Artykuł 22 ust. 1 pkt 2 ustawy o swobodzie działalności gospodarczej (t.j. Dz.U. z 2013 r. poz. 672 ze zm.) stanowi, że dokonywanie lub przyjmowanie płatności związanych z wykonywaną działalnością gospodarczą następuje za pośrednictwem rachunku bankowego przedsiębiorcy w każdym przypadku, gdy wartość transakcji przekracza 15 tys. euro (niespełna 61 tys. zł).

Resort finansów oraz sektor bankowy twierdzą, że ten próg jest zbyt wysoki. Ich zdaniem należałoby zmniejszyć go do co najwyżej 3 tys. euro (ok. 12 tys. zł). Jako argument wskazuje się m.in. to, że podobne limity przyjęte są np. w Belgii i we Włoszech. Zdaniem urzędników zmiany można by przeforsować jeszcze w tej kadencji, wprowadzając stosowny przepis do prawa działalności gospodarczej, którego założenia będzie rozpatrywał dziś rząd.

Po co zmniejszać próg? Przedstawiciele Ministerstwa Finansów mówią wprost: aby ograniczyć szarą strefę. Powołują się przy tym na raport prof. Schneidera „The Shadow Economy in Europe, 2013”, z którego wynika, że zwiększenie płatności elektronicznych o ok. 10 proc. rocznie przez okres kolejnych 4 lat może ograniczyć obszar szarej strefy do 5 proc. Obecnie w Polsce wynosi on niespełna 25 proc. PKB.

– Byłoby to dla organów skarbowych ułatwieniem, jeśli chodzi o kontrolę i nadzór, oraz pozwalałoby ograniczyć uciekanie od opodatkowania – mówi Wiesława Dróżdż, rzecznik prasowy Ministerstwa Finansów. – Argumentacja MF jest absurdalna – ripostuje jednak ostro Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. ZPP na stronie internetowej nie ukrywa zresztą oburzenia propozycją. Widać to choćby po nagłówku wiadomości informującej o pomyśle resortu: „nieokiełznana chciwość banków”.

Zdaniem ZPP obniżenie progu transakcji bezgotówkowych wcale nie zmniejszyłoby szarej strefy, lecz wręcz by ją powiększyło. – Jeden bardzo chce kupić, a drugiemu zależy na tym, aby szybko sprzedać. A nie mogą przekazać sobie gotówki. Przecież to doprowadzi jedynie do tego, że pieniądze zostaną przekazane, lecz nie zostanie wystawiona faktura – przekonuje Cezary Kaźmierczak.

Tej argumentacji zupełnie nie podziela ministerstwo.

– Dla uczciwego przedsiębiorcy postulat obniżenia progu dla obowiązkowego bezgotówkowego rozliczania się nie stanowi ograniczenia, natomiast dla tych, którzy uciekają od opodatkowania, rzeczywiście będzie problemem – twierdzi Wiesława Dróżdż.

Cezary Kaźmierczak wskazuje także, że dostęp do usług bankowych w Polsce jest daleki od ideału. W wielu województwach nadal standardem jest przekazywanie pieniędzy z rąk do rąk.

ZPP powołuje się przy tym na statystyki Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Wynika z nich, że 10 proc. przedsiębiorstw nie ma komputerów, zaś w ponad 15 proc. nikt nie posługuje się internetem.

Nie zgadza się z tym Mieczysław Groszek, wiceprezes Związku Banków Polskich. Jak tłumaczy, wielu przedsiębiorców nie ma rachunków bankowych nie dlatego, że nie mogą, lecz dlatego, że do tej pory nie czuli takiej potrzeby.

– Wierzę w cywilizującą rolę obrotu bezgotówkowego. Gdy właściciel firmy zacznie posługiwać się internetem, może następnym krokiem będzie rozwój marketingu w sieci, próby optymalizacji kosztów – uważa prezes Groszek.

Jego zdaniem ocena ZPP jest krzywdząca dla sektora bankowego. Banki bowiem rzeczywiście zarobią na rozwoju płatności bezgotówkowych, ale zyskują też przecież na obrocie gotówką.

– Gdzie tu chciwość – pyta retorycznie prezes Groszek. I dodaje, że tak jak rzeczywiście rozwój obrotu bezgotówkowego powinien ograniczyć szarą strefę, tak posądzanie banków o jakiekolwiek porozumienie z resortem finansów jest niewłaściwe. – My naprawdę nie jesteśmy agendą rządową. Chcemy obniżenia progu, bo uważamy to za dobre dla wszystkich, w tym przede wszystkim dla samych przedsiębiorców, szczególnie z segmentu małych i mikro, którzy lepiej będą panować nad swoimi finansami – mówi Groszek.

Ministerstwo Gospodarki, które przygotowało prawo działalności gospodarczej, nie jest jednak zachwycone tą propozycją. Rada Ministrów będzie musiała rozstrzygnąć dzisiaj tę rozbieżność.