Specjalizacja sędziów zdaniem jej zwolenników pozwoliłaby szybciej procedować w sprawach, w których wymagana jest wiedza ekspercka, czasami z wąskiej dziedziny. Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi Ministerstwo Sprawiedliwości. W projekcie nowego regulaminu urzędowania sądów powszechnych znalazł się zapis, na mocy którego sprawy wpływające do wydziału będą mogły być przydzielane według specjalizacji sędziów i referendarzy sądowych.

– To racjonalne rozwiązanie – chwali pomysł dr Andrzej Jakubiec, adwokat z kancelarii Janeta Jakubiec Węgierski, wykładowca na Uniwersytecie Łódzkim. Wspomina, że spotykał się na sali sądowej z sędziami, którzy nie mieli dostatecznego rozeznania w danej branży lub dziedzinie prawa.

Aby sprawy mogły być przydzielane według specjalizacji, będą musiały zostać spełnione dwa warunki. Zgodę na taki podział obowiązków będą musieli wyrazić wszyscy sędziowie i referendarze orzekający w danym wydziale. Musi to być też uzasadnione problematyką spraw i wielkością wpływu.

– Chodzi o to, aby nie było takiej sytuacji, kiedy w niedużym sądzie wpływają rocznie trzy, cztery sprawy z zakresu np. zwalczania nieuczciwej konkurencji i wyłącznie nimi zajmuje się jeden wyspecjalizowany sędzia, podczas gdy jego koledzy obrabiają wszystkie pozostałe – tłumaczy Łukasz Piebiak, sędzia, członek Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

W środowisku pomysł spotkał się z aprobatą. – Są przecież sędziowie, którzy rozwijają się naukowo w pewnej określonej dziedzinie. Dlaczego nie wykorzystać ich wiedzy? – pyta retorycznie Waldemar Żurek, członek Krajowej Rady Sądownictwa. Zwłaszcza że byłoby to z korzyścią dla wszystkich.

– Sprawy, jeżeli będą trafiać do sędziego specjalisty w danej dziedzinie, z całą pewnością będą prowadzone sprawniej, co pozytywnie powinno się przełożyć na długość ich trwania. Taki sędzia, dysponując większą niż przeciętne wiedzą i doświadczeniem, będzie w stanie od razu ustalić, co jest istotne dla ich rozstrzygnięcia, i odpowiednio do tego pokierować procesem, unikając podejmowania zbędnych czynności – wyjaśnia Piebiak.

Eksperci przewidują, że rozwiązanie to sprawdzi się w dużych okręgach sądowych – warszawskim czy krakowskim. Do mniejszych rzadko wpływają sprawy na tyle skomplikowane, aby wymagały od sędziego wiedzy specjalistycznej.

To rozwiązanie jest odpowiedzią, choć połowiczną, na płynące od lat ze strony przedsiębiorców postulaty utworzenia sądu własności intelektualnej. Dwa lata temu w tej sprawie do ministra sprawiedliwości wystąpił nawet minister kultury.

Sędziom podoba się również pomysł, aby sprawy były przydzielane im według alfabetu oraz kolejności ich wpływu.

– To pozwoli uniknąć zarzutów o przydzielanie według klucza politycznego czy jakiegokolwiek innego. Nie od dziś publicznie formułowane są tak absurdalne tezy, że dane postępowanie prowadzi sędzia Igrekowski, bo jest zwolennikiem rządu czy opozycji – zauważa Waldemar Żurek.

Nie będzie też zarzutów, że ktoś w ramach nagrody otrzymuje sprawy łatwiejsze, a inny jako formę kary – trudniejsze.

Entuzjazmu za to nie wywołuje proponowane rozwiązanie, by przerwy między posiedzeniami w danej sprawie nie były dłuższe niż trzy miesiące.

– Ten przepis może się okazać niewykonalny w praktyce i należy raczej traktować go w kategorii postulatu, a nie jako oblig. Po co wyznaczać termin rozprawy, skoro wiemy, że do tego czasu np. biegły nie zdąży przygotować opinii? Jeżeli ten zapis regulaminu będzie konsekwentnie egzekwowany przez prezesów sądów, to może dojść do paradoksalnych sytuacji, że sędzia będzie wyznaczał rozprawę, ale nie będzie się na niej nic działo – kwituje Waldemar Żurek.