Tajemnicą poliszynela jest fakt, że sędziowie wynoszą – choć im tego nie wolno – akta sądowe do domów. Jakiś czas temu cała Polska żyła sprawą krakowskiego sędziego, któremu ukradziono akta sprawy karnej. Sędzia zostawił je w bagażniku samochodu, który padł łupem złodziei. Sędzia znalazł się pod ostrzałem dziennikarzy. Ówczesny krakowski rzecznik dyscyplinarny Andrzej Seremet podkreślał, że publikacje krakowskich mediów o tej historii na pewno nie wpłynęły na poprawę autorytetu wymiaru sprawiedliwości. Sąd Najwyższy nałożył na sędziego karę upomnienia.

Po tym wyroku media i opinia publiczna przestały się interesować problemem wynoszenia akt z sądów. Nikt nie zadał pytania, co zrobić, aby w przyszłości nie dochodziło już do sytuacji, które kompromitowałyby w oczach społeczeństwa wymiar sprawiedliwości. Dziś – w ramach cyklu „7 reform wymiaru sprawiedliwości” – pytanie to stawia „DGP”.

Za szeroka kognicja

Sędziowie, zastrzegając sobie anonimowość, tłumaczą, że nie mają wyboru – muszą zabierać akta sądowe do domu i po pracy pisać uzasadnienia wyroków. Inaczej nie byliby w stanie rozładować zatorów sądowych. Przedstawiciele Temidy znaleźli się więc między młotem a kowadłem – nie wezmą akt do domu – postępowanie będzie trwało jeszcze dłużej, wezmą – znajdą się pod pręgierzem jako ci, którzy łamią prawo. Czy tak, czy tak ucierpi na tym ich autorytet. Dlaczego tak się dzieje?

– Sądy obecnie nie zajmują się tylko tym, do czego zostały powołane, a więc rozstrzyganiem sporów. Obecnie w wielu przypadkach praca sędziów to potwierdzanie bezspornych okoliczności, które mają znaczenie prawne – mówi Rafał Puchalski, sędzia Sądu Rejonowego w Jarosławiu.

Sędziowie wskazują, że muszą zajmować się sprawami tak małej wagi, jak np. odwołania od mandatów za picie alkoholu w miejscu publicznym.

Zła organizacja

Kolejną bolączką polskich sądów jest zła organizacja pracy i obłożenie sędziów papierkową robotą.

– Regulamin urzędowania sądów powszechnych wymaga, aby wszystkie pisma oprócz wezwań i zawiadomień, które wychodzą z sądu, były podpisane przez sędziego – mówi Rafał Puchalski.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to drobna dolegliwość.

– To są jednak dziesiątki, a czasami setki pism dziennie. Sędzia musi się z każdym z nich zapoznać, sprawdzić, czy w jego treści nie ma żadnych błędów, nie wyłączając literówek. Każda taka pomyłka podkopuje bowiem autorytet sędziego, który pismo firmuje własnym podpisem – mówi Rafał Puchalski.

Odciążyć sędziów od biurowej pracy mieli asystenci sędziów. Ich pomoc jest wysoko ceniona przez sędziów.

– Asystenci przygotowują m.in. projekty uzasadnień i wyroków. To daje sędziemu więcej czasu na wysłuchanie stron i podjęcie merytorycznej decyzji – mówi Rafał Lisak, sędzia, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Krakowie.

Niestety obecnie jest tak, że jeden asystent współpracuje nawet z czterema sędziami. Powód? Etaty w sądach są, ale zbyt duże wymagania dla kandydatów na asystentów plus niskie zarobki skutkują tym, że pozostają one nieobsadzone po kilkanaście miesięcy. W takich warunkach, zdaniem sędziów, ich pomoc często jest iluzoryczna.

Sędziowie skarżą się na złe rozłożenie pracy.

– Nie może być tak, że sędziowie sądów w metropoliach są nadmiernie obłożeni pracą, podczas gdy ich koledzy z małych ośrodków rozpoznają zdecydowanie mniej spraw – mówi Marcin Łochowski, sędzia Sądu Okręgowego dla Warszawy-Pragi.

Nie można przemilczeć faktu, że negatywny wizerunek sądów czasami pogłębiają sami sędziowie. Zdarzają się przypadki, że sędzia źle traktuje strony na sali rozpraw, jest niepunktualny, nie potrafi wyjaśnić podsądnym, dlaczego zapadło takie, a nie inne rozstrzygnięcie.

– Sędzia musi postępować etycznie w każdej minucie swojego życia. Kultura osobista obowiązuje go tak samo na sali rozpraw, jak i np. w sekretariacie sądowym –przypomina Teresa Romer, sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku.

Własne pomysły na rozwiązanie tych problemów mają zarówno sędziowie, jak i resort sprawiedliwości.