Dawno nie widziałem tylu opinii przesyłanych podczas konsultacji społecznych, jak przy projekcie nowelizacji ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, który przygotowało MKiDN.

Projekt dotyczy m.in. dozwolonego użytku publicznego. Ta tematyka zawsze będzie się cieszyła olbrzymim zainteresowaniem, bo jeżeli możemy coś zrobić na podstawie i w granicach dozwolonego użytku, nie musimy pytać uprawnionego o zgodę i płacić za licencję. De facto więc ochrona autorskich praw majątkowych przestaje wówczas obowiązywać. Nie dziwi aktywność organizacji pozarządowych, zwłaszcza tych, które zabiegają, by z jak największej ilości treści można było korzystać za darmo. Zwiększa to także ruch w internecie, który generuje pośrednikom internetowym zyski z reklam. Z drugiej strony mamy organizacje zbiorowego zarządzania i inne stowarzyszenia uprawnionych zainteresowanych wąskim zakresem dozwolonego użytku. On z kolei pozwala zarabiać na udzielaniu licencji.

Chyba niełatwo o kompromis?

I tak, i nie. Część zaproponowanych przez nas zmian to próba uporządkowania czegoś, co życie już i tak uregulowało samo. Choćby prawo instytucji kultury do cyfrowego zwielokrotniania zbiorów w celu ich ochrony. One to i tak robią, tylko że bez umocowania w ustawie. Inaczej trudno byłoby wyobrazić sobie jakąkolwiek digitalizację. Projekt tę sprawę przesądza, ale z ważnym zastrzeżeniem – zwielokrotnienie nie powinno służyć zwiększaniu zbiorów, które są udostępniane dalej ludziom. Instytucje kultury nie istnieją po to, by zastąpić sektor kreatywny w tworzeniu kopii utworów i ich dystrybucji. Zwłaszcza, że koszty ich funkcjonowania ponosimy wszyscy, w tym także firmy z sektora kreatywnego, które płacą w Polsce podatki zależne od wysokości zysków ze sprzedaży swoich produktów. Racje więc trzeba było zawsze ostrożnie wyważać. Po prostu pamiętać, że dozwolony użytek nie jest po to, by zmienić ochronę prawa autorskiego w fikcję, lecz by ograniczać ją wtedy, gdy przemawia za tym interes publiczny .

Podobnie wyglądała sytuacja z wyjątkiem edukacyjnym, który daje prawo do bezpłatnego korzystania z utworów w nauczaniu na odległość.

Kilka organizacji pozarządowych domagało się, by nie ograniczać go tylko do instytucji oświatowych. Chciały, by każdy, kto uczy – więc także podmioty robiące to w celach wyłącznie zarobkowych – mógł korzystać z tego wyjątku. Mimo, że prawo europejskie pozwala na takie rozwiązanie, nie ma w Unii państwa, które by poszło tak szeroko – szczególnie, gdy wyjątek pozwala na eksploatację cyfrową. W trzech państwach Unii, w których teoretycznie nie ma ograniczenia podmiotowego, wyjątek ten zawężono po prostu w inny sposób. Holandia w ogóle nie stworzyła możliwości korzystania z utworów w celu prowadzenia badań naukowych. We Włoszech każdy sposób korzystania w celach edukacyjnych wiąże się z odpłatnością. A w Wielkiej Brytanii musi to być korzystanie w tzw. uczciwy sposób. My zdecydowaliśmy się na wyjątek ograniczony do szeroko rozumianych instytucji oświatowych, ale bezpłatny i pozwalający na korzystanie z utworów w nauczaniu na odległość, a więc także w cyfrowej formie. I wygląda to na sensowny kompromis. Inaczej przepis zmieniłby się w zaproszenie do nadużywania prawa bez żadnej realnej kontroli, a więc także możliwości reakcji ze strony uprawnionych.

