Co chwila słyszę od młodych prawników – świeżo upieczonych absolwentów studiów prawniczych czy już aplikantów – że rynek ciężki, mało płacą, a konkurencja i wymagania bardzo duże. W dodatku z roku na rok jest coraz gorzej, bo studia prawnicze należą do najchętniej wybieranych kierunków, a aplikacje kończy znacznie więcej osób niż jeszcze dziesięć lat temu. Głowa do góry! W nowych realiach rynkowych, gdzie coraz ważniejszą rolę odgrywają korporacje, miejsca dla wszelkiej maści prawników jest wbrew pozorom bardzo dużo.

Co spowodowało, że zostałem prawnikiem, a w konsekwencji – radcą prawnym obsługującym korporacje, a później pracującym dla nich jako menedżer? Czy idąc na prawo i administrację na Uniwersytecie Warszawskim myślałem, że kilkanaście lat później będę siedział w garniturze przy biurku, stukał jak szalony w klawiaturę komputera i rozmawiał jednocześnie przez komórkę i telefon stacjonarny? Gdzie tam, nic takiego nie chodziło mi po głowie. Postanowiłem zostać prawnikiem... bo uznałem, że egzaminy wstępne są na tyle łatwe, że powinienem je zdać. Oto, co zdecydowało o moich późniejszych losach.

Teraz jest inaczej, już w gimnazjum i liceum uczniowie doskonale wiedzą, jakie studia wybrać. Szkoda tylko, że głównym kryterium wyboru są prestiż uczelni, zainteresowania, sugestie rodziców, a nie możliwości zawodowe, jakie daje zdobyte wykształcenie. Stąd właśnie tak wielu zagubionych młodych prawników, szukających pracy przede wszystkim w kancelariach i firmach konsultingowych.

Wątpliwy urok time sheetów

To oczywiście naturalny kierunek rozwoju zawodowego. Po latach nauki kodeksu cywilnego, prawa handlowego, najprzeróżniejszych procedur, chcemy wykorzystywać tę wiedzę w praktyce. Sam tak zaczynałem, tuż po studiach terminowałem przez prawie cztery lata w firmie prawniczej, specjalizując się w prawie autorskim i prawach pokrewnych, potem na dwa lata przeszedłem do Ernst & Young, gdzie doradzałem w zakresie prawa własności intelektualnej.

Problem jest taki, że nie każdego prawnika, adwokata, radcę prawnego taka droga interesuje. Może nie sama obsługa i prowadzenie spraw, ale wszystko, co się z tym wiąże, czyli pozyskiwanie nowych klientów, wypełnianie time sheetów – arkuszy opisujących liczbę godzin spędzonych nad danym dossier, wreszcie rozliczania faktur i użerania się z klientami, by płacili w terminie. Mój kolega Grzegorz, świetny radca prawny, z którym razem pracowaliśmy w Ernst & Young, właśnie dlatego zostawił praktykę doradczą i został dyrektorem działu prawnego jednej z firm farmaceutycznych. Ja zresztą zrobiłem tak samo. Kiedy zorientowałem się, że taki sobie ze mnie prawnik doradca i że w konsultingu wielkiej kariery nie zrobię, przeniosłem się do korporacji i zostałem dyrektorem biura zarządu Lukas Banku (obecnie Crédit Agricole).

Z prawnikami korporacyjnymi i prawnikami konsultantami jest jak z aktorami występującymi w teatrze i w filmach. Mimo że kończą te same studia, ich ścieżki i umiejętności zawodowe bardzo się od siebie różnią

Kariery menedżerskie

Korporacje to istny raj dla prawników! Po pierwsze, każda duża firma ma swój dział prawny, największe korporacje potrafią zatrudniać nawet kilkudziesięciu korporacyjnych prawników (in-house lawyers) pracujących w dziale prawnym. Część z nich przygotowuje lub akceptuje umowy, a jest ich tutaj co niemiara, bo i masówka z konsumentami, kontrakty z kluczowymi klientami, dla biznesu, marketingu, sponsoringu, PR, umowy związane z bieżącą działalnością, także dla HR, IT i administracji.

W gestii prawników korporacyjnych leży również pilnowanie statutów, procedur i regulaminów opisujących nawet najmniejszy skrawek rzeczywistości w szklanych domach. Każdy dokument musi przejść akceptację in-house’ów, bez ich zgody, poprawek nic, co rodzi formalne konsekwencje, nie może być podpisane. Występują przed sądami, w urzędach, na negocjacjach, a przy trudniejszych, wymagających specjalistycznej wiedzy sprawach współpracują z kancelariami zewnętrznymi. Mają pieczę nad zmianami zachodzącymi w ustawodawstwie krajowym i unijnym, pilnując, by nie wpływały niekorzystnie na biznes. To ciekawa praca, za całkiem dobre pieniądze, bo duże firmy nieźle płacą.

