Gdy zapowiedziano konkurs na stanowisko prokuratora generalnego, nawet przez chwilę nie przyszło mu do głowy, że to może być pomysł na dalszą karierę. Ponad dekadę zajmował się sędziowaniem (od sądu rejonowego w Tarnowie po delegacje do Sądu Najwyższego), a poza studenckim NZS nie należał nigdy do żadnych stowarzyszeń, organizacji, nie uczestniczył w życiu publicznym, nigdy nigdzie nie kandydował. Kiedy więc znajomy prokurator zadzwonił z pytaniem, czy nie zechciałby wystartować w tym konkursie, odparł: – Nie wygłupiaj się.

Odłożył słuchawkę i opowiedział żonie jako żart. Ale gdy podobne telefony zaczęły się powtarzać, sędzia Seremet zaczął się zastanawiać nad tą propozycją. – Choć to faktycznie zupełnie nie w moim stylu. Nigdy się nigdzie nie pchałem, zgodnie z małopolskim powiedzeniem: Siedź w kącie, a znajdą cię – opowiada.

Jego sędziowskie doświadczenie musiało być dużym atutem, na prokuraturę patrzył dotąd tylko z zewnątrz, nie znał wewnętrznych konfliktów i układów. Ale ponieważ nikt za nim nie stał i nie lobbował, dla świata polityków stanowił też wielki znak zapytania. Tuż przed ostateczną decyzją zaprosił go na rozmowę prezydent Lech Kaczyński. Sędzia przyjechał na kilkugodzinne spotkanie do Warszawy, w jednej koszuli, jak dziś mówi, spodziewając się raczej kurtuazyjnej wymiany zdań. Rozmowa trwała cztery dni – gdy nadchodził wieczór, Kaczyński mówił: – Dokończymy jutro.

Choć nieco różnili się w stosunku do efektów represyjnego prawa (sędzia prezentuje bardziej liberalny stosunek niż nieżyjący prezydent) i choć nie zapowiadał w prokuraturze wielkiej rewolucji („Po rewolucji przychodzi zawsze okres postrewolucyjny. Nie widziałem powodu, by narażać prokuratorów na tak poważne konwulsje”), dostał nominację.

To jest tylko część artykułu, zobacz pełną treść w e-wydaniu Dziennika Gazety Prawnej: Seremet: prawo, rock i książki.