Bank – jak wynika z oświadczenia – stoi na stanowisku, że bezpieczeństwo klientów i reputacja banku stanowią najwyższy priorytet, dlatego też z osobami jawnie łamiącymi porządek prawny nie prowadzi żadnych negocjacji.

Po pierwsze zasada, że z terrorystami się nie negocjuje, to tylko slogan: często się to robi, choćby po to, aby zyskać na czasie. Ba: z terrorystami nie tylko się rozmawia, ale i często płaci okupy. Oczywiście nie trąbi się o tym na wszystkie strony, tylko cynicznie zapewnia się właśnie o polityce „zero negocjacji z bandytami”.

Po drugie, taka polityka doprowadziła do tego, że ucierpiały „najwyższe priorytety” – bezpieczeństwo klientów i reputacja banku. Można się co najwyżej kłócić, co bardziej. Interesy firm – klientów banku, które przez upublicznienie danych zostały wystawione na pastwę losu, czy reputacja instytucji, która z powodu afery pikuje z każdą godziną.

Sposób postępowania z hakerem jest na tyle niezrozumiały, że na ogół wszystko można zarzucić bankowcom, ale nie to, że nie potrafią liczyć. Tymczasem straty, jakie może ponieść ta firma, grubo przewyższają już 200 tys. zł. Mam na myśli nie tylko odpływ depozytów, jaki będzie efektem utraty zaufania narażonych na ryzyko klientów, możliwość kar nałożonych przez GIODO, ale przede wszystkim ewentualne odszkodowania dla pokrzywdzonych wyciekiem firm. Nie wspominam już o wydatkach, jakie Plus Bank ponieść będzie musiał na kampanię promocyjną i reklamową, by klienci uwierzyli, że nie tylko pilnuje ich pieniędzy, ale i strzeże danych.

Nie wiem, na ile sprawa wycieku podważy zaufanie klientów do sektora bankowego w ogóle. O ile jednak można, choć z trudem, wyobrazić sobie osobę fizyczną, która nie będzie korzystać z bankowości elektronicznej, to trudno wyobrazić sobie takiego przedsiębiorcę. Ci na korzystanie z banków są skazani. Teraz to od banków zależy: czy skazani na sukces, czy na Shawshank.