Mają one poprawić statystyki dotyczące wypadków, a także finanse państwa. Resort finansów spodziewa się, że w całym 2013 r. wpływy z fotoradarów przekroczą astronomiczną kwotę 1,5 mld zł. Dla porównania do końca listopada br. zarobiły niespełna 30 mln zł.

Jednak kwestia wpływu radarów na bezpieczeństwo jest bardzo dyskusyjna. Jak udowodniła firma NaviExpert, większości kierowców urządzenia kontrolne wcale nie zmuszają do zdjęcia nogi z gazu. Producent programów nawigacyjnych przeanalizował milion przejazdów na prawie stu trasach w Polsce, m.in. gierkówce z Warszawy do Katowic, S8 w stronę Białegostoku i S7 z Radomia do Kielc.

Okazało się, że średnia prędkość samochodu tuż przed fotoradarem ustawionym na ograniczeniu do 50 km/h wynosi 64 km/h. Gdy urządzenia nie ma, jest to 66 km/h. Innymi słowy, ustawienie radaru skutkuje obniżeniem średniej prędkości aut o skromne 2 km/h. Dochodzi przy tym do innego paradoksu – odsetek kierowców jadących na „pięćdziesiątce” z prędkością 61–70 km/h jest wyższy, gdy na drodze stoi fotoradar (wynosi 38 proc.), niż gdy go nie ma (36 proc.).

Powody takiego zachowania kierowców są dwa. Po pierwsze, wraz ze znakiem informującym o urządzeniu spada prawdopodobieństwo, że w tym samym miejscu ustawi się patrol drogówki z tradycyjnym radarem. Po drugie zaś, kierowcy zdają sobie sprawę, że nie dostaną zdjęcia za przekroczenie prędkości o kilka czy kilkanaście kilometrów na godzinę.

– Nie jest tajemnicą, że służby drogowe ustawiają fotoradary tak, aby wyłapywały tylko pojazdy przekraczające prędkość o więcej niż 20–30 km/h – mówi biegły sądowy Wojciech Pasieczny, były inspektor Wydziału Ruchu Drogowego KSP.

Ale dodaje, że nie jest to oficjalna zasada i np. straż miejska lubi polować na kierowców przekraczających prędkość już o 11 km/h.