Oczywiście mandatów nie płacą ci, co nie przekraczają prędkości i nie przejeżdżają na czerwonym świetle. Jest więc pozornie prosta metoda uniknięcia „fotek z wakacji”. Problem jednak w tym, że podróż z Warszawy do Kołobrzegu to co najmniej 7 godzin, a dodając do tego postój (jadąc w kilka osób jest to konieczne), robi się 8, a z dziećmi nawet 10. Ścisłe przestrzeganie prędkości może dodatkowo wydłużyć ten czas. Powoduje to, że kierowcy - jeżeli tylko to możliwe - starają się „gonić czas”, co przekłada się na zbyt szybką jazdę (tj. ponad 50 km/h, a czasem nawet ponad 40).

Pomijając szaleńców, samobójców i szpanerów - większość przynajmniej stara się dostosować prędkość do warunków jazdy. Ważne jest przy tym to, co podkreślają wszyscy eksperci - ograniczenie prędkości to wymóg prawny. Prędkość bezpieczna to zaś prędkość, przy której panuje się nad samochodem i nie stwarza zagrożenia na drodze. Prędkość ta może być zarówno wyższa (gdy ograniczenie prędkości nie ma większego uzasadnienia), jak i niższa od wskazanej na znakach (np. w czasie mgły).

Kierowców boli nie tyle to, że fotoradary są co chwilę, że droga przelotowa ma ograniczenie do 40, a na odchodzących od niej ulicach można jechać już 50 (patrz Biały Bór), tylko to, że fotoradary nie służą poprawie bezpieczeństwa, tylko poprawie finansów samorządowych. Jak inaczej można traktować ustawienie „śmietnika z obiektywem” 100 metrów za wjazdem do danej miejscowości, gdzie w okolicy nie ma przejścia dla pieszych, szkoły, szpitala czy chociażby wyjazdu z budowy?

W ostatnie wakacje byłem w okolicach Kołobrzegu… Jakiś czas po powrocie listonosz przyniósł list spod Koszalina zawierający zdjęcie samochodu en face. A ja miałem prawo wyboru - wskazać, czy nie wskazać sprawcę (cennik wg taryfikatora). Skoro więc wykroczenie (przekroczenie prędkości) było popełnione, a ja co do zasady staram się przestrzegać prawa, trzeba ponieść konsekwencje. Ale tu pojawił się problem. W drodze powrotnej kilkukrotnie zmieniałem się za kierownicą z żoną -zmusił nas do tego m.in. problem choroby lokomocyjnej u naszego dziecka, służbowy telefon przez który mimo wakacyjnej podróży musiałem znów zaprzyjaźnić się z komputerem, czy po prostu zmęczenie. Jedną z takich zmian zrobiliśmy za Koszalinem. Ile za Koszalinem? - nie mam pojęcia. W tamtym momencie nie było to dla mnie istotne. Mogło to być zarówno przed „fotografem”, jak i za nim. W kopercie „na całe szczęście” było zdjęcie. A dokładniej jego wydruk. Pasażer był zasłonięty - widać było tylko kierowcę. A dokładniej kogoś lub coś, co kierowało pojazdem. Obraz był bowiem tak zniekształcony i zamazany, że mogła to być zarówno moja żona, jak i ja albo dowolna inna osoba oraz strzyga, mara lub inny demon czy kosmita. 

kierowców nadprzyrodzonych, zostawało do wyboru dwóch: - żona i ja. Straż Gminna na pewno dysponowała zdjęciem oryginalnym lub przynajmniej zdjęciem w lepszej rozdzielczości. Wysłałem więc do SG pismo z prośbą o pomoc w ustaleniu sprawcy wraz z argumentacją i przesłanie zdjęcia, które umożliwi mi ustalenie sprawcy wykroczenia. SG uznała jednak, że popełniłem kolejne wykroczenie polegające na niewskazaniu osoby, której powierzyłem pojazd i skierowała sprawę do sądu. Na nic zdało się moje zapewnienie w kolejnym piśmie, że nie uchylałem się od wskazania sprawcy i by wypełnić swój obowiązek prosiłem jedynie o pomoc. SG była nieugięta, a sprawa trafiła do sądu.

Z mojego punktu widzenia sytuacja była jednak patowa. Oczywiście mogliśmy z żoną rzucić monetą i ujawnić SG sprawcę wskazanego przez los. Problem jednak w tym, że jeden z potencjalnych kierowców jest kobietą, a drugi mężczyzną, co niewątpliwie na bardziej wyraźnym zdjęciu dałoby się zauważyć - pytanie jednak, czy oryginał zdjęcia faktycznie pozwalał na identyfikację. Jeżeli zatem bym się pomylił i wskazał niewłaściwą osobę, poświadczyłbym nieprawdę w dokumencie urzędowym, co wywołałoby znacznie poważniejsze skutki prawne (sprawa karna, a nie sprawa o wykroczenie).

Po świętach otrzymałem pismo z sądu zawierające Wyrok Nakazowy w Imieniu Rzeczypospolitej Polskiej określający wysokość grzywny plus zwrot kosztów postępowania. Jako przykładny obywatel ponownie chciałem pilnie wypełnić swój obowiązek i zapłacić całą należność i tu pojawiły się kolejne schody - brak informacji na jakie konto mam dokonać zapłaty Pozwoliłem sobie zadzwonić do sądu w Koszalinie. Przemiły Pan z informacji wyjawił mi, że owszem nakaz taki został wydany i będę musiał go zapłacić, ale numer rachunku otrzymam w następnej korespondencji. Nie chcąc mieć długów w Nowy Rok, zasugerowałem, żeby podał mi ten numer, to od razu zapłacę i zamkniemy temat. Okazało się to jednak niemożliwe. Koszalin ma przesłać akta do mojego miasta, a mój sąd ma mi przesłać kolejne pismo z numerem konta, więc w 2015 r. wszedłem z niezapłaconym wyrokiem… (żeby tylko cały rok nie był taki!).

Można się zatem zastanawiać, czy SG rzeczywiście łata budżet mandatami - swój może i tak, ale patrząc całościowo od strony administracji - raczej niekoniecznie (przynajmniej w moim przypadku). Propozycja SG złożona mi na początku postępowania opiewała na 200 zł - wyrok sądu jest zbliżony. SG musiała mnie za tę kwotę zidentyfikować, wysłać do mnie pismo, a nawet dwa. Potem założyć sprawę w sądzie.

Sąd musiał sprawę rozpatrzyć i wydać wyrok - zaangażował więc sędziego i protokolanta. Kolejny raz trzeba było wysłać do mnie korespondencję. Teraz trzeba przesłać akta do mojego sądu, który musi zapoznać się ze sprawą i wysłać do mnie kolejny list. Oznacza to zatem godziny papierkowej roboty i zaangażowania wielu osób. Dużym uproszczeniem byłoby wysyłanie do pozwanego wyroku od razu z numerem konta, dzięki czemu koszty ulegną obniżeniu - wymagałoby to jednak zmiany procedury.

Analizując przebieg sprawy, doszedłem do wniosku, że koszt postępowania był wyższy, niż wpływ z mojego mandatu zamienionego później na grzywnę. Tym samym pozostaje mi tylko jedno - powiedzieć: PRZEPRASZAM CIĘ BUDŻECIE!

Paweł Ziółkowski
Kierowca