiska – Symcha Rotem) domagał się opublikowania przeprosin za to, że bez jego zgody wykorzystano fragmenty jego listów do łączniczki Ireny Gelblum w książce jej poświęconej. Do jakich wniosków doszedł sąd?

Przede wszystkim uznał, że nie naruszono dóbr osobistych w zakresie ochrony prywatności i tajemnicy korespondencji. Doszedł bowiem do wniosku, że dysponentem listów jest ich odbiorca, a tym była nieżyjąca już Irena Gelblum, a obecnie jej córka i spadkobierczyni. Ta zaś wyraziła zgodę na publikację. Sąd doszedł więc do wniosku, że zgoda autora listów nie jest przesądzająca. Istniał zresztą spór o to, czy powód udzielił takiej zgody, czy też nie, gdyż ustalenia były czynione przez autora książki.

Jeśli więc napiszę do pana list, to po jego odebraniu zaczyna pan mieć wyłączne prawo do dysponowania nim i ujawnienia jego treści? Ja zaś, choć jestem autorem, nie mam już nic do powiedzenia.

Tak wynika z tego orzeczenia, a przynajmniej z podanych ustnie motywów. Nie jest ono zresztą pierwsze: znam jeszcze przynajmniej dwa mówiące to samo, obydwa zresztą przywoływałem w toku postępowania. Od tej zasady mogą być jednak wyjątki dotyczące chociażby tajemnicy zawodowej. Gdyby treść listów dotyczyła tajemnicy wojskowej, adwokackiej czy medycznej, wówczas zdaniem sądu opinia nadawcy, jego zgoda, byłyby istotne. W opublikowanych listach nie było jednak takich informacji.

Wyobraźmy więc sobie, że ja w prywatnym liście do pana piszę rzeczy kogoś obrażające czy wręcz pomawiające. Sam nigdy nie zgodziłbym się na ich publikację, traktując je jak prywatną rozmowę. Pan mógłby je upublicznić, a ja później byłbym ciągany po sądach za naruszenie czyichś dóbr osobistych czy nawet pomówienie.

Trudno mi oceniać, jak sąd potraktowałby opisany przez pana stan faktyczny. Jest to inna sytuacja niż będąca przedmiotem postępowania. W listach, które badał sąd, nie było takich treści. Zawierały one głównie pozytywny przekaz, opis życia, aktualnego stanu ducha osób korespondujących. Gdyby treść tych listów była inna, sąd oczywiście mógłby je badać pod innym kątem, niż zrobił to w tej akurat sprawie. Inaczej mogłaby też wyglądać odpowiedzialność autora listów za pomawiające inną osobę sformułowania.

Jednak na czas procesu sąd zadecydował, że książka musi być wycofana ze sprzedaży. Skoro treści tych listów były neutralne czy wręcz pozytywne, to dlaczego tak się stało?

Powód argumentował to tym, że biorąc pod uwagę jego sytuację rodzinną, listy stawiają go w niekomfortowej sytuacji. Przynajmniej tak to przedstawiał w przesłuchaniach odbywających się w drodze pomocy prawnej w Izraelu. Z tego względu do czasu rozstrzygnięcia sporu sąd zadecydował o wydaniu zabezpieczenia w postaci wycofania książki ze sprzedaży. Ostatecznie jednak uznał, że te okoliczności nie mogą świadczyć o naruszeniu dóbr osobistych powoda.

W tej sprawie pojawił się również wątek naruszenia praw autorskich do inkryminowanych listów.

Tak, jest to istotny punkt rozstrzygnięcia. Sąd uznał, że nie stanowią one utworów w rozumieniu prawa autorskiego, a przynajmniej strona powodowa nie wykazała tego. Nie ma zaś domniemania prawnego, że wszystko, co stworzymy, jest utworem. Trudno się z tym nie zgodzić.

Kiedy listy mogłyby zostać uznane za utwór chroniony prawami autorskimi?

Musiałyby zostać spełnione przesłanki wynikające wprost z prawa autorskiego: indywidualny twórczy charakter i oryginalność tych listów. Tymczasem listy te po prostu opisywały, co się dzieje u ich autora. Sąd w ustnych motywach wyroku podkreślił, że jest to normalna korespondencja między dwojgiem ludzi, którzy chcą podzielić się informacjami o tym, co się u nich dzieje. Trudno w takich krótkich, opisowych listach dopatrzyć się charakteru twórczego i oryginalności. Mogłyby one wyjść spod ręki także innych osób. Sąd użył również takiego porównania, że przy podejściu zaprezentowanym przez powoda w zasadzie wszystko, co wychodzi spod ręki (list, e-mail, pisma procesowe etc.), podlegałoby ochronie, jak utwory literackie.