Sporo kontrowersji budzą zmiany w prawie cytatu. Ostatecznie stanęło na tym, że cytatem można posłużyć się tylko w innym utworze. Czy zatem jeśli ktoś na Facebooku, blogu czy stronie internetowej po prostu przeklei mój artykuł, będzie mieścił się w prawie cytatu?

Nie widzę takiej możliwości, jeżeli nie są spełnione pozostałe przesłanki pozwalające na cytowanie. Takie proste przeklejenie oznacza tak naprawdę wyłącznie zwielokrotnienie utworu i jego publiczne udostępnienie. Proste kopiowanie to nie cytowanie – gdzieś musi być miejsce na własną kreatywność. Dopiero gdy ktoś zrobi to w jakimś celu, np. podjęcia polemiki czy skomentowania pana tekstu, a potem umieści jego fragment w ramach swojego utworu (choćby właśnie polemiki), będzie mógł powołać się na prawo cytatu.

A popularne w internecie memy będą się mieścić w prawie cytatu?

Dla mnie raczej w zakresie parodii, pastiszu czy karykatury, czyli kolejnego wyjątku, który jest uwzględniony w projekcie. Memy zakładają raczej przetworzenie pierwotnego utworu, a nie jego wierne przytoczenie, jak właśnie cytat. Projekt uwzględnia orzecznictwo sądów i poglądy przedstawicieli doktryny, którzy wyinterpretowali istnienie i zakres prawa do parodii, pastiszu lub karykatury z przepisów o prawie cytatu. Teraz tego rodzaju wykładnia nie będzie potrzebna. Użytkownicy internetu tworzący memy powinni mieć – i temu też służy projekt – zapewnione prawne bezpieczeństwo i swobodę ekspresji. Bez względu na jej jakość, z którą bywa różnie. Ale istota problemu tak naprawdę tkwi gdzie indziej – ruch, który memy generują w sieci, powiększa zyski pośredników internetowych. W UE trwa dyskusja nad nałożeniem na nich obowiązku dzielenia się częścią pieniędzy z tego tytułu z twórcami, których utwory służą do tworzenia memów.

Dla wydawców i dziennikarzy problemem jest tzw. press clipping, czyli monitoring mediów i sprzedawanie dostępu do tekstów pogrupowanych tematycznie. Czy projektowane usunięcie art. 30 prawa autorskiego, który pozwala tzw. ośrodkom dokumentacji na rozpowszechnianie fragmentów publikacji, rozwiąże ten problem?

Na pewno nie do końca, przy czym problem nie tkwi wyłącznie w przepisach, ale też w ich interpretacji. Dla mnie prywatna firma, która w celach stricte komercyjnych korzysta z cudzej twórczości i konkuruje w jej dystrybucji z uprawnionymi, tak naprawdę jedynie udaje, że jej działalność mieści się w ramach dozwolonego użytku. Ale od rozstrzygania tego rodzaju sporów są sądy. Sam przepis jest z pewnością anachroniczny: dotyczy, bo może zgodnie z prawem europejskim dotyczyć, wyłącznie analogowych form korzystania o ubocznym znaczeniu. Na pewno istnieje potrzeba stworzenia sprawnych mechanizmów licencyjnych dla press clippingu. W wielu państwach opierają się one na tzw. rozszerzonym zbiorowym licencjonowaniu. Firma press-clippingowa przychodzi po licencję co do zasady do organizacji zbiorowego zarządzania i nabywa ją na cały rynek, poza prawami tych wydawców, którzy oświadczą, że chcą sami licencjonować dostęp do własnych treści. Wtedy po licencję na konkretne treści trzeba też pójść do nich. W Polsce jesteśmy na etapie sugerowania, że w zasadzie żadna licencja nie jest potrzebna. Dobra okazja do rozmowy o rozszerzonym zbiorowym licencjonowaniu będzie już niedługo: czeka nas wdrażanie dyrektywy o zbiorowym zarządzie.

