Przestarzałe przepisy o ochronie prywatności nie przystają do internetu i portali społecznościowych - mówi generalny inspektor ochrony danych osobowych dr Wojciech Wiewiórowski. Zwraca m.in. uwagę na umieszczanie w internecie informacji o innych osobach.

Urząd kierowany przez Wiewiórowskiego otrzymuje rocznie ok. 10 tys. skarg, pytań czy wniosków. Część z nich dotyczy internetu, w tym portali społecznościowych, i choć nie są one zbyt liczne, to zdaniem GIODO "wskazują na zdarzenia, które często występują".

Jak powiedział GIODO w rozmowie z PAP, trudno zastosować przestarzałe przepisy do współczesnych serwisów internetowych, w tym portali społecznościowych. W ich przypadku nie wiadomo np., kogo uznać za administratora danych osobowych. "Czy administratorem jest tylko przedsiębiorca prowadzący całą taką platformę, czy może każdy z nas jest administratorem danych w swoim profilu? (...) Trudno jest naprawdę odpowiedzieć na podstawie przepisów z lat 90., z czasów kiedy nikt nie myślał o tego typu kontaktach" - ocenił GIODO.

Podkreślił jednak, że "jeżeli ktoś chce o sobie coś powiedzieć w internecie, to ma do tego pełne prawo, aczkolwiek musi zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie to może wywołać".

Według GIODO ta "świadomość konsekwencji" w praktyce oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze to "możliwość zapoznania się użytkownika z tym, co tak naprawdę z jego danymi dzieje się w tym serwisie".

"Dlatego przy kontaktach z serwisami internetowymi mój urząd kładzie nacisk na to, żeby wyraźnie, dokładnie, prawdziwie i w odpowiednim czasie informowano użytkowników, w jaki sposób i do czego ich dane są przetwarzane i kto, w jaki sposób będzie miał do tych danych dostęp" - zaznaczył Wiewiórowski.

Po drugie GIODO zwraca uwagę na pełnoletniość użytkowników. "Jeżeli osoba, która ma lat ponad 20, ma zamiar ujawniać np. bardzo intymne szczegóły dotyczące swojego życia erotycznego w internecie, to jest to jej prawo. Są ludzie, którzy budują na tym swoje kariery zawodowe (...). Jeżeli robi to osoba, która ma lat 16, to można się zastanawiać, czy aby na pewno ta osoba zdaje sobie sprawę z tego, co chce zrobić. Jeżeli zaś ta osoba ma lat 13, to trzeba się zastanowić, czy to przypadkiem nie jest przestępstwo, czy przypadkiem ktoś nie zmusił jej do tego, albo nie zasugerował jej, żeby te dane zostały w internecie ujawnione" - zaznaczył GIODO.

Zdaniem Wiewiórowskiego poważnym, nie do końca uregulowanym przez przepisy, problemem jest też umieszczanie w internecie informacji o innych osobach. Może to przybierać skrajną formę tworzenia fałszywych profili osób, których internauci np. nie lubią. Jak podkreśla GIODO, tutaj nie ma wątpliwości, że takie czyny należy ścigać.

Natomiast jego zdaniem o wiele trudniej ocenić według dzisiejszych przepisów np. oznaczanie konkretnych osób na zdjęciach umieszczonych w internecie. Często w portalach społecznościowych taki znacznik może wstawić nie tylko osoba, która umieściła zdjęcie, ale też ktoś inny, np. jej znajomy.

"Jeżeli chcemy umieścić w internecie takie zdjęcia, zapytajmy o zgodę tej osoby. Bądźmy pewni, że ona nie ma naprawdę niczego przeciw temu" - radzi GIODO. "Oczywiście ja nie chcę tutaj powiedzieć, że za każdym razem, kiedy wkładamy zdjęcie do internetu, to mamy zamazywać twarze naszych znajomych. Nie przesadzajmy. Ale z drugiej strony pamiętajmy, że umieszczenie tego typu zdjęć może wywołać skutek, którego wcale nie zakładaliśmy" - podkreślił dr Wiewiórowski.

Zdaniem GIODO choć aż 83 proc. społeczeństwa w sondażach odpowiada, że zdaje sobie sprawę z wagi ochrony prywatności, to jednak praktyka posługiwania się Polaków danymi osobowymi - szczególnie w internecie - zdecydowanie odbiega od tych deklaracji.