Dodatkowo prawnicy korporacyjni mają okazję uczestniczyć w obsłudze ogromnych (nie tylko pod względem finansowym, ale i formalnym) transakcji. Pracując w Lukas Banku, brałem udział w negocjowaniu odejścia założyciela banku – Mariusza Łukasiewicza.

Po drugie, prawnicy korporacyjni rozsiani są po innych departamentach, odpowiadających za formalne funkcjonowanie tak złożonego organizmu, jakim jest korporacja. Mogą pracować w biurze zarządu, zajmując się obsługą władz spółki – zarządu, rady nadzorczej, walnego zgromadzenia, ale i licznych komitetów – w dziale podatkowym czy w departamentach współpracy regulacyjnej, prowadząc relacje z regulatorem, przykładowo na rynku finansowym – z Komisją Nadzoru Finansowego, w telekomunikacji – z Urzędem Komunikacji Elektronicznej. Bardzo często można ich znaleźć w departamentach Compliance, pilnujących, by obowiązujące prawo, regulacje, zasady i standardy były odzwierciedlane w wewnętrznych procedurach i regulaminach. Sam za czasów Lukas Banku pełniłem funkcję compliance oficera.

Wreszcie, po trzecie, wielu prawników robi kariery menedżerskie, przechodząc kolejne szczeble korporacyjnej drabinki, bardzo często odchodząc od swojego pierwotnego wykształcenia. Ktoś może stwierdzić, że marnują w ten sposób czas spędzony najpierw na studiach, a potem na aplikacji. Nie zgodzę się z tym, to moim zdaniem alternatywny, wcale nie gorszy kierunek rozwoju zawodowego prawników, których formalne wykształcenie bardzo przydaje się w szklanych domach. Wystarczy spojrzeć na biografie członków zarządu, czy samych prezesów – znajdziemy tam niejednego prawnika.

Oczywiście studenci prawa czy aplikanci mogą zadać bardzo pragmatyczne pytanie, czy pracując w korporacjach, będą mieli wolne na naukę, praktykę, przygotowania do egzaminów? To oczywiście zależy od przełożonego, ale z mojego doświadczenia wynika, że firmy zgadzają się, by korporacyjni niewolnicy chodzili na studia, uczyli się. Zdarza się nawet, że partycypują w kosztach, pokrywając na przykład część opłat za studia czy aplikację. Nie powinno być więc problemu z wcześniejszym wyjściem z pracy, wzięciem urlopu na przygotowanie do egzaminów.

Przygotowując się do egzaminu radcowskiego, zamierzałem wziąć w Lukas Banku trzy miesiące przerwy, wliczając w to cały urlop wypoczynkowy i dodatkowy miesiąc przewidziany przez ustawę o radcach prawnych. Bałem się, że się nie zgodzą. W końcu tak długa absencja, a tyle spraw do załatwienia. Jak sobie beze mnie poradzą? Okazało się, że dostałem zgodę od szefostwa, a koledzy z pracy trzymali za mnie mocno kciuki.

Zawodnik w dużej drużynie

Z prawnikami korporacyjnymi i prawnikami konsultantami jest trochę jak z aktorami występującymi w teatrze i w filmach (no przynajmniej kiedyś było takie rozróżnienie, teraz i tak wszyscy grają w serialach). Mimo że kończą te same studia, ich ścieżki i umiejętności zawodowe bardzo się od siebie różnią. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym, po kilkunastu latach pracy w korporacji, wrócić do konsultingu. Z kolei moi znajomi konsultanci czy ci, którzy prowadzą własne kancelarie, podkreślają, że nigdy, za żadne pieniądze świata nie zaakceptowaliby roli malutkiego trybika w wielkiej machinie, jaką jest korporacja. Za bardzo cenią sobie niezależność, swój rytm pracy, wyrobioną pozycję na rynku, by zgodzić się na granie w wielkiej drużynie, gdzie w każdej chwili mogą być wymienieni na innego zawodnika.

Niezależnie, jak wyobrażamy sobie naszą karierę, uważam, że warto spróbować choćby na trochę zahaczyć się w korporacji. To jest właśnie moja rada dla tych narzekających młodych prawników, o którym pisałem na początku: staż, kilkumiesięczna praktyka dadzą im odpowiedź, czy znajdą swoje miejsce w takiej organizacji. I nawet jeśli im się nie spodoba, może przeniosą niektóre mechanizmy zarządzania projektami, zadaniami, zespołami, departamentami do swojej późniejszej praktyki adwokackiej, radcowskiej w firmie prawniczej czy własnej kancelarii.