Projekt reguluje podnoszony od lat problem dzieł osieroconych. Czy wreszcie będą one szerzej dostępne?

Tak, chociaż daleki jestem od tego, by mówić, że problem został do końca załatwiony. To jednak wynika z dyrektywy, która jest zbyt wąska. Uprawnionymi do korzystania z dzieł osieroconych na podstawie dozwolonego użytku mogą być jedynie instytucje kultury, instytucje ochrony dziedzictwa filmowego czy nadawcy publiczni. Co więcej, dyrektywa jest też wąska przedmiotowo – bo z dzieł osieroconych można korzystać tylko na dwóch polach eksploatacji: zrobić ich kopię i udostępnić ją w internecie. Co oznacza, że np. Filmoteka Narodowa nadal nie będzie mogła, na podstawie dozwolonego użytku, wyświetlić osieroconego filmu, a publiczna telewizja go wyemitować. Na pewno jednak dostęp publiczności do dzieł osieroconych będzie szerszy niż obecnie.

Słychać też głosy, że procedura poprzedzająca uznanie dzieła za osierocone jest skomplikowana.

Na pewno droga i czasochłonna, ale na to nic nie możemy poradzić, bo takie obowiązki nakłada dyrektywa. Zgodnie z nią instytucja musi przeprowadzić staranne poszukiwania uprawnionych we właściwych bazach danych, a następnie zgłosić utwór do specjalnego europejskiego rejestru. Zgłoszenie pozwala na korzystanie z danego utworu w zakresie, w jakim jest osierocony, na terenie całej Unii Europejskiej. Niektórzy w Polsce chcieliby tę procedurę doprowadzić do absurdu, a korzystanie z dzieł osieroconych w ogóle zablokować, sugerując np. że każdy wpis utworu do rejestru winien wymagać decyzji administracyjnej ministra i kontroli sądu administracyjnego. Ewentualne odwołania – zgodnie z tym pomysłem – powinna składać organizacja zbiorowego zarządzania. Nikomu w Europie – a dyrektywę implementowano już w kilkunastu państwach – nie udało się na razie wpaść na podobny pomysł.

Ten mechanizm w końcu zadziała, czy nie?

Zadziała, ale tylko częściowo. Wydaje się, że najtrudniej będzie przy utworach audiowizualnych: tutaj staranne poszukiwania mogą dotyczyć nawet kilkudziesięciu uprawnionych. Łatwiej w przypadku książek czy utworów muzycznych. Kompleksowe uregulowanie problemu utworów osieroconych wymaga wspomnianego już rozszerzonego zbiorowego licencjonowania. Tak załatwiono to skutecznie, np. w Skandynawii. Wtedy powstaje możliwość korzystania z dzieł osieroconych także do celów komercyjnych, na wszystkich polach eksploatacji i bez konieczności przeprowadzania starannych poszukiwań. Na razie wdrażamy dyrektywę, ale – jak już mówiłem – dyskusję o rozszerzonym zbiorowym licencjonowaniu chcemy zacząć za chwilę.

To teraz kluczowe pytanie: czy są w ogóle szanse na to, by przygotowany przez was projekt został przyjęty przez Sejm tej kadencji?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Bardzo mi na tym zależy, chociażby dlatego, że zespół ludzi pracujących nad projektem włożył w niego naprawdę sporo wysiłku. Dodatkowo cały proces legislacyjny – przynajmniej w przypadku koniecznej implementacji dyrektyw – musiałby być powtórzony jeszcze raz po wyborach. Cierpliwość Komisji Europejskiej wobec Polski też ma swoje granice, a my nie możemy w wielu sprawach w kółko zaczynać od początku. Mogę zagwarantować, że ministerstwo zrobi wszystko, by prace toczyły się sprawnie. Teraz jednak projekt jest już w Sejmie i wszystko będzie zależeć od zaangażowania posłów.